Ciąg dalszy rozdziału 1...
Vord potarł ręce, rozejrzał się po placu. Wszyscy zajęci byli przygotowywaniem do wyprawy. Spojrzał w niebo ciemne jak bezdenna dziura ziejąca z ziemi. Zapalił fajkę, i znowu uderzyły go wspomnienia.
Przypomniał sobie jak wraz z Krisem i Ulive zostali odcięci w lochu...
- Widzę tylko trójkę strażników, widać nie do końca wiedzą co jest grane -stwierdził beznamiętnie zabójca-to daje nam przewagę, uderzamy szybko ,bez wahania, może któryś z nich ma klucz.
Błyskawicznie wszyscy wyskoczyli ze stróżówki, strażnicy za późno zorientowali się co jest grane, jeden dosłownie stracił głowę, dwóch kolejnych nie zdążyło wydać choćby dźwięku. Vord szybko obmacał denatów, znalazł, cóż za nieoczekiwany sukces, w końcu los choć na moment się uśmiechnął do niego .Kris szybkim ruchem wyrwał mu klucz z ręki i uważnie go oglądnął, wyraz jego twarzy mówił mu że to właśnie ten. Ulive także uśmiechnął się pod nosem.
Wtedy główne drzwi do lochu otwarły się z głośnym hukiem. W przejściu pojawił się łysy mężczyzna naznaczony licznymi bliznami, za jego plecami stało ponad tuzin uzbrojonych po zęby strażników.
- Mówiłem? Te bękarty chcą uciec! -wycharczał łysy -Zabić ich, pokażcie mi że dobrze zrobiłem płacąc wam tyle denarów!
Ucieczka, westchnął Vord, to był istny chaos, godziny ucieczki, chowania się po kątach. Nagonka, Ulive zginął na długo przed tym nim uciekli w kanały. Przebity bełtem, cholera, właściwie tuzinem bełtów. W tedy gdyby nie zabójca...
Odrzucił precz te myśli, w każdym razie gdziekolwiek sie nie pojawił ginęli jego ziomkowie. Szczęściem natknął się po paru dniach na Hretha i Livmera, szaleniec okazał w tedy jakim jest geniuszem. Nie dość że zwodził pościg to unikał patroli vaegirów. Po kolejnych długich i niespokojnych dniach dotarli do jednego z granicznych fortów swadii. Zastali tylko zgliszcza i ślady niedawnej walki, ani jednej żywej duszy. Padlinożerne ptaki wzbiły się w niebo gdy grupka uciekinierów weszła na plac. Wtedy doszło do słownej szarpaniny między Krisem i Hrethem. Dobrze że dyplomatyczny jak zawsze Livmer załagodził spór. Dni mijały, miesiące, z czasem niegdyś opuszczony fort zaczął tętnić życiem, grupy uchodźców masowo przechodziły za bramę, grupy żołnierzy i najemników. W tedy też wsparł ich odział pod dowództwem...Kerwina Salske. Tego samego kusznika który należał do rozbitej bandy najemnej. Wraz z nim przybyła Elissa, tego samego wieczora wyprawiono ucztę która trwała do rana. Nigdzie jednak nie było widać Burgi oraz Niksona. Wszyscy po cichu liczyli na to ze gdzieś żyją, chociaż z każdym kolejnym dniem ta pewność malała.
Z rożnych stron Carladii dochodziły wieści mrożące krew w żyłach. Mówiono o tym że dziwne bestie lub też dzicy ludzie atakują w nocy. Że to nie jest normalne, te wieści były nawet gorsze od tego że Swadia nieuchronnie gięła się ku upadkowi. Najbardziej jednak przeraziła Vorda wiadomość że Halmar zamknięto, nie wpuszczano nikogo jak i nie wypuszczano. Ponoć w mieście szalała choroba, nieliczni mówili o masowych porwaniach ludzi. A przecież prawdopodobnie tam była Selena, wuj był mądrym człowiekiem, i oby to potwierdził chroniąc jego miłość.
Rozważania przerwały odgłosy zbliżających sie kroków. To Hreth,przysiadł się przy nim na schodach, otwarł butelczynę i bezceremonialnie oznajmił.
- Wiesz co, tak sobie myślę.Chciałeś uciec od problemów do Khanatu. Ale powiedz mi czy w ten sposób nie okazałbyś się samolubem? Wiesz do czego zmierzam młody?
- Nie bardzo, dobrze wiesz że zależy mi na tym żeby odnaleźć Selenę. By w końcu zacząć żyć normalnie.
- Nie będzie tak i dobrze to wiesz. Teraz nie tylko wojna zatruwa tę krainę, i nie mów że to zdziczałe wilki nocami mordują ludzi. Tu dzieje się coś gorszego, wręcz nie wytłumaczalnego. A te kamienie mają z tym jakiś związek. Nie bez powodu najpierw zmierzamy do opuszczonej fortecy obok Sargoth. Do byłej posiadłości twojego znajomego, lorda Alerica, jak Livmer porobi te...badania. Obiecuje że wszyscy ruszymy do Halmar.
No tak, chodziło o obowiązek, ale w imię czego? Niby co im to da, cokolwiek się działo to ich jakikolwiek ruch jest kroplą. Vord unikał już tego tematu z Hrethem, wiedział że każdy z nich ma odmienne zdanie. On nie rozumiał że los Seleny nie jest mu obojętny. Czyż ruiny nie mogą poczekać? Miesiąc w te czy w tamte nic nie zmieni, poza tym zawsze istniała możliwość że nic tam nie znajdą. To była strata czasu, a dowódca najemników chyba chciał się wymigać od obietnicy. Może bał się stepów, może miał tam wroga z dawnych lat?
-Nie zabronię ci jeśli zechcesz jechać do Halmar, weź sobie najszybszego konia. Nie myśl że nie wiem co to miłość...-na moment głos Hretha się zwiesił, powędrował oczami w dal ale w końcu jednak się otrząsnął -tak, to będzie dobre, jedź Vordzie, może masz racje że w życiu są pewne zasady.
Młodzieniec był w niemałym szoku, unikał tej rozmowy tylko po to żeby się okazało że nikt go nie chce zatrzymywać. Tego się nie spodziewał, teraz gdy dano mu wolną rękę on miał wątpliwości. Gdyby tylko mieć pewność że Selena jest cała i zdrowa, że nie jest w potrzebie.
- Hreth! - krzyknął z murów Kerwin - Vaegirowie opuścili bród, jadą w dal. Teraz mamy szanse w końcu ruszyć.
Twarz starego najemnika rozpromieniła się, poklepał Vorda po ramieniu po czym energicznie wstał. Odwrócił się do niego.
- Masz wybór młody wojowniku. Pomóż nam odkryć tajemnice, by potem wiedząc na czym stoimy ruszyć do Halmar. Albo jedź od razu do Khanatu, wiedz jednak że może kiedyś nocami nawiedzą cie wyrzuty sumienia. Bo nie działamy dla siebie, musimy być odtrutką na jad jaki trawi te niegdyś piękną krainę.
- Nie jestem kimś szczególnym aby dać osąd czy to co zrobię ma sens...chciałbym w końcu mieć spokój.
I być człowiekiem bez zmartwień, pomyślał ,w końcu odnaleźć zatracony czas który zgubił dawno temu. Czy to co się teraz dzieje ma dla niego sens?Po prawdzie widział że obecnie źle się dzieje, że muszą znaleźć się ludzie którzy podołają temu. Dlaczego to on dla jakiegoś dobra miałby się poświęcać. Szczególnie że jest szarym i zwykłym człowiekiem. Niech wielcy bohaterowie pomagają, niech walczą w imię tego dobra ale nie on, do cholery on chciał tylko żyć w spokoju. Co go obchodziły problemy tłuszy. .Było tylu ludzi w Carladiii którzy mogą coś zrobić i pomóc. Królowie, lordowie, każdy z tych ludzi który swoją charyzmą mógł podołać zadaniu. Ale nie on!
Niebo pociemniało nagle i nie oczekiwanie, poleciały pierwsze krople deszczu zwiastując nadchodzącą ulewę. Ludzie zaczęli się uwijać jak w ukropie aby zabezpieczyć tabor. Nawet Elissa pomagała, kobieta...Vord wstał i pomógł kobiecie nałożyć pokrowiec na woź.
- Nie potrzeba mi pomocy, dam sobie radę- rzekła -Jedź do swojej ukochanej a nam daj się przygotować.
- Na prawdę wierzysz że jeśli udacie się do tamtego zamku to plotki okażą się prawdą? Myślisz że znajdziecie tam odpowiedź na pytania?
Kobieta popatrzyła na niego z ukosa, wymamrotała coś pod nosem i energicznie przywiązując ostatni węzeł odwróciła się i odeszła. Obserwował ją aż w końcu zniknęła w jednym z budynków, a on stał sam w deszczu. Co miał robić? Albo inaczej, co jest obecnie bardziej pożądane. Świadomość że znowu miałby odwlec spotkanie z Seleną przyprawiała go o złość. Co jeśli się okaże że przez zwłokę jej coś mogło się stać...Vord przeklął głośno, myśli czarne jak i to niebo nad nimi. Co chwilę pojawiały sie nowe komplikacje, a kto wie czy to jedyne.
Niemal bezszelestnie pojawił się obok niego Kris, twarz miał ostatnio coraz bardziej wymizerowaną. Twierdził że to pogoda tak na niego wpływa, jednak w obozie szeptano że w jego żyłach jątrzył się jad zadany przez jego dawnego brata broni.
- Co postanowiłeś?-cicho zagaił-Czuję się zobowiązany wam pomóc...muszę z nimi jechać. Nie masz pewności czy ona...jest cała i zdrowa, pamiętaj tez że w tym zamku do którego zmierzamy są ponoć medaliony. Kto wie, może i twój.
- Mam gdzieś medaliony, to tylko rzeczy. I nie obchodzi mnie co się teraz dzieje ,ja chce do cholery odnaleźć Selenę! Czy tak trudno wam to pojąć?
Chyba zbyt chamsko postąpił, zabójca nic nie powiedział. Podobnie jak Elissa odszedł i zniknął za zabudowaniami. Uderzył go nagły i przeszywający bul kolana, upadł w błoto. Zupełnie już zapomniał o tej dolegliwości, odwinął szybko nogawice. Kolano było niemal purpurowe i opuchnięte. Gdy dotknął je palcem przeraził się, mimo zimna , noga pulsowała dużym ciepłem. Spróbował się podnieść ale bezskutecznie, ale o nie, nie będzie wołał o pomoc. Powoli i systematycznie zaczął się czołgać do najbliższego budynku. Cholerna duma...
- Przemęczasz nogę chłopcze, nasmarowałem kolano i owinąłem bandażem. Ale zapomnij o jeździe konno przez najbliższe parę dni.
I to była w zasadzie jedyna diagnoza dla niego postawiona przez Livmera. W środku byłych koszar reszta szykowała sie do snu. Mieli z rana wyruszyć, a on?
Nie dał rady o własnych siłach iść, podróż do Halmar mogła by go zabić. Przeklęte kolano, oto i kolejna komplikacja.
Obok niego Kerwin skończył repetować kuszę, smarknął na ziemie i szczelnie owijając się kocem położył się do snu.
- Rozumie cie ,też kiedyś miałem kobietę, ale jednak nie dane mi było z nią być. Wybrała bogatszego adoratora, takie to cholerne życie. Jedź z nami, potem obiecuje ci że wbrew wszystkiemu pojadę z tobą do Halmar.
- Dziękuję - poklepał się po kolanie -Jak widzisz i tak nie dałbym rady teraz sam się udać...no nic, czas pokaże.
W ciągu szybko mijającej nocy Vord co chwilę budził się niemal z krzykiem, dręczony złymi przeczuciami oraz koszmarami...
Dni mijały nad wyraz szybko, niewielka grupka ludzi wraz z taborem jechała na przekór szalejącej naturze. Od trzech dni jak wyruszyli z obozu deszcz padał ciągle, obecnie nawet utarte szlaki były w wielu miejscach podtopione. Coraz częściej wozy grzęzły w błocie znacznie spowalniając. Powstawało coraz więcej potoków, z dnia na dzień rosnących na sile, raz mijali niewielkie gospodarstwo w dolinie, domostwo wraz z przyległą stajnią było do połowy zalane, grupka parszywych psów terroryzowała niewielkie trakty. Ogólnie obraz jaki roztaczał się przed ich oczami był wielce niepokojący.
Kerwin coraz częściej musiał używać nie tylko gróźb słownych rzucanych do swoich podwładnych, swadianie głośno wyrażali swoje niezadowolenie. Bunt wisiał w powietrzu, ale jak na razie Hreth pomagał młodemu dowódcy w trzymaniu ludzi na postronku. Ale to nie był koniec problemów, Elissa cierpiała na jakąś chorobę, prawie nie jadła, piła tylko wodę. Livmer na każdym postoju uwijał się jak w ukropie aby nieść pomoc potrzebującym. Kris jechał na czele, czasem szybko podjeżdżał do reszty informując o jakimkolwiek zagrożeniu.
W końcu zatrzymali się wieczorem u stóp gór Hussa. Z wyćwiczoną systematycznością i determinacją postawiono namioty, rozpalono ogniska pod rozciągniętymi plandekami. Deszcz dalej zacinał wprawiając w coraz większe przygnębienie każdego.
- Szlag mnie w końcu trafi! - ryknął nagle Hret pomstując pięścią w niebo - Czy w końcu przestanie lać??
- Wkrótce dojedziemy do zamku-dyplomatycznie i łagodnie odparł Livmer rozpakowując jednocześnie swoje unsylia aptekarskie - Nic nie poradzisz na to, bardziej martwił bym się o nastroje ludzi.
No fakt, łatwo było zauważyć jak w cieniu, pokątnie grupki swadiańskich żołnierzy o czymś rozprawiają. Jednak gdy tylko ktoś z najemników zbliżył się dość blisko nich, rozmowa nagle cichła. Vord czuł się jakoś zobowiązany wreszcie przysłużyć się Hrethowi. Podszedł do kilku żołnierzy. Ci dość idiotycznie zaczęli rozmawiać o pogodzie. No tak, czyż taki temat nie był dobry, jak nie masz o czym rozmawiać to rozmawiaj o pogodzie.
- O czym tak rozmawialiście panowie?
Swadianie nagle zatracili języka w gębie, żaden nie chciał się odezwać. Na pewno coś ukrywali, to było czuć, i nie trzeba być mędrcem aby to wywnioskować.
- No mówcie, przecież jesteśmy wszyscy w jednym zespole tak?
- No więc...- Odparł zarośnięty żołnierz, drapał się przy tym wielkimi jak miechy kowalskie dłońmi - Zastanawiamy się czy jest sens tam jechać? Nie lepiej poszukać jednego z baronów i dołączyć do armii? Co nas obchodzą błyskotki i ruiny zamku, to nie pomoże swadii.
Ah, czyżby odruch patriotyzmu nagle obudził się w tych ludziach? A co z wciąż nieprzytomnym baronem Devlainem? Jak by nie było to baron, a oni mają obowiązek trzymać nad nim piecze . Chyba że to swadiański sierżant Jaker stał za tym zarzewiem buntu. Ale patrioci jacy by nie byli mają słaby punkt.Wystarczy omamić takiego wizją możliwej przysługi dla kraju. Taką wizją po której mogą nawet w czeluści ziemi skoczyć.
- A wiecie że jeśli odkryjemy w końcu sekret tego co się dzieje, król, Swadia hojnie was wynagrodzą. Każdego bez znaczenia na status i rangę. Pomyślcie o tym, wszak nie chcecie do końca życia być na każdy rozkaz, chm?
- Tak...-odparł-Masz racje, wybacz za zwątpienie ale nigdy nie byliśmy w podobnej sytuacji. Obrona zamku przed rhodokami to co innego od szukania czegoś co nawet nie można określić i nazwać.
Hreth śmiał się ciągle gdy tylko Vord po raz kolejny opowiadał o utrapieniu swadian. Najemnicy siedzieli przy jednym z ognisk, Kris siedział nieco na uboczu, co jak co ale dalej nie ufano mu zanadto. Naradzali się już którąś godzinę, od nowa poruszano przerabiane setki razy kwestie. Vord miał już wstać i się położyć gdy gdzieś w górach rozległ się mrożący krew w żyłach wrzask. Wszyscy poderwali się na równe nogi, nawet śpiąca do tej pory Elissa nerwowo zaczęła przewracać oczami.
- Co to było?-cicho wystękał Kerwin.
Nikt mu nie odpowiedział, za to strażnicy z rożnych części obozu zaczęli dawać znać że coś się porusza naokoło obozowiska.
-Mam nadzieję że to nie...Xevirle...czymkolwiek to jest.
Mówiąc to przywódca najemników pomacał palcem po żelaznej głowni miecza. Kolejne z licznych zabobonów, co niby miało by to dać? Odłożył te myśli na bok gdy z rożnych części lasu naokoło obozu dochodziły podobne wrzaski. Niedaleko słychać już było Kerwina oraz Jakera wydających rozkazy. Zabójca też nagle zniknął z pola widzenia.
Z lewej rozległy się okrzyki przerażenia i odgłosy walki, po chwili z prawej.
Vord wyciągnął miecz i popędził w ciemność, wiedział że to błąd i że powinien walczyć w świetle ogniska ale przecież nie zostawi walczących samych. W tedy z ciemności wyłonił się napastnik. Odziany w zbroje vaegirskiego lansjera człowiek, nie miał prawego oka, z ust kipiała mu piana, w dłoniach niechlujnie trzymał berdysz. Nim jednak wykonał śmiertelny zamach Vord przebił mu tchawice mieczem ,ale o zgrozo, człowiek dalej nacierał chociaż tryskał naokoło krwią. Wykonał ponownie zamach ,młodzieniec zrobił unik w prawo i przeciął mu prawa dłoń, podciął szaleńca i zanurzył ponownie miecz tym razem w twarz. Ten jednak dalej się szarpał, ale miecz wbił się głęboko w ziemie przyszpilając napastnika. W tedy wyłonił się szybko Kris ,podniósł berdysz i odciął mu głowę. Dopiero w tedy ...człowiek przestał się ruszać, nie licząc pośmiertnych drgawek.
- Odcinaj im głowy, wyglądają na uzależnionych od jakichś ziół!
Potem zabójca zniknął za jednym z wozów, wokół szalała brutalna walka. Młodzi swadianie krzycząc z przerażenia machali opętańczo mieczami. Hreth natomiast klnąc szpetnie siał spustoszenie dwuręcznym toporem ,dzikusy jednak atakowali niepomni strat i tego że większość z nich nie miała żadnej broni. Vord podbiegł do jednego z szaleńców który siedział na młodym żołnierzu i próbował przegryźć mu gardło. Mocnym kopnięciem strącił go z chłopaka i szybkim cięciem pozbawił go głowy. Z mroku wyłaniało się coraz więcej wrogów, miast ubywać ich po rzezi jakiej dokonywali obrońcy to ciągle ich przybywało. Atakowali machinalnie i bez emocji, jakby zupełnie zatracili rozum. Część z nich przedstawiała sobą niemal na wpół zgniłe truchła, inni natomiast mieli na sobie szaty kupców, łachy chłopskie, kilku miało na sobie poszarpane kaftany łowców głów. Wszystkich łączyło jedno, bezmyślna chęć zabicia, żądza mordu w oczach i potępieńcze ryki. Niepodobna by człowiek mógł wydawać takie wrzaski. I ten fakt właśnie najbardziej przerażał obrońców. Niedaleko żołnierz stracił dłoń i upuścił broń na ziemie, uciekał w las, za nim niczym sfora wilków pobiegła pokaźna grupa otumanionych ludzi.
Kerwin wraz z kilkoma kusznikami systematycznie ostrzeliwali napastników stojąc na wozach, na całe szczęście większość bełtów trafiała w głowę zabijając na miejscu cel. Vord w końcu dotarł do Hretha. Walczyli teraz ramię w ramię z napastnikiem, jednak mimo tego że z łatwością zabijali, szaleńcy atakowali z tą sama wrogością. w końcu vord wykonał o jeden sztych za wolno i został przygnieciony przez jakąś kobietę, upadli na ziemie. Kiedys może i był piękna, teraz nie miała zębów i rzadkie kosmyki włosów opadały na puste oczodoły. Ślina i piana kapała mu na twarz, nieprzyjemna i cuchnąca zgnilizną. Uderzył kolanem w krocze okropności, ale ku jego zdziwieniu atak nie odniósł żadnego pożądanego skutku. Próbował sięgnąć do lewego buta gdzie miał schowany sztylet. Bezskutecznie jednak, kobieta miała nad wyraz sporo sił, i chyba więcej od niego, za wszelką cenę starała się dostać do gardła. Młodzieniec z obrzydzeniem wbił palce w puste oczodoły i zrzucił ją z siebie. Podniusł miecz gdy nagle otrzymał solidny cios z nadlatującego pocisku którym okazał się...kawałek stopy obutej w żelazo. W tedy z okrzykiem bojowym wkroczył Hreth osłaniając go, jego ciosy już nie były ani szybkie ani mordercze. Ot, machał tylko aby odpędzić się od tłumu wroga. Vord szybko podniósł się i ciął przez gardło kolejnego, dziwnego wroga. Za słabo, przeklął w myślach i uderzył ponownie tym razem posyłając głowę w ciemność.
Za nimi rozległ się krzyk sierżanta, szybki i urywany, panika była odczuwalna aż nad to w jego głosie.
- Z gór! Schodzą z gór! Jeszcze więcej!
Vord zaryzykował spojrzenie w tył, faktycznie po zboczu jak lawina naciągali kolejny wrogowie. Tylko że część z nich tym razem miała pochodnie, czyżby "oddział specjalny" zażartował. Hreth w końcu cisnął toporem i wyciągnął za pasa dwa miecze, na nowo uderzał ze zdwojoną siłą. Skąd on miał tyle sił? Kolejny wróg próbował na niego skoczyć, otrzymał kopnięcie w brzuch i na koniec wylądował na ziemi bez głowy...no w zasadzie bez czegoś co dawniej było głową.
Swadianie wraz z najemnikami w końcu wycofali się na środek obozu, tworząc niewielki krąg, w środku leżeli ranni. Nie wszyscy zdążyli, wielu ludzi walczyło o życie przeciw masie wroga, część po prostu z krzykiem uciekała w las.
- Nic to! -wycharczał Hreth-Nie dam tym sukinsynom tak łatwo mnie zabić, walczmy panowie. Dajmy im taki łomot że będą zbierać swoje kości wieki po całej Carladii.
Rozległy się okrzyki pokrzepienia, ludzie z uśmiechem i z nową siłą zaczęli walczyć. Jednak trzeba było przyznac że coraz częściej jakiś żołnierz padał z pełnym bulu okrzykiem na ziemie. Nic nie zapowiadało sie na to aby mieli wyjść z tej potyczki zwycięsko .Dopiero teraz mogli przyglądnąć się schodzącym z gór nowym wrogom. O zgrozo, to już nie byli szaleńcy atakujacy bez broni, w podartych ubraniach i zbrojach, nawet nie krzyczeli. Cóz to znowu za cholerstwo?
Po chwili nie tylko on zrozumiał, przyodziani w zbroje vaegirskie oraz nordyckie wojownicy natarli na tyły poczwar. Dziesiątkowali wroga z wyuczoną precyzją, nord z vaegirem...ramię w ramię. Z tyłu za nimi łopotały sztandary obu królestw. Natomiast z ciemności zamiast kolejnych bestii, wyłonili się jeźdźcy, po kilku minutach nie ostał się na własnych nogach żaden szaleniec.
Przed nich wyszedł odziany w podniszczoną zbroję vaegirskiego lorda ,mocno zniszczony przez czas mężczyzna. Wykonał lekki ukłon i szorstkim głosem powiedział.
- Lord Brulla, lord królestwa vaegirów, przywódca południowych odziałów broniących carladię. Nie możecie dalej iść, macie zawrócić na tereny Swadii .
CDN...