Ruszyła konwersja forum! Przez ten czas wyłączyliśmy możliwość pisania nowych postów, ale po zalogowaniu się można pisać na chacie. Poniżej znajdują się też linki do naszej grupy Steam i facebooka, gdzie również będą ogłoszenia. Modernizacja forum powinna zakończyć się najpóźniej do wtorku.

Najnowsze newsy z naszej strony:


    Polub nasz profil na facebooku! oraz dołącz do naszej Grupy STEAM

    Ankieta

    Jak myślicie,mam dalej pisać?

    Jak najbardziej,pisz;)
    116 (62.7%)
    Możesz pisać
    19 (10.3%)
    Obojętne mi to...
    19 (10.3%)
    Zasatanów się czy warto...
    10 (5.4%)
    Nie
    4 (2.2%)
    Kategorycznie przestań
    17 (9.2%)

    Głosów w sumie: 184

    Autor Wątek: "Calradia,kraina straconych szans"powieść.  (Przeczytany 43460 razy)

    Opis tematu:

    0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

    Offline matigeo

    • Użytkownik
    • Wiadomości: 1043
    • Piwa: 2
    • Płeć: Mężczyzna
    Odp: "Calradia,kraina straconych szans"powieść.
    « Odpowiedź #135 dnia: Listopada 03, 2012, 22:00:36 »
    Czy mamy szanse przeczytać przed 11 kolejny rozdział?

    Offline Aldred

    • Użytkownik
    • Wiadomości: 542
    • Piwa: 16
    • Płeć: Mężczyzna
    • No Trance No Life.....
    Odp: "Calradia,kraina straconych szans"powieść.
    « Odpowiedź #136 dnia: Listopada 18, 2012, 09:47:05 »
    Rozdział .6.
    "Kto zdobył pocałunki, a nie zdobył reszty, jest godny utraty tego również, co było mu dane."(Owidiusz)

       Kapitan rycerzy skończywszy opowieść przybrał na moment wyraz twarzy mówiący że jest lekko zdenerwowany. Jego kompan także zdawał się być myślami gdzie indziej. Nastąpiła cisza przerywana raz po raz grzmotami. Na zewnątrz rozpętała sie ulewa jakby chciała dodać dramatyzmu tej opowieści. Wiatr potępieńczo zawodził, szalał jak rozjuszone zwierze schwytane w klatkę. Hreth odchrząknął głośno.
       - Ciężko mi uwierzyć w to, nawet jeśli miałbym jakoś to łyknąć to pozostaje pytanie. Co u licha mamy teraz zrobić? Roznieść te trzy miejsca w pył? Zebrać do kupy wszystkie kraje i jak dobrzy przyjaciele wspólnie pokonać wroga? Kim on jest bo nadal nie wiem. Co mu przyjdzie z tego że zniszczy całą carladię? Za dużo domysłów a za mało działania.
        - Dokładnie - zawtórował Garsen mierzwiąc nerwowo brodę - Nagle przybyliście opowiadając jak dla mnie nierealną historie. A my mamy wam tak po prostu zaufać? Bo tak każecie? Nie znamy was, nie znamy także waszych pobudek. Nie jestem przekonany po co tak na prawdę tu przybyliście. Może to wasza sprawka?
       Tervil spojrzał chłodnym wzrokiem na Hretha i Garsena, westchnął i usiadł na krześle. Jego przyboczny nerwowo ściskał miecz u pasa.
       - Wasze dywagacje mają sens. Nie dziwię się że nie możecie uwierzyć, jak i też spodziewałem się tego od samego początku. Nie macie wyboru, musicie nam zawierzyć i zrobić to o co...poprosimy. Jeśli się nie zgodzicie staniecie sie naszymi wrogami którzy będą zawadą w wykonaniu zadania.
       Nastąpiło poruszenie, wszyscy zebrani zaczęli się wykłócać i wyzywać. Vord nic nie mówił, biernie obserwował to wszystko. Nim dziwny sojusz nastąpił już zaczął się rozkładać. Tervil nie był rozważny skoro prosto z mostu powiedział co myśli. A jego słowa o danych ludach, o wielkiej wojnie? Były jak legenda, w której może i tkwiło ziarenko prawdy ale i tak było fikcją. Dla Vorda nie było rzeczy niemożliwych, świat krył wile sekretów ale w coś takiego jak mógłby uwierzyć. Kris położył rękę na jego ramieniu po czym zbliżył się do reszty. Wyciągnął błyskawicznie sztylet za pasa. Wszyscy przerwali kłótnie i uskoczyli w bok, Kerteba z równie błyskawicznym tempie wyciągnął miecz. Co on chce zrobić?
       Kris uderzył w stół przewracając puchary, alkohol zalał całą mapę . Nastąpiła cisza, nerwowa atmosfera była odczuwalna aż nad to.
       - Ja im wierzę - odparł beznamiętnym głosem - Sam doświadczyłem dziwnych zdarzeń na przestrzeni ostatniego czasu. W pewnej piwnicy zobaczyłem marę, myślałem że to człowiek, ale nim nie była. Po tym bandy zdziczałych ludzi. Każdy z nas się z nimi zetknął, czyż to może być normalne? Parę lat temu nic takiego nie było. Bestia która wspomagała dzikusów też waszym zdaniem jest fikcją? Nie mamy wyboru, musimy zagrać ostatnia kartą, jeśli nas zdradzą to inne kraje nie omieszkają wytoczyć im wojny. Ciągle będziemy ich mieć na oku...
       - Stul pysk zabójco ! - przerwał mu Hreth - Akurat ty nie możesz nam mówić o lojalności czy też zaufaniu. Pamiętasz jak chciałeś zamordować Vorda? Idę w ciemno że masz na barkach śmierć wielu ludzi, w większości niewinnych. A co jeśli oni mają swój własny cel a nami chcą się posłużyć jak narzędziem? Myślisz że dam tak łatwo sie omamić ich słowom? Wiem trochę o nich dzięki ojcu, nie do końca są cnotliwymi rycerzami ratującymi damy w opałach. Mają mnóstwo za skórą...
       - Jak śmiesz! - Tervil wyglądał teraz jakby miał wszystkich tu obecnych rozszarpać pazurami - Jesteś marną kopią nas, twój ojciec miał racje wysyłając twoją kobietę za morze. Zmarnowałeś wiele razy szanse stać się kimś lepszym. Mącisz w głowach tym ludziom tylko dlatego że taki masz kaprys. Mają swoją wolę, nie muszą słuchać ciebie, więc łaskawie na trzeźwo przemyśl jeszcze raz to co powiedziałem.
       Hreth nic nie odpowiedział, lewa powieka kilka razy mu zadrgała, Livmer chwycił go za ramię gdy ten chciał wyjść na zewnątrz. Ten odtrącił jego rękę i wyszedł. Tervil westchnął głośno i zaczął się uspokajać. Kerteba rozłożył bezradnie ręce i coś szepnął swojemu panu na ucho. Po chwili oboje zmierzali do wyjścia. W tedy w wejściu do namiotu pojawił się Hreth z toporem w rękach. Przybrał bojową postawę, włosy miał całe potargane, wzrok utkwił w kapitanie, przez zęby wycedził.
       - Niech pojedynek rozstrzygnie po której stronie jest prawda. Skopię ci tą dupę. O twarz też zadbam bo wnerwia mnie takie zniewieściałe oblicze!
       - Z  chęcią wbije ci do głowy że nie pojmujesz wielu spraw. Ten kto go wygra przejmuje dowództwo nad wszystkimi tu ludźmi, łącznie z moimi...
       Kerteba z przerażeniem oczach spojrzał na pana, potem z wściekłością wymalowaną na twarzy spojrzał na Hretha. Zapewne sam miał wielką ochotę go pokonać. Livmer i reszta także starali się to wyperswadować Hrethowi, ten z uporem osła wyszedł na plac na zewnątrz.
       Cała grupa podążyła za dwójką mających się zaraz zmierzyć ludzi. Utworzyli krąg dość duży by tamci mieli wiele miejsca do walki. Zewsząd ludzie zaczęli się schodzić by oglądać mające się zaraz rozegrać przedstawienie. Mury nad nimi były całkowicie zajęte, ludzie pokrzepiali swoich panów zagrzewając do walki. Kilku nie omieszkało rzucić niezbyt kulturalnych słów w stronę Tervila, natomiast rycerze obserwowali w milczeniu i spokoju to wszystko.
       Vord zastanawiał sie czy Hreth mądrze zrobił wyzywając tamtego na pojedynek. Kapitan był rozluźniony i pewnie stał z obnażonym mieczem. Czy był aż tak dobry i pewny siebie? Nie znali jeszcze jego umiejętności, tym bardziej najemny przywódca.
       Oboje rzucili się na siebie, walka się zaczęła...


       Kris obserwował mającą zacząć się wkrótce walkę z nieukrywanym zażenowaniem. Przypominało mu to nordyckie "święte pojedynki" lub walki swadiańskich rycerzy o jedną kobietę. Wiedział że ich walka nie rozwiąże problemów, możliwe że tylko je pogłębi. Ale może to jest jedyny sposób aby ci dwaj sie dogadywali?
       Splunął w dal na myśl o zwariowanym przywódcy najemników. Hreth dalej mu nie ufał, nawet nie ukrywał tego. Obnosił sie z tym na prawo i lewo, ażeby tylko po raz setny dać mu do zrozumienia że traktowany jest tutaj jak wyrzutek. Nie dbał szczególnie o jego przychylność. Pewnych ludzi nie da się zmienić...do niedawna nawet i on sam myślał że to co robił było słuszne. Mordując ludzi zyskał sławę w ciemnym kręgu ludzi bez twarzy. Z łowcy stał sie ofiarą,  starzec nie odpuści tak szybko. A jego pies Ces nadal nie dał za wygraną...
       Rozejrzał się wokoło, bardziej z nawyku niż z samego faktu by zlustrować okolice. Tyle twarzy, spojrzenia chłodne i bez emocji. Najemnicy, połączone siły sojuszu, rycerze. Nikt nie okazywał mu choćby małego podziękowania za pomoc jakiej do tej pory wszystkim udzielił. Odwrócił sie na pięcie i ruszył w strugach deszczu na zniszczony mur. Widok był piękny gdy błyskawice raz po raz rozświetlały niebo. Bezkresna dal, majaczące w oddali góry. Drzewa targane wiatrem, na końcu dopiero ujrzał liczne trupy. Niczym dywan pokrywający okolice, ludzki dywan. Pełen krwi, brudu i potu. Bezsensowna walka, można powiedzieć bratobójcza.
       Westchnął po raz kolejny opierając sie o blanki, zupełnie ignorował okrzyki  dołu zagrzewające do walki obu adwersarzy. Co miał teraz zrobić by udowodnić im wszystkim że nie jest już człowiekiem o dwóch twarzach? Rozprostował palce i w tedy go olśniło. Skoro kluczem do zwycięstwa jest posiadanie kamieni i nie dopuszczenie do tego aby je przejęły bestie...Spojrzał w dół, nieopodal za murami pasły się konie rycerzy, były dobrze pilnowane. Ale czy aby na pewno?
       Wyjął z kieszeni skrawek papieru i kredę,z mozołem zasłaniając sie płaszczem napisał krótką acz treściwą notkę. Livmer lub Vord powinni to odczytać. On musiał zacząć działać, siedzenie bezczynie w miejscu działało mu na nerwy. A już dawno nie wpadł w szał. Był o wiele spokojniejszy i koszmary nocne jakby nieco ustąpiły. Teraz jednak możliwe że podczas tej misji przyjdzie mu na nowo pokonać swoje własne demony, Ces, starzec ,duchy zamordowanych ludzi...
       Skrupulatnie zapisawszy wiadomość schował ją do kieszeni, zostawi ją w miejscu z którego uprowadzi konia. Na szczęście większość ludzi była skupiona na walce, kilku wartowników na murach sprawiali tylko pozory że pilnują tego miejsca. Za to na dole rycerze z surową dyscypliną pilnowali każdego cala ziemi. Zabójczy wiatr... czyż nie zyskał tego przydomku przez wzgląd na jego umiejętności? Cicho ześlizgnął się po murze, bezszelestnie upadł na ziemie i przeturlał się w stronę stosu ciał zabitych. Jak na razie nie został zauważony. Ulewa przybrała na mocy, jedyny sukces leżał w tym aby dobrze wyliczyć moment kiedy uderzy błyskawica. To jedyny moment kiedy mogą go zauważyć. Uderzyła gdzieś dalej, rozświetliła na chwilę okolicę. Kris wychylił się i ze zdumieniem zauważył jak pilnie pilnują koni. Ponurzy rycerze przemierzali okolice z obnażonymi mieczami, zapewne gotowi w każdej chwili ukatrupić napastnika.
       Ruszył błyskawicznie w stronę najbliższego konia, wartownik nie zdążył krzyknąć gdy oberwał z pieści. Kolejny wyłonił się z ciemności, skąd do licha wiedział że jest tu intruz?? Rycerz wykonał szybkie ciecie które zapewne pozbawiło by go głowy gdyby nie sparował sztyletem. Kris szybko odciął więzy i kopniakiem posłał nieustępliwego rycerza na ziemie. Usłyszał świst w porę bo na milimetry włócznia przeleciała od jego głowy. Wskoczył na konia, kolejny rycerz wykonał zamach lancą, Kris chwycił za drzewiec i złamał na kolanie.
       Ruszył w zabójczym tępię omijając pojawiających się z mroku rycerzy. Spojrzał w tył, kilku rycerzy podjęło pościg za nim. Czy byli lepszymi jeźdźcami od niego? To miało się wkrótce okazać. Zjechał w dolinę gdzie teren był grząski, tamci w zbrojach mogli ryzykować to że ugrzęzną w zdradliwym terenie. Mimo to uparcie jechali za nim, o dziwo skracając dystans. W między czasie Kris odpiął klamry w kropierzu konia, gdy uporał się z nim, zwierzę jakby dostało nowej siły, ruszył szybciej przed siebie, kątem oka widział jak jeden z rycerzy zatrzymał się i zaczął zbierać rozrzucony kropierz. Czwórka dalej go goniła.
       Po pewnym czasie wyłonił się nagle las, z impetem wpadł w gęste chaszcze. Gałęzie srogo smagały go po twarzy. Koń nerwowo strzygł uszami, rycerzy już nie słyszał. Czyżby odpuścili?. Gdy wjechał na polanę z przerażeniem zauważył w świetle kolejnej błyskawicy czwórkę rycerzy czekających na niego. Skręcił ostro w lewo. Tamci nachyliwszy lance zmierzali w prost na niego. Pierwszy wykonał błyskawiczne pchniecie, Kris nachylił głowę na wysokości uszu konia. Lanca śmigła nad nim. Kolejny nacierał wprost na niego. Zabójca wykonał kolejny ostry skręt, zwierzę parskło głośno jakby nienawykło do takich manewrów. Ominął w końcu nagonkę i dalej ruszył przed siebie. Tamci wykrzykiwali w swoim języku jakieś rozkazy i utonęli w mroku. Kim oni do cholery byli? Nienaturalnie szybcy, przewidywali jego ruchy, jakim sposobem?
       Nie czas na zastanawianie się, czekało go zadanie do wykonania. Pokaże wszystkim że do czegoś jest potrzebny.



       Lansjerzy leżeli martwi w wejściu do krypty, Habbe polał miejsce w którym niedawno miał wszystkie palce u prawej dłoni. Prowizoryczny bandaż przybrał szkarłatny kolor. Zagryzł z bólu wargi. Łzy ciekły mu mimowolnie po policzkach. Gartan, leżał na wznak na posadzce, pierś ledwo się unosiła, czyli jeszcze żył. Z kolei Jardel jak się teraz okazało umarł w trakcie gdy oni walczyli. Habbe przymknął jego powieki, towarzysz który przez tyle lat pracował wraz z nim. Z niejednej karczmy wychodzili zalani w trupa. Każde urodziny spędzali przy suto zastawianych stołach. Teraz...bestie w końcu odnalazły dla niego przeznaczenie. Usiadł obok druha,bardziej do niego niż do siebie powiedział.
       - Mamy przesrane, naprawdę godna walka, musimy odetchnąć nieco...
       - Nie ma czasu - jęknął podnoszący się z podłogi Gartan - Musimy szybko zawalić wejście do tej krypty. Podnoś się i pomóż mi podważyć te dwa filary.
       Czy on oszalał? Niby jak mieli tego dokonać we dwójkę i bez narzędzi? Na dodatek jakoś się nie przejął że przed chwilą zginął człowiek. Kipiała w nim teraz złość, świerzak który powinien słuchać starszych rozkazuje. Rozbestwiony bachor.
       - Najpierw pochowamy Jardela.
       Gartan spojrzał na niego z ukosa, parsknął śmiechem. Tego było za wiele, gówniarz już dawno powinien dostać nauczkę. Podniósł się szybko i rąbnął w twarz niczego niespodziewającego się Gartana. Ten runął jak długi na ziemie. Trzymając się za policzek zawadiacko się uśmiechnął i wstał. Otrzymał kolejny cios, tym razem silniejszy. Gartan splunął na ziemie krwią i dygocąc wstał po raz kolejny. Z tym samym szyderczym uśmieszkiem.
       - Gartan, będę cie bił dopóki nie zaczniesz mnie słuchać. To że rada cie wybrała na kapitana tej misji nie oznacza że ja będę w ciemno jak pachołek wykonywał twe rozkazy. Mam za sobą sporo zakichanych lat służby, byle chłystek nie będzie mną poniewierał. Nie zasłużyłem na to!.
       - Głupiś jak cep, bez obrazy Habbe. Nie dotarło do ciebie jeszcze? Twoje lata służby są niczym w obecnej sytuacji. Nawet nie wiesz co robić. Miast dopilnować bezpieczeństwa wszystkich ludzi u góry ty chcesz najpierw pochować Jardela? Nie bądź śmieszny, zresztą bijesz jak ciota. Gdybyś naprawdę chciał mnie zabić użyłbyś prawdziwej siły. Takie pstryczki są dla mnie niczym, lepiej abyś był tego świadom.
       Szczeniak był hardy, Habbe myślał, nie, on był pewny że paroma ciosami utemperuje szczyla. Ten jednak był tak wielce zaoferowany swoją misją że miał to gdzieś. Czyżby czasy gdy słuchano starszych powoli przemijały? Z trudem ale jednak młody miał trochę racji. Na górze była jego rodzina o którą w pierwszej kolejności powinien zadbać. Nawet nie chciał myśleć że coś mogło by się im stać. Z drugiej strony pozostawienie druha tutaj...było dla niego ciężkie. Gartan upewniwszy się że znowu nie otrzyma ciosu powoli podszedł do filara przy wrotach. Wyciągnął świecący sztylet i zaczął macać palcami po kamieniu.
       - Powinieneś się cieszyć Habbe...Jardel otrzyma najlepszą z możliwych form pochówku, ta krypta będzie dla niego zaszczytem, nie odbieraj mu tego co do tej pory zrobił...
       Habbe na moment oniemiał, spojrzał na martwego przyjaciela a potem na filary. Nic nie powiedział,  podszedł i cicho spytał Gartana.
       - To co mam robić?
       - Znajdź wystający kwadratowy kamień i go naciśnij, ja włożę tam sztylet i po sprawie. Nie pytaj jak to możliwe...sam nie wiem.


       Isolda usiadła na zdobnym fotelu obok posłów. Posłała wszystkim uśmiech.
       - Ja, jako następczyni wspaniałego człowieka Charlausa z dumą będę służyła temu królestwu jako królowa.
       - Najpierw musimy przedyskutować kilka spraw o pani.
       Służalczo odparł Grainwad, cholerny idiota, pomyślał Plais, już był manipulowany przez dziewkę. Nalał sobie kolejny puchar wina i szybko pochłonął zawartość. Był wściekły jak nigdy, gdyby mógł zabiłby wzrokiem wszystkich w sali. Już przegrał sprawę, w momencie gdy Isolda weszła do sali było pewne że tron nie będzie mu pisany. Co więc powinien zrobić? Gdy czegoś w porę nie wymyśli straci wszystko to co przez lata planował. A przez kogo? Przez tych lordów od siedmiu boleści. Spojrzał na Raichsa, idiota wpatrywał się w niego. Pewnie z chęcią by teraz wszystko opowiedział, wyżaliłby się jak to jego karawana została zaatakowana. Jak jego wieś poszła z dymem parę lat temu. Ale o nie, on musiał sie podlizać nowemu władcy, cholernik niech jeszcze wejdzie jej do łoża. Posłowie przywodzili mu na myśl trupę pajaców łażących od miasta do miasta, byle pokazać kilka sztuczek i zarobić grosza. Bo niby przybyli tu bezinteresownie? Liczyli na złoto, może nawet na kawałek ziemi. Gdyby Plais był królem..wysłałby wszystkich tutaj bez wyjątku na sarranidzcie pustynie, przywiązał do drzewa i skazał na śmierć z odwodnienia. A on w cieniu namiotu obserwował by jak sępy powoli odgryzają kawałki z ich ciał. Marzenia zostały przerwane gdy odezwała się Ymira. Bezczelna zabierała głos jako pierwsza wśród mężczyzn...co to za maniery do licha??
       - Król Graveth jak powszechnie wiadomo podupadł znacznie na zdrowiu. Jestem jego głosem więc w tej sali jako że nie mógł tutaj osobiście przybyć. Kazał mi wam przekazać treść tego listu.
       Powstała i rozpieczętowała list, Plais po raz kolejny chwycił się za głowę. Wszyscy jak głupcy wpatrywali się w nią jak w ołtarzyk. Isolda ciągle się uśmiechając także nastawiła uszu. Pewnie, niech poudaje że cokolwiek ją to obchodzi. Mógłby teraz się założyć że baba nie może sie doczekać kiedy tylko założy koronę .A gdy to zrobi to zapewne wcieli swoje prawa w życie. A kto na tym najbardziej ucierpi? Jasne że on, bo kto inny jest niedoceniany? Na każdym kroku ktoś buciorami wchodzi w jego życie. Czasy gdy jako lord był poważany i ceniony zdawały się być teraz tylko iluzją. Teraz miał wrażenie że z tego wszystkiego został mu ten pierścień i tytuł. Inni zdawali się nadal posiadać dawne poważanie. Jego traktowali jako zło konieczne. Ale jeszcze zapłaczą gdy on ułoży sobie plan. Tak genialny i dobry że nawet wielcy królowie tego świata nic nie poradzą. Tymczasem Ymira zaczęła czytać .Plais życzył jej żeby tak parę razy się przejęzyczyła, żeby tak nie mogła odczytać paru słów wystawiając się tym samym na pośmiewisko.
       - W obliczu tego co przez ostatni rok się wydarzyło i odkładając stare waśnie między naszymi królestwami składam propozycje. Gdy wasz kraj wybierze władce, otrzyma ode mnie ofertę, propozycje sojuszu. Musimy zapomnieć o tym ile nas dzieliło przez dziesiątki lat. Zdajemy sobie sprawę z tego że nowy wróg zagraża nam, wam i całej Carldii. Baczcie na nordów i vaegirów, na khanat oraz sarranidów. Wszyscy połączyli siły aby pokonać nowego wroga. My jako ostatni także powinniśmy tak zrobić. Odstąpię od zajętych zamków i wiosek, wyciągnę każdy denar ze skarbca aby pomóc wam w odbudowie królestwa. W zamian pragnął bym aby nasz sojusz utrzymał się nawet po wojnie. Nie chcę od was pieniędzy. U schyłku swego żywota dostrzegam błędy jakie popełniałem, ile złego zrobiłem nierzadko błędnymi decyzjami. To ja przyczyniłem się do śmierci mojego dawnego przyjaciela Charlausa. To ja osłabiłem wasz kraj, za to proszę o wybaczenie choć to trudne. Wy także przez lata napsuliście nam krwi, nieraz niewinni chłopi cierpieli za to że ich pan naraził się swadianom. Gdy tylko Lady Isolda usiądzie na tronie proszę o rychłą odpowiedz. Z szacunkiem i gratulacjami dla nowego władcy Król Graveth.
       A jednak się nie przejęzyczyła, gęby wszystkich zastygły. No tak, kilka ładnych słów, obietnic a te barany idą na pewną zgube. Banda imbecylów i debili, on..jako jedyny godny lordowskiego tytułu, majestatyczny wojownik musi ich przebudzić z tego. Wstał i zaczął mówić, ostatni as z rękawa!



       


    « Ostatnia zmiana: Listopada 24, 2012, 17:48:35 wysłana przez Aldred »
    Zwycięstwo nie wymaga tłumaczenia,porażka na nie nie pozwala.Wymówki to schronienie dla słabych.-Wielki Książe Ostlandu Hals von Tasenick.

    http://adi88pl.wrzuta.pl/audio/88OeZEtUsq1/kingdom_of_trance_nev_year_2012_adi_mix
    Pora promować muzykę trance i swoją twórczość;)

    Offline Rapodegustator

    • Użytkownik
    • Wiadomości: 1334
    • Piwa: -38
    • Płeć: Mężczyzna
    Odp: "Calradia,kraina straconych szans"powieść.
    « Odpowiedź #137 dnia: Listopada 18, 2012, 12:26:52 »
    Ciekawe, ciekawe.

    Niech zgadnę, Isolda to krewna Gravetha?
    Zeby osiagnac rzeczy trudne potrzeba czasu. Zeby osiagnac rzeczy niemozliwe potrzeba go troche wiecej.

    Offline Aldred

    • Użytkownik
    • Wiadomości: 542
    • Piwa: 16
    • Płeć: Mężczyzna
    • No Trance No Life.....
    Odp: "Calradia,kraina straconych szans"powieść.
    « Odpowiedź #138 dnia: Listopada 18, 2012, 14:09:39 »
    Isolda?To pretendentka do tronu swadii znanej nam  gry. Ale skąd ona jest? Czym się kieruje? jakie ma plany?Tego nie wiemy,nie mogę w sumie nic więcej dodać bo obdarło by to fabułę z aury tajemniczości;/
    Zwycięstwo nie wymaga tłumaczenia,porażka na nie nie pozwala.Wymówki to schronienie dla słabych.-Wielki Książe Ostlandu Hals von Tasenick.

    http://adi88pl.wrzuta.pl/audio/88OeZEtUsq1/kingdom_of_trance_nev_year_2012_adi_mix
    Pora promować muzykę trance i swoją twórczość;)

    Offline Rapodegustator

    • Użytkownik
    • Wiadomości: 1334
    • Piwa: -38
    • Płeć: Mężczyzna
    Odp: "Calradia,kraina straconych szans"powieść.
    « Odpowiedź #139 dnia: Listopada 18, 2012, 15:08:36 »
    Tak, ale jakąś daleką krewną Gravetha (co za zbieg okoliczności) może być.
    Zeby osiagnac rzeczy trudne potrzeba czasu. Zeby osiagnac rzeczy niemozliwe potrzeba go troche wiecej.

    Offline matigeo

    • Użytkownik
    • Wiadomości: 1043
    • Piwa: 2
    • Płeć: Mężczyzna
    Odp: "Calradia,kraina straconych szans"powieść.
    « Odpowiedź #140 dnia: Listopada 18, 2012, 17:07:18 »
    Graveth jest zwykłym uzurpatorem, niespokrewnionym z żadnym rodem królewskim... chyba, że jako rhodocki szlachcic miał kochankę na swadiańskim dworze :D.

    Offline Aldred

    • Użytkownik
    • Wiadomości: 542
    • Piwa: 16
    • Płeć: Mężczyzna
    • No Trance No Life.....
    Odp: "Calradia,kraina straconych szans"powieść.
    « Odpowiedź #141 dnia: Listopada 24, 2012, 10:34:42 »
    Ciąg dalszy rozdziału 6


       Ulewa trwała od kilku dni, wiatr smagał chorągiew miasta Rivacheg. Bunduk po raz kolejny musiał się schować za blankami. Oparł się ciężko plecami i naciągał cięciwę na kuszy. Ręce mu drżały, mięśnie wołały o odrobinę odpoczynku. Obok ich nowy sprzymierzeniec , kapitan Urgram, dowudca jeszcze dziwniej wyglądających ludzi stał i wpatrywał się na morze wroga. Ten to miał wciąż wiele sił, pomyślał najemnik. Westchnął i wstał, wychylił się ,wymierzył i wypuścił bełt zabijając kolejnego wroga. Kapitan podszedł do niego.
       - Nie marnuj bełtów dopóki nie będą realnym zagrożeniem. Widać coś kombinują, po kilku tygodniach w końcu przestali nacierać. Miej oczy szeroko otwarte.
       Vaegirscy łucznicy - słynący w całej Carladii za najlepszych strzelców - także przestali strzelać. Obrona miasta zmniejszyła się już o połowę, zostało może ze trzy tysiące ludzi pod bronią. Odział Urgrama mimo tego że walczył wszędzie tam gdzie było najgoręcej stracił tylko dwóch ludzi. Dwadzieścia osiem głów a warci byli co najmniej setki ludzi. Lord Mleza i Druli z radością przyjęli ich do pomocy. Jeszcze wczoraj nie ukrywali radości że nadal chcą bronić miasta. Tamci jednak zachowali ponure milczenie, wydawało się że nie chodzi im tak do końca o obronę miasta. A więc o co?
       Bunduk przeżył wiele lat, wiele lat wojował, zdobył doświadczenie i wiedział że coś tu śmierdzi. Gdy ładował kolejnego bełta ledwie słysząc wychwycił rozmowę , przyboczny lorda Mlezy cicho rozmawiał z  kapitanem.
       - To są słowa lorda Mlezy panie...
       - On i Drula od poczatku wiedzieli o co nam chodzi...teraz chcą łamać słowo?
       Rozległ się grzmot, rozmowa została przerwana. Z murów poniosły się radosne okrzyki, i okrzyki triumfu. Wróg wycofywał sie pospiesznie. Bunduk nie mógł uwierzyć, czyżby w końcu przyszło im odpocząć?
       - Gdzie oni tak szybko biegną?
       Spytał jeden z łuczników, inni także zaczęli zadawać liczne pytania.
       Kapitan Urgram pobladł momentalnie, nawet w tej ciemności oświetlanej wątłym światłem z pochodni Bunduk to zauważył.
       - Przekazcie lordom że miasto jest bezpieczne a my niezwłocznie wyruszamy.
       Najemnik spoglądał to na znikających już przeciwników to na kapitana. Gwardzista także był zmieszany, nerwowo drapał się po brodzie.
       - Ale..panie...nie mogę tego zrobić. Muszę wypełnić obowiązek, takie mamy tu prawa.
       - To je zmieńcie puki czas. Skoro ty się boisz swego pana sam pójdę do nich. Przy okazji - zwrócił się do ludzi na murach - walczyliście dzielnie i ofiarnie ..jak na ludzi z tej krainy.
       Bunduk splunął, mimo faktu że kapitan przysłużył się do obrony zachowywał się teraz jak istny buc. A on niby kim był? Nie pochodzili z żadnego królestwa, sami zresztą mówili że nie pochodzą z tych ziem. Najemnicy? To odpadało, nie wzięli nawet jednego denara. A więc kim oni byli? Gdy już Urgram wraz z gwardzistą schodzili po schodach na dół, Bunduk wyraził swoje myśli na głos.
       - A ty kim jesteś? Dlaczego bezinteresownie nam pomagaliście?
       Tamten nawet się nie zatrzymał, arogancki jak każdy wysoko postawiony. Najemnik nie dał za wygraną i pobiegł za nimi.
       - Nie musisz odpowiadać, jako dowódca kompani najemników mam prawo iść z wami do lordów. Tam zapewne usłyszę odpowiedz. Może jestem najemnikiem, ale w kaszę nie dam sobie dmuchać. A już w szczególności gdy zleceniodawca zalega z zapłatą.
       Gwardzista miał już coś powiedzieć ale kapitan gestem ręki go uciszył. Przeszli przez wielki plac gdzie ludzie Urgrama w równym szyku stai na baczność , najemnik zmierzył ich wzrokiem i zawadiacko parsknął . Spodziewał sie że ktoś z nich zareaguje, jednak nawet powieka im nie drgnęła. Zaczeli go przerażać ci ludzie. Wśród nich czuł się jak ktoś gorszy.  Tak zresztą był traktowany. Z trudem od początku oblężenia wywalczył sobie walkę na małym skrawku muru. Z trudem bo akurat tamci także mieli zamiar tam walczyć.
       Zastanawiał się gdzie wywiało Rolfa, oboje podczas lat wojaczki nauczyli się wielu rzeczy. Twój sojusznik mimo dobrych chęci i tak wcześniej czy później cie zdradzi. Uśmiechnął się pod nosem, zaraz znajdzie solidnego haka na gogusia. Tutejsi ludzie...posiadają wiele atutów...




       Hreth natarł jako pierwszy ,zamachnął się dwuręcznym toporem, Tervil z gracją wykonał unik, potem kolejny. Najemnik wyprowadzał raz za razem mordercze i niezwykle szybkie cięcia. Wykonał zamach z lewej, kapitan uskoczył wprost na linie ciosu lewej reki Hretha. Oboje zaczęli sie mocować ręką, jednak kapitan chwycił miecz rękojeścią do przeciwnika i błyskawicznie uderzył w brzuch przeciwnika. Hreth splunął tylko i nie dał po sobie poznać że cokolwiek odczuł, teraz atakował z mniejszą częstotliwością ale zmuszał rywala do uników i odbijania ciosów. Oboje wyprowadzali serie zwodniczych ataków i błyskawicznych pchnięć.
       Vord zastanawiał się jaki cudem miecz Tervila jeszcze sie nie rozleciał, skąd miał tyle siły by jedną ręką odbijać tak zabójcze ataki. Musiał jednak z zaskoczeniem przyznać że trafił swój na swego. Nie dawał z początku szans Hrethowi na podjęcie równorzędnej wali a tu proszę. Obdartus dawał sie we znaki rycerzowi i to nawet lepiej niż można by to sobie było wymarzyć. Pytanie czy oni walczyli na śmierć i życie czy do pierwszej krwi. Niemal natychmiast otrzymał odpowiedz. Hreth krzyknął z bólu, na lewym ramieniu widniało głębokie cięcie. Najemnik wymamrotał coś pod nosem i uderzył toporem. Tervil jakby stracił wcześniejszy zapał i w ostatniej chwili zablokował cios zmierzający w jego głowę. Atak zatrzymał się na hełmie nieznacznie go uszkadzając. Kapitan zachwiał się i po chwili spojrzał chłodnym wzrokiem na oponenta. Wykonał kilka pchnięć zmuszając przeciwnika do ciągłego wycofywania sie. Gdy tamten nie miał już miejsca do odwrotu zrobił coś co zaskoczyło nawet kapitana. Wykonał szybki obrót niemal błyskawicznie znajdując się za plecami Tervila. Uderzył toporem który gdyby trafił cel przeciął by na pół rycerza. Tervil szybko odwrócił się i zbił atak na bok, ostrze zahaczyło o prawą nogę rysując zbroje. Najemnik nie dał za wygraną, był niesiony teraz determinacją, naparł na rycerza obalając go na ziemie. Zdarł z jego głowy hełm i uderzył pięścią w twarz rycerza. Ten szybko chwycił jego pięść o włos od twarzy ją zatrzymując. Zaczęli się mocować. Rycerz wykręcił dłoń Hretha i wykonując przewrót znalazł się na nim. Po czy ku zdziwieniu wszystkich podniósł go wysoko nad ziemie i cisnął kawałek dalej .Z nosa Hretha pociekła stróżka krwi, kapitan szybko znalazł się nad nim przystawiając miecz do jego gardła.
       W tedy z tyłu wszyscy usłyszeli zawołania. Przez tłum przedarł się jeden z rycerzy, uklęknął w geście przeprosin i pospiesznie zaczął mówić.
       - Wybacz panie że przerywam walkę...Ten zabójca skradł konia i uszedł w las. Zostawił ten list - rycerz wyjął za pasa kawałek papieru - Zaadresowany jest do niejakiego Vorda i innych...najemników. Myślę że powinien pan to przeczytać.
       Kris uciekł? Dlaczego, czyżby wziął sobie aż nad to do serca co powiedział mu Hreth? Tervil spojrzał z góry na leżącego najemnika.
       - Dokończymy tę walke kiedy indziej,obiecuję ci to.
       - Walczmy dalej! - ryknął z furią Hreth - Pokaż że masz jaja! Masz szanse mnie zabić i zakończyć to tu i teraz! Nagle obleciał cie strach durniu? Nie odbieraj mi możliwości zobaczenia twojej gęby tuż przed śmiercią!
       Kerteba oraz Livmer podeszli w milczeniu do obu, staruszek pomógł wstać najemnikowi cicho coś mu mówiąc. Najemnik wyraźnie był niepocieszony. Głupiec, pomyślał Vord, mógł właśnie zginąć a mimo to zachowywał się jakby to on był na wygranej pozycji.
       Ignorując podnosząca się wokół wrzawę, kapitan odebrał list i wręczył go Livmerowi.
       - To do was, jednak skradziono nam konia więc czytaj na głos.
       - Nie czytaj na głos, pokaż mi jego treść! - ryknął najemnik - Później przekaże te informacje moim ludziom. Kup sobie nowego konia cwaniaczku.
       Kerteba wymamrotał coś pod nosem i już miał uderzyć na najemnika ale powstrzymał go żelazny uścisk Tervila. Pokiwał przecząco głową.
       Niech to szlag, ci dwaj w życiu się nie dogadają, byli jak ogień i woda. Tyle że Hreth powinien zacząć zachowywać się jak na dowódce przystało. Tymczasem na każdym kroku szukał zaczepki, uparty stary osioł. Vord podszedł do Livmera i wyrwał mu list. Mimo sprzeciwu Hretha zaczął czytać na głos.
       - "Wyruszam zebrać wszystkie kamienie, gdy je zbiorę odnajdę was. Mam nadzieję że w tedy będziemy o krok od zwycięstwa. Obcy nie znają Carladii tak dobrze jak ktoś o moim dawnym fachu. Gdy wrócę mam nadzieje że ten ignorant Hreth zauważy moją lojalność. Nie szukajcie mnie."
       Rycerze popatrzyli po sobie nieco zmieszani, najemnicy cicho rozmawiali na ten temat. Garsen natomiast przeklinał pod nosem mamrocąc że u nordów niesubordynacja karana jest ostrymi cięgami.
       Co strzeliło do łba Krisowi? Chciał na własne życzenie znowu wpaść w tą samą ciemność z której ledwie mógł wyjść? W dodatku jego dawni kompani chcieli jego śmierci. A co on mógł zrobić, nie miał pojęcia gdzie go szukać. Nawet jeśli i by go odnalazł, co by mu w tedy powiedział? Jak by mu pomógł? Byłby tylko utrapieniem, niepotrzebnym balastem. Kris był niezwykle bystrym i utalentowanym człowiekiem. Jeśli ktokolwiek z nich miał szukać kamieni był nim tylko on. Z drugiej strony Kris był jego druhem mimo wcześniejszych zajść. Obawiał sie w duchu że może już nigdy nie wrócić. Kolejny przyjaciel legnie by nigdy nie wstać. Ile już przyjaciół stracił? Iluż  z własnej głupoty straciło życie w imię jakiejś wyższej sprawy? I ta nieszczęsna Selena...nadal wypełniała jego myśli. Nawet do teraz nie do końca dawał wiary temu że tak po prostu go przestała kochać. Niby można od tak, z dnia na dzień zatracić uczucie tak silne?
       Zastanawiał sie z czasem po co się narodził. Jaki był cel w  tym że żyje, czy musiał coś zrobić, coś osiągnąć? Czy po prostu narodził się, otrzymał kopa i wepchnięto na tą ziemie. A dalej niczym ślepiec szukaj bracie celu. Jakiego celu? Gdyby tak chociaż jedna sprawa się rozwiązała...ale jakie były szanse że kiedykolwiek dotrze do Halmar? Czy w ogule miasto nadal istniało? Wzdrygnął się na tą myśl, wszak tam był jego wuj i...ta kobieta. Mimo wszystko nie chciał nawet myśleć że mogła by umrzeć. Jeszcze nie teraz, nie dopóki nie porozmawia z nią. Nie wyjaśni tylu spraw do wyjaśnienia. Dopóki nie otrzyma odpowiedzi prosto w  twarz, nie Vord, ja cie nie kocham. W tedy niech się życie toczy swoim losem.
       - Ścigamy go panie - przerwał milczenie rycerz - Nie powinien nam umknąć.
       Ścigają go? Jeśli go dopadną to na pewno nie darują mu życia. Nie oni, każdy z nich miał w sobie podobne cechy jak ich kapitan. Zapewne złapią go i zabiją tak po prostu gdzieś w dziczy. Chciał teraz przekonać jakoś Tervila by tego nie robili. Ale słowa uwięzły mu w gardle. Bał sie cokolwiek zasugerować kapitanowi, jak mógłby zareagować na to że jakiś chłopaczyna mu dyktuje co ma robić?
       - Niech jedzie gdzie ma jechać. Nie ma szans aby odnalazł choćby jeden kamień ale możemy pokłaść w nim skrawek wiary. Jako jedyny - tu popatrzył wymownie na Hretha - zdaje sobie sprawę z tego co się dzieje.
       Kerteba wyraźnie nie podzielał zdania swojego pana ale uwagi zachował dla siebie. Hreth tylko parsknął i odwrócił sie na pięcie ruszając do namiotu.
       - Nie skończyłem Hreth, przekaże wam plan i ruszamy wszyscy za dwie godziny.
       Hreth zanim zniknął w namiocie wycedził przez zęby.
       - To przekaz ze swojej wielkiej wspaniałomyślności plany Livmerowi. To prawie tak jak ja bym to usłyszał. Idę się napić, nawet nie pytam czy pijesz. Dziewice nie piją ostrego alkoholu...
       Tervil zignorował przytyki, spojrzał na ciemne niebo. Po dłuższej chwili zaczął mówić...



       Obie postacie w czarnych płaszczach stały obok oschniętego drzewa. Człowiek którego wcześniej Habbe wraz z Jardelem pojmali nadal był do niego przywiązany.
       - Niebawem zacznie świtać Habbe, bierzmy go. Na miejscu go przesłuchamy.
       Zarzucili na niego starą płachtę i ruszyli ciemnymi uliczkami.
       Zawalenie wejścia nie było takie trudne jak z początku zakładał. Po odnalezieniu przycisku Gartan wsadził do otworu sztylet, kilka razy nim przekręcił. Z góry usłyszeli głośny zgrzyt i kamienny blok runął w dół. Ledwie obaj zdążyli uskoczyć. Nie było to typowe zawalenie przejścia  w pełnym tego słowa znaczeniu ale jego zamknięcie. Ktokolwiek wybudował tą kryptę był geniuszem by stworzyć takie zabezpieczenie na wypadek otwarcia wrót. Gartan schował sztylet poklepał kompana po ramieniu i razem zaczęli zmierzać ku wyjściu.
       Teraz Habbe idąc ciemną aleją wpadł w grobowy nastrój, Jardel...leżał zakopany pod ziemią. Co teraz powie jego starej i schorowanej matce?Jak zareaguje jego kobieta? Co teraz pocznie bez niego...Czy gdyby wiedział jak to się zakończy ruszyli by tej nocy ku śmierci? Z nieba lały się strumienie wody, nad nimi rynna nie wytrzymała wypuszczając na nich ogromne ilości wody. To nie miało jednak znaczenia, już dawno byli przemoczeni. Ich zakładnik wiercił się nerwowo, chciał coś mówić ale knebel skutecznie mu to utrudniał. Habbe poprzysiągł że po otrzymaniu niezbędnych informacji od niego długo będzie zadawał mu cierpienie. Będzie to marną rekompensatą za smierć towarzysza.
       - Habbe, chciałbym jeszcze ci o czymś powiedzieć...
       Już miał mu powiedzieć żeby sobie wsadził gdzieś swoje uwagi. Ale tylko milczał, nie miał ochoty na rozmowę, na nic nie miał ochoty. Wiedział że gdy wróci do domu  to opije się i uśnie. Zapomni na chwilę o przykrych wydarzeniach. Jeśli tego nie zrobi chyba oszaleje. Ich fach stwarzał ryzyko wpadnięcia w obłęd czy depresje. Wielu dobrych agentów kończyło w zakładach dla obłąkanych. Kończąc swój żywot przykuci do łoza, karmieni przez pachołków raz dziennie. Załatwiali się pod siebie. Koc zmieniano raz na trzy dni...Wiedział o tym, odwiedzał tam czasem swojego chorego brata. Płacił za niego dodatkowe pięć denarów by dbano o niego lepiej niż o innych. By czasem wyprowadzali go na świeże powietrze. W końcu był członkiem jego rodziny.
        - Zresztą to akurat może poczekać...Dam ci nieco więcej czasu na to.
       Po niespełna godzinie doszli do dużego budynku, Gartan otworzył drzwi i obaj szybko zniknęli wewnątrz.
       W środku siedział nieznany mu mężczyzna. Był łysy ,twarz pokryta była licznymi bliznami. Orli nos,i  dziwny, niemal paraliżujący wzrok. Obok niego leżał związany i nieprzytomny sekretarz. Gartan zdjął z barków jeńca i chwycił za miecz. Habbe mimo drętwiejących rąk poszedł za jego przykładem. Mężczyzna uśmiechnął się tylko i powoli wstał rozkładając ręce na znak że nie ma złych zamiarów.
       - Ty po lewej to Habbe, a ty po prawej to Gartan, tak?
       Skąd on wiedział kim oni są? I co u licha robił w ich kryjówce, jak znalazł to miejsce i jak dostał się do środka? Habbe miał nieprzyjemne wrażenie że za moment może dojść do walki. Pocieszała go myśl ze ich jest dwóch.
       - Nazywam się Ces..po prostu Ces. Pewnie zadajecie sobie pytania kim jestem, czego chcę i co tu robię, prawda? Jeśli otrzymam to po co tu przyszedłem włos wam z głowy nie spadnie. Ale jeśli trzeba będzie...zabije bez mrugnięcia okiem.
       - Chyba kpisz - powiedział poddenerwowanym głosem Habbe - Wiesz kim my jesteśmy i gdzie sie włamałeś? To ty właśnie sobie przysporzyłeś kłopotów. Nie ważne po co tu przylazłeś. Jesteś aresztowany, nie próbuj niczego głupiego!
       Habbe podziękował sobie w duchu że lata ostrej dyscypliny pozwoliły zachować mu zimną krew. Nawet Gartan był zaskoczony butnością towarzysza. Dobrze, niech młody czuje respekt i szacunek.
       - Wy czegoś nie rozumiecie - pokiwał bezradnie głową nieznajomy - Ja nie proszę ale każe, kurewsko mnie dobija czekanie. Nie lubię czekać, staję się wtedy wredny i niemiły. Lubicie takich ludzi? Stul więc pysk gnoju i zacznij mnie doceniać!!
       Błyskawicznie nieznajomy rzucił sztyletem w stronę Habbe. O włos od głowy utkwił  w drzwiach.
       - Następnym razem wyceluje między oczy...
       Habbe nie wytrzymał, warz z towarzyszem natarli na łysego agresora, ten do końca stał z radosnym uśmiechem wymalowanym na twarzy. Stał pewny siebie, bardzo pewny siebie...
    Zwycięstwo nie wymaga tłumaczenia,porażka na nie nie pozwala.Wymówki to schronienie dla słabych.-Wielki Książe Ostlandu Hals von Tasenick.

    http://adi88pl.wrzuta.pl/audio/88OeZEtUsq1/kingdom_of_trance_nev_year_2012_adi_mix
    Pora promować muzykę trance i swoją twórczość;)

    Offline Aldred

    • Użytkownik
    • Wiadomości: 542
    • Piwa: 16
    • Płeć: Mężczyzna
    • No Trance No Life.....
    Odp: "Calradia,kraina straconych szans"powieść.
    « Odpowiedź #142 dnia: Grudnia 24, 2012, 10:33:37 »
    Rozdział.7.

    "Jeśli nie mogę zmiękczyć bogów,piekło poruszę"(Wergiliusz)


       Wiatr ciągle i uparcie uderzał w szybę, która teraz była niemal całkowicie zakryta białym puchem. Mężczyzna siedzący przy stoliku obok okna po raz wtóry próbował coś ujrzeć za okna. Bezskutecznie, było coraz zimniej i nie zapowiadało sie na to by w nocy było lepiej. Kolejny silny podmuch i spod drzwi posypał sie śnieg, szmata która miała uszczelniać szparę pod drzwiami nie dawała dobrych efektów. Mimo niegasnącego ognia w kominku było coraz zimniej, para towarzyszyła każdemu oddechowi. Kufel grzańca który niedawno został przyrządzony całkowicie ostygł.
       Człowiek opatulając sie grubym płaszczem podszedł do kominka i dorzucił niedbale kilka szczap drewna. W górę poszybowały iskry, przez moment w środku zrobiło sie jaśniej. Na moment, na chwile dając poczucie bezpieczeństwa. Nad ogniem wisiał niewielkich rozmiarów garnek który wisiał przymocowany do tyczki powyżej. Mężczyzna wziąwszy drewnianą łyżkę zamieszał lichą zawartość  w środku. Oczy błądziły beznamiętnie od ognia do pożywienia. Po chwili, gdy stwierdził że jeszcze nie gotowe ,zakrył garnek i zasiadł znowu przy stoliku. Szybko wypił, zimne już piwo i oparł się ciężko na krześle.
       Na zewnątrz wiatr zawodził jak dzikie zwierze w ostępach. Może i nawet to były zwierzęta? Co za różnica, nie miał zamiaru wychylić choćby nosa na taką pogodę. W środku ledwie było do wytrzymania, nie mógł sobie wyobrazić jak było na zewnątrz. Tymczasem chwycił za leżący mały notatnik z oprawką ze skóry sarny. Przewertował kilka stron, przysuwając jednocześnie bliżej świeczkę. Ta migotała sprawiając że litery w notesie niemal tańczyły. Przetarł oczy, był zmęczony, potrzebował dobrych parę godzin snu. To by mu pomogło, przeklinał w myślach i dalej brnął przez gąszcz zdań i liter. Który to już raz czytał ten notes? Piaty, siódmy? Wiedział jednak że musi lepiej zrozumieć sens tego wszystkiego. Gdy niemal przysypiał nad lekturą rozległo się głośne walenie w drzwi. Mężczyzna podniósł wzrok znad książki, nasłuchiwał, nawet nie drgnął. Sprawdził czy sztylet dobrze się wysuwa za pasa. Odłożył notes, prawą dłoń delikatnie trzymał na rękojeści broni. Cicho stąpając podszedł do drzwi. Z zewnątrz nie słyszał nic prócz wyjącego wiatru. Kolejne dudnienie, uparte i szybkie.
       - Kurwa, Areis! Ja tu zamarznę zaraz! Otwórz!
       Człowiek odzyskał teraz pewność siebie, to jego nowo poznany kompan, Halka Fartes. Szybko otworzył mu drzwi, przybysz wskoczył do środka jak spłoszone zwierzę. Gdyby mógł zapewne staranował by teraz każdego na drodze byle szybko znaleźć się w środku. Gdy zamknął drzwi podszedł do trzęsącego się z zimna towarzysza który już zajął miejsce przy palenisku. Nim zdołał zadać mu pytanie ,tamten wyjadał łapczywie niedogotowaną potrawkę z zająca. Gdy nieco sie zagrzał i wyjadł połowę zupy, zrzucił gruby płaszcz na podłogę.Ciężki łuk oparł obok kominka, kołczan rzucił pod ścianę.
       - Gdzieś ty się tyle czasu podziewał? Vaegirowie i ich "daję słowo"...
       Halka wydmuchał nos, poprawił pas który ciągle mu się odpinał.
       - To nie takie łatwe, nie zapłaciłeś mi dość dużo bym sie miał uwijać. Poza tym na zewnątrz trwa śnieżyca. Nie jest łatwo znaleźć drogę. Gdybyś nie poskąpił denarów to najął byś kilku dodatkowych zwiadowców. Ja znam te tereny, co nie oznacza że widzę przez taką zadymę.
       - Obiecałeś że ta podroż nie potrwa długo, skąd mam mieć teraz pewność że mój brat dalej tam jest? Muszę go jak najszybciej odnaleźć.
       - Co jest tak ważnego że szukasz go przez całą krainę, w dodatku teraz...Zresztą, mało mnie to obchodzi, ty płacisz ja wykonuję swoją robotę.
       - Właśnie, ja płacę...i zaczynam powoli tego żałować. Co ty myślisz że jestem jakimś szlachcicem z kuframi denarów? Kosztujesz mnie więcej niż mała armia.
       - Na dobrego zwiadowce nie wolno skąpic. Bo ten czasem może pomylić drogę lub zgubić zleceniodawcę...
       Arogancki jak zawsze, Halka dobrze wiedział że bez niego Areis nie poradzi sobie w tych przeklętych górach. Co też z premedytacją świetnie to wykorzystywał. Może dobrze było jednak nająć grupę łowców głów? Ci przynajmniej gdy mieli kontrakt to choćby po trupach ale wykonywali dobrze powierzone im zadania. Niestety, vaegirski łowca był teraz jego jedyną nadzieją.
       - To kiedy możemy ruszać?
       Zwiadowca zdjął grube buty i grzał teraz stopy przy kominku.
       - Gdy minie zamieć, dwa, może trzy dni. W taką pogodę tylko desperat wyruszyłby przez te góry. Ah, i bym zapomniał. Widziałem dość świrze tropy sporych rozmiarów oddziału który zmierzał dokładnie w tym kierunku który i my musimy obrać. Zastanawia mnie jakim głupcem musi być ich przywódca że ryzykuje życie swoich ludzi w tak zdradliwym terenie.
       - Wiesz kto to może być? Wiedzą o nas?
       - Nie martw się, nawet jeśli wiedzą to najzwyczajniej mają to gdzieś. Głębokie ślady, nie mają koni, to albo vaegirski odział strzelców,najemnicy lub bandyci. Wybierz sobie sam.
       Świetnie ,najpierw zamieć , teraz to. Ciekawe kto to mógł być, i czy to przypadek że zmierzają w tym samym kierunku co oni. Może to karawana? Dobrze by było w tedy do nich sie przyłączyć, w większej grupie było by bezpieczniej. Nawet by podziękował za współprace łowcy. Spojrzał na niego, ten tylko się uśmiechnął i dalej grzał stopy. Trzy dni z takim kompanem...Wątpliwe by wytrzymał z nim aż trzy dni, pod jednym dachem...



       Gdy Ymira skończyła czytać w sali zapadła cisza. Nie dla Plaisa, energicznie wstał i podszedł do ogromnej mapy, wzrok kilku baronów gdyby mógł zabijać, zrobiłby to na miejscu.
       - Król Graveth - Plais ceremonialnie wskazał po kolei na zajęte miasta i zamki - Zajął połowę naszego królestwa, mordując mieszkańców, załogi garnizonów. Spustoszył wioski, jego ludzie gwałcili i grabili. A teraz chce nam oddać te zgliszcza? Niby kim mamy obsadzić te sterty gruzu? Najemnikami? Chłopami? A mamy na to dość denarów? Nawet miasta w naszym posiadaniu cierpią na braki ludzi. Najemnicy pójdą za tym kto więcej zapłaci. W tym przypadku za rhodokami, bo oni świetnie sie na nas przez cały rok wzbogacili. Rhodokowie mają na tyle wypchane skarbce że zrekompensują nam to wszystko? O ile wiem, dalej ich ludzie obsadzają zdobyte włości. I gdzie ta pomocna dłoń? Nikt na tej sali nie powie mi że nie mam racji.
       Lordowie patrzyli w osłupieniu na Plaisa, nerwowe spojrzenia wodziły to na niego to na poselstwo. Isolda także zaniemówiła, ręce nieznacznie jej drgały, była najwidoczniej wściekła lub co bardziej prawdopodobne wystraszona że właśnie traci możliwość objęcia tronu.
       - Plais - rzekł Grainwad siląc się na uprzejmy ton - Siadaj w tej chwili i przestań robić z siebie idiotę.
       - Racja, myślał by kto że kiedykolwiek strategia była twoim atutem.
       Zawtórował Stamar, posłowie dalej milczeli, młody Vordemor natomiast wycedził coś po cichu przez zęby. Ymira uspokoiła go kilkoma słowami. Isolda w końcu przerwała milczenie, wstała i podeszła do Plaisa. Jej oczy pałały gniewem, teraz pewnie to ona wygłosi przemowę, obalając jego słowa. Nic bardziej mylnego, Plais momentalnie przestał sie uśmiechać gdy został parokrotnie spoliczkowany przez ta sukę. Świerzbiła go ręka by jej odpłacić, powstrzymał się jednak.
       - Jak śmiesz w takiej chwili w tak prostacki sposób wyciągać to co było przedtem? To wina polityki Charlausa, winne są obie strony. Tak bardzo ci zależy na tym by nie doszło do sojuszu? Kim ty w ogóle jesteś? Co zrobiłeś dla królestwa? Myślisz że ja nic nie wiem o twoich "wyczynach"?? Albo usiądziesz albo każę cie wyprowadzić, a narada odbędzie sie bez twej osoby.!
       - Przypominam o pani - najspokojniej jak mógł Plais mówił- Że jeszcze nie jesteś władczynią, i przypominam że to ja mam lordowski tytuł. Takim zachowaniem nie powiększasz swoich szans na tron.
       - W sumie Plais ma trochę racji...nieco jednak źle dobrał słowa.
       Odezwał się nagle Rafard, zignorował wzrok innych i wstał. Podszedł do mapy, po dłuższej chwili odwrócił sie do reszty.
       - Ja też nie bardzo mogę pojąć w jaki sposób rhodokowie będą w stanie nam pomóc. Wyniszczyli wszak nam połowę królestwa. Swadia potrzebuje parę lat aby zacząć się podnosić. - Skierował wzrok na posłów - Potrzebujemy namacalnych dowodów waszego oddania, wybaczcie ale zbyt wiele lat ze sobą wojowaliśmy by zawierzać na słowo.
       Plais ucieszył sie w myślach, czyli jego słowa przynosiły, powolny,ale jednak efekt. Miał już pierwszego sprzymierzeńca, po minach niektórych widać było wątpliwości. Grainwad wraz ze Stamarem przeszywali na wylot obu baronów przy mapie. Isolda już nic nie mówiła, nie była tak silna jakby sie mogło wydawać. Kilka argumentów i była  w kropce. Głupia mała i zagubiona dziewczynka. Co ona sobie myślała? Że samą gadką obejmie tron? Że nikt nie zaneguje jej praw. Plais dziwił sie dlaczego staruszek Charlaus wiedząc o niej, nigdy nie kazał jej pojmać. Czyżby dobrowolnie zgadzał się ujść w cień? Czy jego ostatnia bitwa miała być dla niego zwieńczeniem władczej posady. Czy wiedział parę godzin wcześniej że zginie na terenach rhodoków? Tyle pytań...ale do licha, co go to interesowało. Nie żyje, proste, nieprawdaż? Problem tylko pozostał w postaci tej uzurpatorki Isoldy. Już sam nie wiedział kogo bardziej nienawidził, rhodoków, Haringotha, Grainwada, Isoldy...Cholera, po prawdzie wszystko go irytowało. Sprawę nieco skomplikowali zabójcy, i te stwory. Ciekawiło go co będą siepacze chcieli w zamian za pomoc. Nic małego, to pewne, nie za taką cenę. Gdyby chcieli pieniędzy, sami już dawno by sobie je wzięli. Na tej sali nie miał prawdziwych sprzymierzeńców. Banda głupców, jak niby miał cokolwiek dla siebie wywalczyć będąc całkowicie zdany na siebie?
       - Dość tego!- Plais skierował wzrok na Raichsa który wraz z posłami wstali - Nie przybyliśmy my tu aby wytykano nam błędy, wina leży po naszej jak i po waszej stronie. Nasz król zdaje sobie z tego sprawę, mimo to pierwszy wyciąga rękę aby zawrzeć sojusz. Wracamy, nasze zadanie właściwie sie skończyło. Gdy Swadia poukłada swoje sprawy, i będzie gotowa, ufam iż uda nam sie dokończyć rozmowę.
       Baronowie podnieśli ogólne larum, kilku powstało i namawiało Raichsa aby został, przepraszali. Kilku wykrzyczało obraźliwe słowa w stronę Plaisa, słychać było też jawne groźby pod jego adresem. Isolda usiadła na krześle obok mapy i schowała twarz w dłoniach. Spod palców pociekło parę łez. Rafard zwiesił głowę jakby czuł sie winny że częściowo podzielał zdanie Plaisa. Sekretarze nie widząc dalej dla siebie zajęcia pospiesznie opuszczali sale.
        Grainwad szybko doskoczył do Plaisa i chwycił go za kołnierz, był wściekły, było to aż nad to widać.
        - Ty pieprzony idioto! Właśnie zaprzepaściłeś możliwość pokoju dla królestwa, nie wiadomo czy zdołamy posadzić na tronie Lady Isolde. Haringoth miał racje, zawsze mi powtarzał że jesteś jak wąż, zdradziecki. Cokolwiek robisz, robisz to nie dla swadii ale dla siebie. Postaram się aby nowy władca pozbawił cie wszystkich przywilejów, tytułu, wszystkiego. Skończysz w rynsztoku, klnę się na mój honor.
        Plais był już raz w podobnej sytuacji z dawnym wrogiem, w tedy denary załatwiły sprawę. Teraz raczej nie można było na to liczyć. Rafard położył dłoń na ramieniu agresywnego barona.
       - Grainwad, opanuj się, on miał trochę racji. Ale nie musiał tego mówić takim tonem. Sojusz dalej nie jest stracony, tylko odwleczony w czasie.
       Ten zwolnił chwyt, odetchnął głęboko parę razy by sie uspokoić. Spojrzał na łkającą Isoldę.
       - Dokończymy rozmowę innym razem Rafard. A ty - rzekł,znowu, a jak, do Plaisa - Za dwie godziny widzę cie na arenie, stoczymy przyjacielski pojedynek. Takie mam prawo, a ty masz prawo je odrzucić, co jednak oznaczać będzie że ucierpi na tym twój skarbiec. Honoru dawno nie masz, więc o to sie nie martw.
       Plais dalej zachowywał spokój, udawał że jest niewzruszony, że to on tu rozdaje karty.
       Gdy posłowie, Isolda i baronowie udali się do swych kwater do sali wszedł Hektor. Speszył się w pierwszej chwili że sala tak szybko była pusta. Podszedł do siedzącego na wysokim fotelu barona.
       - Mam informacje.
       Baron westchnął i wypił chyba szósty kieliszek czystego spirytusu. Gestem dłoni kazał kontynuować.
       - Za godzinę, na ulicy "Dworzan Dna", przy tablicy ogłoszeń mamy się spotkać z człowiekiem, wiesz od kogo on jest.
       Plais uśmiechnął się, jakże alkohol całkowicie ukoił jego nerwy i obawy. Nie czuł strachu, miał nawet gdzieś czy zdoła sie pojawić na arenie.
       - Oh mój Hektorze, za godzinę urocze spotkanko które pewnie zwali mi na głowę więcej durnych spraw. Za dwie godziny walka na arenie z Grainwadem...Myślisz że powinienem dalej pić?
       Pomagier był zbity z tropu całkowicie, zapewne pierwszy raz widział Plaisa w takim stanie. Podrapał sie po głowie i nim sie odwrócił by wyjść ,powiedział.
       - Każę przygotować nowe odzienie i gorącą kąpiel. Nie pij...panie...jeśli łaska.
       Nie pij ,nic nie mów, nie rób tego....dlaczego ciągle słyszy tylko takie słowa? Nie wytrzymał, nalał sobie kolejny kieliszek i wychylił. Za szybko, zwymiotował szybciej niż płyn zdążył dotrzeć do gardła. Księgi i papirusy były całe w cuchnącej cieczy, baron uśmiechnął się do siebie i krzyknął.
       - Służba! Stół mi ktoś zapaskudził. Żwawo bo wychłostać każe!!!



       Tervil przemówił do zgromadzonych dość głośno by można go było usłyszeć nawet podczas takiej ulewy.
       - Wspomniałem o trzech punktach i o czwartym który znajduje się pośrodku nich. Wyznaczę grupę ludzi która się tam uda aby zabezpieczyć główne wrota, cała reszta rozproszy się aby znaleźć wszystkie kamienie. Posłańcy będą kursować miedzy każdym odziałem informując o postępach. To by było na tyle, nie lubię sie rozdrabniać.
       - Dlaczego wysyłasz małą grupę do czwartego punktu - rzekł Livmer.
       - To proste, im mniejsza grupa tym trudniej zauważy ją przeciwnik. Pozostałe odziały które przybyły na tą ziemie wraz z nami otzrymały rozkaz jak najszybszego odnalezienia kamieni. Przejdźmy od razu do wybrania takiej grupy.
       Tervil spojrzał na otaczających go ludzi. Mruczał coś pod nosem, po paru minutach gdy wielu zaczeło już głośno narzekać rycerz odezwał się.
       - Potrzeba nam ludzi którzy znają te tereny, którzy posiadają pewne umiejętności. W skład tej grupy wejdą, ja, Kerteba, jako że potrzeba dobrych wojowników którzy znają wroga. Dalej wasz tutejszy uczony Livmer, Vord, Kerwin, oraz...Hreth. Mimo wielu spraw jakie nas dzielą będzie nam potrzebny. Za godzinę zbiórka przy bramie i wyruszamy.
       Vord był zaskoczony że wybrano właśnie jego to tej wyprawy. Jakie on miał umiejętności? Sam dobrze wiedział że kiepski z niego szermierz, nie zna sie na tropieniu, po prawdzie na mało czym się zna.
       Podszedł do niego Livmer wraz z Kerwinem który utykał na nogę.
       - Powiem Hrethowi, ciężko będzie mu sie zgodzić na to - rzekł Livmer - Znowu przyjdzie nam wyruszyć na trakt...Czuję że to moja ostatnia wyprawa...
       - Co ty gadasz - zripostował Kerwin - Przeżyjesz nas wszystkich, tacy ludzie jak ty nie umierają od byle błahostki. Chodź Vord, trzeba zebrać jakiś ekwipunek.
       Młodzieniec nie podzielał optymizmu kusznika, miał złe przeczucia że wpakują się w kłopoty większe niż wszystkie dotychczas. I że na własne życzenie, właściwie życzenie Tervila, już nigdy nie spotka swej ukochanej. Ona gdzieś tam jest, niepomna że jego dawna miłość podejmuje sie samobójczej misji. Że przemoczony, poobijany bedzie sie włuczył w dziczy. Tylko po to aby prawdopodobnie odnalezć swoją śmierć. Westchnął, znowu próbował przywołać sobie twarz Seleny. Coraz trudniej mu to przychodziło, jej twarz z dnia na dzień rzopływała mu się jak we mgle. Czy za miesiąc, dwa , całkowicie ją zapomni. Zapomni o wszystkich przyjemnych chwilach, gdy żył jeszcze jako człowiek szczęśliwy, niepomny że wkrótce jego życie całkowicie zmieni swój bieg. Z sielanki w  koszmar na jawie...
       Ruszył za dwoma towarzyszami, czuł że zginie, bał się tego momentu gdy w końcu wyruszą, gdy miną bramę. Że któregoś dnia zginie przebity żelastwem lub rozszarpany przez bestie. Że wycierpi wiele nim umrze. Że będzie musiał oglądać śmierć jego kompanów. Elissa, zmarła na jego rękach, czy i z nimi będzie tak samo?Cóż, nikt tego nie wie, pozostało jedynie czekać na to co niebawem nastąpi...

    Zwycięstwo nie wymaga tłumaczenia,porażka na nie nie pozwala.Wymówki to schronienie dla słabych.-Wielki Książe Ostlandu Hals von Tasenick.

    http://adi88pl.wrzuta.pl/audio/88OeZEtUsq1/kingdom_of_trance_nev_year_2012_adi_mix
    Pora promować muzykę trance i swoją twórczość;)

    Offline matigeo

    • Użytkownik
    • Wiadomości: 1043
    • Piwa: 2
    • Płeć: Mężczyzna
    Odp: "Calradia,kraina straconych szans"powieść.
    « Odpowiedź #143 dnia: Grudnia 24, 2012, 13:10:08 »
    Prezent pod choinkę! Fantastycznie, będzie co czytać. ;) Ten Plais...:P

    Offline Aldred

    • Użytkownik
    • Wiadomości: 542
    • Piwa: 16
    • Płeć: Mężczyzna
    • No Trance No Life.....
    Odp: "Calradia,kraina straconych szans"powieść.
    « Odpowiedź #144 dnia: Grudnia 24, 2012, 13:23:30 »
    Oj tam zaraz prezent, długo nic nie napisałem. Ale nie martw się, przed nowym rokiem na pewno wstawię ciąg dalszy. Sporo wolnego a co za tym idzie sporo czasu na to by coś napisać. A Plaisem sie nie martw bo dołączysz do jego czarnej listy;)
    Zwycięstwo nie wymaga tłumaczenia,porażka na nie nie pozwala.Wymówki to schronienie dla słabych.-Wielki Książe Ostlandu Hals von Tasenick.

    http://adi88pl.wrzuta.pl/audio/88OeZEtUsq1/kingdom_of_trance_nev_year_2012_adi_mix
    Pora promować muzykę trance i swoją twórczość;)

    Offline Aldred

    • Użytkownik
    • Wiadomości: 542
    • Piwa: 16
    • Płeć: Mężczyzna
    • No Trance No Life.....
    Odp: "Calradia,kraina straconych szans"powieść.
    « Odpowiedź #145 dnia: Grudnia 31, 2012, 11:25:20 »
       Ciąg dalszy rozdziału.7.
       "Definicje powstają wyłącznie z rozpaczy"(Cioran)

       W małym pomieszczeniu oświetlonym lichym światłem świecy panowała cisza. Sporadycznie z zewnątrz przewijały się odgłosy kroków, po chwili jednak i one zanikały. W końcu impas przerwał mężczyzna który jako jedyny stał, bawił się sztyletem, na twarzy malował się uśmiech. Pogarda dla pokonanych, w mroku błysnęło dwoje oczu niczym wilcze ślepia które zoczyły ofiarę. Stał wpatrując się na leżące pod nim dwie osoby, dał sie słyszeć cichy śmiech. I on szybko się jednak urwał, człowiek nachylił sie nad leżącymi. Sztylet niebezpiecznie zbliżył się do gardła jednego z nich, ostrze na moment przybrało oślepiający blask jakby pobierało energię ze światła świecy.
       - I co palanty? Chyba mówiłem wam że nie macie szans ze mną, trzeba potrafić oceniać swoje i wroga siły. A wy się nieco przeliczyliście...
       Habbe stęknął, próbował wstać, ale ten drań podciął mu oba ścięgna. Rany promieniowały niewyobrażalnym bólem. Każda cześć mięśni zdawała się zaraz rozlecieć. Spojrzał na Gartana, z tej pozycji widział tylko jego nogi i niewielką kałużę...wina czy krwi? Ich wróg mógł teraz w każdej chwili zarżnąć ich jak prosiaki. Wygrał mimo że to oni mieli przewagę. Po raz kolejny spróbował wstać, silny kopniak przybił go jednak spowrotem do podłogi.
       - Czego chcesz - cicho wystękał, po prawdzie i to przyszło mu ciężko - Zabijesz teraz nas, sprowadzisz na siebie kłopoty.
       Bezwłosy oprawca powstał z klęczek i podszedł do biurka. Habbe usłyszał pospiesznie otwierane szuflady, księgi i pergaminy poszybowały w przeciwległy kąt. Czegokolwiek szukał, w biurku tego nie znajdzie. To było by zbyt oczywiste.
       - O proszę - uradowanym głosem powiedział łysy - Podwójna szuflada,  takie numery robiłem na początku mojej...kariery. A ten kluczyk, czyż nie do ukrytej wnęki? Chyb tak, popatrzmy gdzie moi przyjaciele wykonali schowek.
       Po dłuższej chwili, człowiek, zwany przez siebie samego Cesem zaśmiał się i słychać było wprawiony w ruch mechanizm. Skrytka była otwarta.
       - Czego tam szukasz-wysapał Habbe - Nie ma tam nic co by cie mogło zainteresować.
       Ces przykucnął przy nim i pomachał mu przed twarzą dwoma błyszczącymi amuletami.
       - Tego szukam - następnie schował je do kieszeni i pokazał mu dokument z lokacjami innych kamieni - Oraz tego. Ułatwiliście mi robotę chłopcy, dlatego chyba was nie zabije. Będziecie pewnie mnie szukać i chcieć się zemścić. Ale uwierzcie, następnym razem nasze spotkanie będzie dla was tym ostatnim. Mój pan jest wam dozgonnie wdzięczny. Agenci...heh, jednak nie jestescie do końca bezużyteczni.
       Po tych słowach Habbe otrzymał solidny kopniak w twarz i utonął w ciemności...



       Baron oraz jego przyboczny, Hektor, przeciskali sie przez tłum ludzi. Padało znowu ale mieszkańcy zdążyli się do tego już przyzwyczaić. Po prawej kowal wykłócał się z dwoma najemnikami o cene miecza, powoływał się przy tym na to że zdobył wiele dyplomów i jego robota jest droga ale solidna. Dalej żebrak natarczywie zatrzymywał ludzi prosząc o denara lub kawałek chleba. Ludzie nie zwracali na niego uwagi, jakiś szlachcic poczęstował go kopniakiem. Dwójka rycerzy w paradnych zbrojach urządziła sobie wycieczkę po ulicach. Ludzie ustępowali im z drogi, potężne wałachy górowały na tle pospólstwa. Zgiełk miasta, nawoływania do zakupu, nierzadko zepsutego jedzenia, krzyki kurierów, nawoływania samozwańczych proroków.
       Plais nigdy nie lubił przebywać w takim towarzystwie, a gdy musiał to robił to tylko na chwile. Minęli kolejną dzielnice mieszkalną, smród uryn uderzył niczym młot bojowy. Baron wyciągnął wyperfumowaną chustę i przyłożył do nosa. Gdyby tego nie zrobił mógłby znowu zwymiotować. Gestem dał do zrozumienia Hektorowi aby ten podał mu flaszkę wina. Wypił kilka łyków. Nie wytrzeźwiał jeszcze do reszty, czuł że jego ruchy są spowolnione jakby przedzierał sie przez bagna. Spojrzał z ukosa na Hektora, ten paradował w szlacheckim stroju. Zalotnie puszczał oczka do co piękniejszej kobiety. Plais wiedział że gdyby mu pozwolić to ten bęcwał pobiegłby do zamtuza. On nie miał takich problemów, gdy będzie chciał w jego komnacie znajdzie kilka dziwek z bogatszych domów rozpusty. Często tak robił, jak i większość znanych mu baronów. Musiał jednak odrzucić te myśli precz, miał robotę do wykonania.
       Isolda zamknęła się pewnie w swojej komnacie i wylewa mnóstwo łez. Niczym zbity pies pozbawiony pana. Reszta idiotów zapijała się w komnatach, lub co bardziej prawdopodobne, knuła przeciw niemu. Z wyjątkiem Grainwada, on zapewne szykował się do walki. Plais dalej nie mógł zdecydować co z tym faktem zrobić. Oczywistym było, że gdyby chciał to pokonałby rywala. Ale na prawdę musi sie tym przechwalać? Czuł że jeszcze trochę i wymyśli i na to sposób.
       Z jakże słusznych myśli wyrwał go głos Hektora.
       - Jesteśmy prawie na miejscu, lepiej się skupmy.
       - To ty się skupiaj a ja zajmę się podejmowaniem decyzji których twój rozum nie ogarnie.
       Przyboczny wymruczał coś pod nosem ale nie powiedział nic więcej. Baron uwielbiał wprost pokazywać mu ze jest kimś lepszym. Skręcili w uliczkę, Hektor spojrzał jeszcze w tył czy nikt ich nie śledzi. Obok porzuconych beczek stał mężczyzna skrywający twarz w kapturze. Hektor nerwowo oblizał wargi i pierwszy podszedł do niego.
       - Jesteśmy.
       Obcy pokiwał głową na znak że rozumie i ściągnął kaptur z głowy. Mężczyzna w podeszłym wieku, mógłby być nawet dziadkiem. Siwe włosy krótko ścięte, twarz pokryta bliznami, nie wszystkie od broni. Niektóre wyglądały jakby były zrobione w czasie tortur. Jedno oko zezowało na prawo i lewo. Gdy uśmiechnął się , mogli ujrzeć że ma same złote i srebrne zęby. Swoisty i chodzący skarbiec, pomyślał Plais.
       - Mój pan - rzekł ochrypłym głosem - zakłada że miasto znajduje się już pod twoim panowaniem tak?
       - Chyba tak, wiekszośc baronów jednak nie ukrywa że nie są z tego faktu zadowoleni.
       Nieznajomy pokiwał głową i spojrzał na dachy budynków. Przez parę minut nic nie mówił tylko mamrotał do siebie. Czyżby był szalony? Plais nie wykluczał tego, każdy zabójca musi być na swój sposób szurnięty skoro z dobrej woli wykonuje taką a nie inna prace.
       - Twój drugi pomagier wyruszył już, to dobrze, ale wiedz że go obserwujemy. Masz jednak jeszcze kolejną robotę...
       - Jaką? Człowieku, ja za niecałą godzinę mam walczyć na arenie z durniem który mnie wyzwał. Nie może to poczekać?
       -Nie! - nieznajomy przybrał teraz złowrogi wyraz twarzy, chęć mordu biła od niego na mile - Potrzebujemy wsparcia twoich ludzi ,wyślesz odział w miejsce które zaznaczyłem na mapie.
       Zabójca wręczył im mapę na której zaznaczono jedno miejsce. Swadianie patrzyli na mapę nie bardzo rozumiejąc po co niby mieliby tam sie udać. Z pomocą rozszyfrowania im tej zagadki pospieszył zabójca.
       - To miejsce zwane "Krwawymi głazami", znajduje sie tam wejście do podziemi. A waszym zadaniem będzie zabezpieczyć to miejsce, każdy kto nie będzie od nas a zbliży się na małą odległość ma być zabity. Innymi słowy, macie zabić każdego kto tam spróbuje wejść. Do czasu aż nasi ludzie tam nie przybędą. Masz na to bardzo mało czasu, mój pan nie lubi czekać. Nie interesuje nas skąd weźmiesz ludzi. Ah, i jeszcze jedno, pośpiech jak wspomniałem jest wskazany. Spodziewamy się tam grupy ludzi którzy także chcą wejść do środka. Macie oszczędzić tylko ich przywódce. Wysoki blondyn w zbroi której nawet najlepsi swadiańscy rycerze nie paradują. Żegnam.
       I to by było na tyle, zabójca szybko zniknął im z pola widzenia. A oni nadal stali jakby trawili słowa które przed momentem usłyszeli.
       - I co teraz? Nie mamy ludzi by posłać ich w tamto miejsce. Garnizon miasta i bez tego jest w żałosnym stanie.
       - Wiem, niech to szlag, coraz więcej wymagają od nas. Czuje że tron miasta będzie dla mnie przekleństwem. Ciekawi mnie tylko co znajduje się w tym miejscu że jest tak bardzo ważne dla nich. I kim do cholery jest ten blondas że chcą go żywego. Szybko, ruszajmy do pałacu, trzeba w mig opracować plan działania.
       - A Grainwad i walka na arenie?
       No tak, Plais zupełnie przez to wszystko zapomniał o tym. Ale tak jak przypuszczał, znalazł świetne rozwiązanie. Oczywiście zgodne z prawami swadian.
       - Trzeba podjąć walkę bo Grainwad wyśmieje ciebie i twój dwór...
       - Hektor...znajdź sobie jakąś fikuśną zbroje, i idź w moim imieniu na arenę.
       - Co? Ja?? Nie można tak.
       - Rywal walki na arenie ma prawo wysłać na grunt swojego czempiona, a wiec Hektorze - Plais poklepał przybocznego po ramieniu - Gratuluję, zostałeś moim czempionem.
       Mina towarzysza była bezcenna, i poprawiła Plaisowi jakże do tej pory zły nastrój.



       Trójka ludzi obserwowała z pagórka mały odział wyruszający z Uxhal. Jeden z nich oparł się ciężko o drzewo, smarknął na ziemie i wytarł nos w rękaw. Spod zabrudzonych płaszczy dało się zauważyć nordyckie kolczugi. Najroślejszy  z nich mężczyzna z długą rudą brodą cały czas nie spuszczał z oczu małego oddziału. Trzeci wyciągnął  z juk konia krótki łuk, przymocował do strzały białą chustę. Po chwili wystrzelił  w stronę karawany.
       - Alericu, nie sądzisz że dość szybko wracają? Udało im się?
       - Nie wiem Turegor, ale niebawem zobaczymy czy Vordemor wykonał swoją role. I mam nadzieję że twój sobowtór dobrze odgrywa role na ziemiach nordów...
       - Już tu jadą - rzekł trzeci, Naelda - Dobrze, bo czas nas nagli.
       Lord Aleric nie mógł sie doczekać informacji od posłów. Przeszył go ból pleców, cholerna strzała. Ponad rok temu cudem uniknęli śmierci. W momencie gdy wśród zamieci trwała wymiana ognia. On i jego ludzie szykowali sie do walki. Gdy zobaczyli jeźdźców zmierzających w ich stronę niemal każdy wiedział że nie mogą tego wygrać. To byli dezerterzy z vaegirskiej armii, ze dwa tuziny lansjerów. Wtedy w ostatniej chwili w sukurs nordom niespodzianie przybył kolejny, liczniejszy odział zakutych w dziwne zbroje ludzi. Rozgromili vaegirów. Ich przywódca, wysoki blondyn wypytywał ich o kryptę. Debatowano czy ich zabić, ostatecznie chyba uwierzyli w ich kłamstwa i pozwolili odejść. Tego dnia stało się dla nich jasne że muszą opuścić te ziemie, udali się najpierw na przygranicze swadii. Tam starli sie z bandytami, stracili wielu ludzi ale udało im sie ujść z życiem. Przez następne miesiące lawirowali między wioskami omijając większe miasta i zamki. Słyszeli i nieraz widzieli skalę zagrożenia dziwnych stworów.
       W końcu udało im się dotrzeć do Yalen, tam wynajęli małe mieszkanie gdzie mogli w spokoju obmyślić plan, co dalej. Pewnego dnia nieoczekiwanie Vordemor oznajmił że niejaki Hrabia Raichs chętnie wsparł by ich działania. Zastanawiające było tylko że wiedział o tym, później się okazało że Bellen, ten stary uczony po wypiciu większej dawki alkoholu na jego dworze, wszystko wyśpiewał. Potem ich plan mający na celu nie tylko otwarcie wrót ale i zebranie innych kamieni powiększył się znacznie o kolejne ambitne plany. Zdecydowali o tym, aby wykorzystać zamieszanie, i skierować wydarzenia według ich zamysłu. Do tej pory były wątpliwości czy to wypali, ale czy kiedyś było inaczej?
        Sam fakt że wszyscy wierzyli w śmierć jego i całej grupy działał na ich korzyść. W tym czasie zebrali mnóstwo informacji, o wiele więcej niż przed rokiem. Teraz wiedzieli o co chodzi i co mają zrobić. Nie błądzili po omacku jak w tedy. Wysyłali wielokrotnie listy do Bellena aby ten na nowo do nich dołączył. Ten jednak albo odpisywał krótkim "nie" albo w ogóle nie pisał. Później dowiedzieli sie że zmarł w niewyjaśnionych okolicznościach. Dziwny też był fakt że z jego domu nie zniknęła biżuteria ani denary, zaginął tylko niewielki notatnik. Ten na którym uczony spisywał swoje spostrzeżenia i fragmenty "przepowiedni".
        Od wielu informatorów dowiedzieli sie także o przybyszach którzy odwiedzili carladie. Gdy powiązali fakty okazało się że jednych z nich już spotkali podczas feralnego ataku vaegirów. Jedni mówili że szukają krypt, nikt jednak nie miał pojęcia po co. Inni twierdzili ze to najeźdźcy z obcych ziem którzy wykorzystują zawieruchę wojenną do swoich celów. Inna wersja mówi o tym że to wręcz oni sami sprowadzili na carladie te kłopoty. Naliczono do tej pory dwa takie odziały, jeden na terenach jego dawnego królestwa nordów, a drugi u vaegirów. Nikt nie potrafił jednak z pełną odpowiedzialnością powiedzieć czego tu chcą. Turegor zaryzykował stwierdzenie że mogą wiedzieć o tych kryptach i przybyli tu w swoim znanym celu, albo żeby je zamknąć i nie dopuścić do otwarcia lub do ich otwarcia...A jeśli do otwarcia to czy zdawali sobie sprawę co tam się skrywa?
       Oni sami nie mieli twardych dowodów na to co tam jest, mieli fragment informacji. I jeszcze do niedawna cieszyli się że wiedzą niemal wszystko. Do czasu gdy ci obcy przybysze nie szukali tego co oni. Pytanie czy mieli ten sam cel co oni czy z goła całkiem inny.
       Aleric już dawno porzucił nadzieje na to że zdobędzie swój zamek, który ponoć obrócił się w ruinę. Ciekawiło go bardziej czy krypta została otwarta. Przeklął w myślach, gdyby znał prawdę dwa lata wcześniej...Już teraz zagadka dawno by się wyjaśniła. Jednego jednak wszyscy byli pewni, chcą otworzyć krypty. Bez względu na wszystko, może się okazać że to najlepsze rozwiązanie a im przyjdzie odebrać tytuł obrońców Carladii.
       Posłowie i ich świta już była dość blisko by Alerci mógł usłyszeć barona Raichsa.
       - Zawszeni swadianie! Prawie się udało gdyby nie jeden z ich lordów. Znam ja tego gagatka, to Plais. Pies, a właściwie szczur który knuje i dąży do tego aby jego cele były ponad inne. Opowiadałem wam chyba nieraz o nim prawda?
       - Tak - odezwał się Naelda - Nim zajmiemy się już wkrótce, wystarczy poczekać aż opuści miasto, dopóki żyje, nasz plan nie wypali.
       - A co z ich nowym królem? - zapytał Turegor.
       - Wybiorą go wcześniej czy później, pewnie już byłaby koronacja, gdyby no właśnie, nie ten Plais!! Jak ja go kurwa nienawidzę, odkąd pamiętam grabił moje wsie, a ja jego wsie. On zgwałcił mi niedoszłą kobiete, ja mu wyrżnąłem pięć tuzinów chłopów. I tak do teraz, gdy przyjdzie ten czas, proszę abym to ja wykonał ostatni cios!
       Aleric wiedział że rhodocki lord nienawidzi tego Plaisa. Ale po prawdzie mało go to obchodziło, cel był inny niż tylko zabicie barona. Dlatego czuł że musi przerwać mu dalsze żale.
       - Dobrze już dobrze. Co teraz robimy, ten list od "króla". Uwierzyli w niego? I co z armią? Gotowa do ostatecznego ataku?
       Raichs zsiadł z konia i usiadł na ziemi, spoglądał na odległe miasto Uxhal.
       - Daj mi najpierw napawać się widokiem miasta które niebawem obrócimy w ruinę. Zaraz wszystko ci powiem.
       Aleric przybrał wesoły wyraz twarzy, rozłożył szeroko ręce, głębokimi wdechami czerpał powietrze.
       - Panowie! Od teraz tworzymy nową historie Carladii. Od teraz to my kładziemy podwaliny na nową ere!
    Zwycięstwo nie wymaga tłumaczenia,porażka na nie nie pozwala.Wymówki to schronienie dla słabych.-Wielki Książe Ostlandu Hals von Tasenick.

    http://adi88pl.wrzuta.pl/audio/88OeZEtUsq1/kingdom_of_trance_nev_year_2012_adi_mix
    Pora promować muzykę trance i swoją twórczość;)

    Offline Gandalf7

    • Użytkownik
    • Wiadomości: 306
    • Piwa: 16
    • Płeć: Mężczyzna
    • "noc najciemniejsza jest przed świtem"
    Odp: "Calradia,kraina straconych szans"powieść.
    « Odpowiedź #146 dnia: Grudnia 31, 2012, 20:30:54 »
    świetne opowiadanie :D owszem zdarzają się błędy ortograficzne ale komu się nie zdarzają? Z niecierpliwością czekam na dalszy ciąg :)
    https://clips.twitch.tv/HotQuaintArugulaAllenHuhu

    "Dobra robota Azorek, po każdym wywiadzie leciała dla Ciebie kość leciało dla Ciebie piwko ode mnie i zaraz poleci jeszcze jedno, za świetną robotę i aby mam nadzieję zmotywować Cię do tej idei w przyszłości." Kamillo

    https://www.youtube.com/watch?v=wYoxNbQGS94

    Offline Rapodegustator

    • Użytkownik
    • Wiadomości: 1334
    • Piwa: -38
    • Płeć: Mężczyzna
    Odp: "Calradia,kraina straconych szans"powieść.
    « Odpowiedź #147 dnia: Stycznia 18, 2013, 16:05:10 »
    Kiedy kolejna część?
    Zeby osiagnac rzeczy trudne potrzeba czasu. Zeby osiagnac rzeczy niemozliwe potrzeba go troche wiecej.

    Offline Aldred

    • Użytkownik
    • Wiadomości: 542
    • Piwa: 16
    • Płeć: Mężczyzna
    • No Trance No Life.....
    Odp: "Calradia,kraina straconych szans"powieść.
    « Odpowiedź #148 dnia: Stycznia 18, 2013, 18:50:36 »
       Ktoś tu niedawno na Sb kazał mi kończyć bo ponoć nudne opowiadanie sie robi;)Więc tym bardziej nie rozumiem zniecierpliwienia.Piszę jednak dalej,w końcu pasowało by zakończyć opowiadanko.W sobotę lub niedzielę nowy rozdział;)
    Ps.Na tawernie powstaje ciekawsza alternatywa o Carladii,zgodna z realiami gry,dla znudzonych czytaniem moich wypocin ,zachęcam do jego śledzenia.
    Zwycięstwo nie wymaga tłumaczenia,porażka na nie nie pozwala.Wymówki to schronienie dla słabych.-Wielki Książe Ostlandu Hals von Tasenick.

    http://adi88pl.wrzuta.pl/audio/88OeZEtUsq1/kingdom_of_trance_nev_year_2012_adi_mix
    Pora promować muzykę trance i swoją twórczość;)

    Offline Inkaska

    • Użytkownik
    • Wiadomości: 547
    • Piwa: 11
    • Płeć: Mężczyzna
    Odp: "Calradia,kraina straconych szans"powieść.
    « Odpowiedź #149 dnia: Stycznia 18, 2013, 19:11:43 »
    Więc niech "ten ktoś" nie czyta. Z pewnością są osoby, które czekają na kolejne rozdziały, w tym ja ;]
    Uważam, że to opowiadanie jest ciekawe, zatem jeśli masz jeszcze chęci, to kontynuuj :]