Rozdział.6.
Vord z rezygnacją wypisaną na twarzy lawirował między namiotami. Zaglądał do każdego spotykając się zazwyczaj ze zdecydowaną pogardą. Nic nie mógł poradzić, obóz był ogromny a on starał się odwiedzić każde miejsce. Nawet zaglądał do zagród koni, jak na razie bez efektu. Gdzie ona mogła być? Przecież nie rozpłynęła się nagle. Przyśpieszył i szukał dalej.
Zabójca odnalazł w końcu miejsce gdzie przesiadywała grupa najemników. Bacznie zlustrował okolicę ale nie było tu Vorda. Jak na ironie szaleniec też był nieobecny. Nie chciał marnować czasu, podszedł do najemników. Tamci spojrzeli po sobie, potem na niego z pytaniem malującym się na ustach.
-Gdzie wasz dowódca, Hrabia Plais?
-Na zebraniu-rzekł chudy człowiek z binokularami niemal całkowicie zsuwającymi się z nosa.
-Ah, przekażecie mu ten miecz? To od jakiegoś kowala. Polecono mi go dostarczyć.
Tamci bez skargi przejęli miecz i wrócili do swoich zajęć. Kris obrócił się na pięcie i postanowił raz na zawsze skończyć tej nocy z Vordem. Działał mu już na nerwy, musiał ułazić się za nim jak pies gończy za zwierzyną.
A to nie w jego stylu, owszem lubił taki dreszcz emocji gdy wiedział że potencjalna ofiara czuła na karku jego oddech. Ale zwykle nie trwało to tak długo, a Kris nie należał do cierpliwych ludzi. Nie mógł zatem się dziwić że ataki agresji pojawiały się ostatnimi czasy często.Dla kogoś w jego fachu oznaczało to znaczne ryzyko, a nawet przejście na wcześniejszy spoczynek. Żadna z tych wersji nie była dla niego zbyt satysfakcjonująca. On planował odejść znacznie później, i przede wszystkim chciał aby jego imię przetrwało długie lata. By o nim śpiewano i opowiadano, o największym w Carladii zabójcy. By był przykładem dla przyszłych pokoleń, aby naśladowano jego styl. Te marzenia nie były tak odległe pomyślał. W kręgu zabójców uchodził za wybitnego, szybko awansował w hierarchii, wielokrotnie ocierając się o śmierć. A stary Glern nie mógł żyć wiecznie, niebawem starość wyssie z niego całą siłę, i będzie musiał wybrać następce. Całkiem realne że właśnie jego, Kris pełen radości z przyszłego tryumfu ze wzmożoną czujnością jął wypatrywać ofiarę.
Plais całą drogę powrotną myślał jak dobrze rozegrać karty. Haringoth może milczał ale ile to mogło potrwać? W końcu zapragnie kolejnej sumy, albo od razu go zdradzi. Plais musiał działać, musiał być jakiś sposób aby pozbyć się nie wygodnego padalca. Gdy dojdzie do oblężenia, i swadianie zaczną szturmować mury wiele może się wydarzyć. Czy przekupić dobrego strzelca aby w trakcie zawieruchy bitewnej przebił bełtem tą mordę? Nie , to mogło by zadziałać odwrotnie.
Za dużo myśli na raz, a tak mało czasu. Czuł presje na sobie. Nigdy nie lubił tego uczucia, gdy miał coś zrobić a wiedział że to niemal nie wykonywalne. Od razu przypomniał mu się jego ojciec. Stary sklerotyk wielokrotnie go bił. Praktycznie za nic czyż młodemu szlachcicowi nie wolno poniżać chłopstwa? Przecież tak było od zawsze, chamy musieli znać swoje miejsce na tym padole. Gdyby im na moment odpuścić kto wie co mogli by zrobić. Naukę fechtunku nie lubił przede wszystkim, ojciec wymyślał jakieś dziwne techniki. I oczekiwał że on wszystkie je pojmie. Zawsze twierdził ze umiejętność walki idzie na równi z honorem. Cuż za głupiec, honor jest dobry dla rycerzy, ba , tych rycerzy co nie mają mózgu. Któż teraz tak się zachowuje? Odwróć się do wroga plecami a zarobisz cios sztyletem. Wszyscy wyszukiwali sposobu aby zabić wroga przy minimalnym narażeniu swojego życia.
Przerwał rozmyślania gdy zorientował się że jest już obok najemników a jeden z wyciągniętymi rękoma w jego stronę trzyma miecz.
-Panie, pewien żołnierz kazał to przekazać...
Plais uśmiechnął się szeroko, tak, los ponownie spojrzał przychylnym okiem. Zupełnie zapomniał że miesiąc temu kazał sobie wykuć nowy miecz, zresztą nie byle jaki , wzdłuż ostrza było małe wyżłobienie, wystarczyło nasączyć teraz ostrze "Helerium" i każdy zraniony takim mieczem padał. Tak to było broń w sam raz dla niego, pomacał pod tuniką i uradował się że flakonik z tą trucizną jest na swoim miejscu.
Wszedł do namiotu i zapadł w błogi sen. Znowu we śnie nawiedzał go jego ojciec, i musztra....
Vord zapalił fajkę i poczuł delikatny dreszcz na wskutek działania tytoniu. Usiadł opierając się o słup na którym wisiała latarnia olejowa. Rozważał czy nadal szukać tej dziewczyny czy po prostu wrócić i spać. Możliwe ze Elissa była już wraz z innymi najemnikami. A on głupi szukał, przeklął głośno. Oczami wyobraźni widział jak reszta w tym momencie śmieje się w kułak z niego. Miał wrażenie że był traktowany jak zbędny balastr lub jak dziecko. Świat ciągle musiał mu udowadniać że jest niczym, że nic w życiu nie osiągnie. I prawdę mówiąc Vord nie zamierzał się nad to wybijać, po miesiącu ruszy do Khanatu i w tedy skończy się ciągły stres.
Nagle za swoimi plecami wyczuł czyjąś obecność, siedział w bezruchu i czekał. Pewnie to strażnik i jeśli by teraz się zerwał tamten by go wyśmiał. A jeśli to nie on? Delikatnie zgasił fajkę...
-W końcu cie znalazłem Vordzie Reinerze, słono mnie kosztowało łażenie za tobą...
Przeszył go nieprzyjemny dreszcz, wyczuł że to zapewne zabójca. Po głosie słychać było że gość w każdej chwili gotów jest go zabić. Jego ręka powędrowała do rękojeści miecza. Postanowił że zadziwi zabójce i nie okaże strachu, śmieszne było jednak to że na prawdę czuł strach. Czuł że śmierć w każdej chwili zawita u niego, nic i nikt go nie ocali.
-Mogę wstać? Czy wbijesz mi sztylet w plecy?
Tamten cicho się zaśmiał, potem westchnął jakby cała ta sytuacja go nużyła.
-Gdybym chciał , kilka minut temu leżałbyś z poderżniętym gardłem, wstawaj.
Vord w końcu spojrzał mordercy w oczy .Najemnik był rozczarowany że znowu traktowano go jak pchłę, niezdolną do niczego. Rozejrzał się dookoła ale pech chciał że w tej okolicy nie było nikogo, lekkomyślnie oddalił się od centralnej części obozu, przeklęta Elissa...
-Słuchaj-prześladowca przybrał teraz poważny wyraz twarzy, oczy mu się zwęziły a ręce nieznacznie zaczęły drgać-Pieprzę twoje życie, i to kim jesteś, w dupie to mam, chcę twój talizman, zleceniodawca dał mi wolną rękę co z tobą zrobię, i szczerze mówiąc szkoda mi ostrza na ciebie, talizman!
I tego się obawiał najbardziej, mimo tego że wmawiał sobie że strach nim nie zawładnie nogi stały się miękkie, groziły tym że nagle odmówią posłuszeństwa. Pot delikatnie ściekał mu po czole, wargi w momencie stały się suche .Może go jakoś przekona, w co wątpił ,ale spróbować warto.
-A wiesz do czego on służy?
-Tak, w zasadzie prawie ,nie jesteś jedynym posiadaczem tego kamienia. Do cholery nie targuj się tylko mi go daj!
Vord przypomniał sobie jak stał się jego posiadaczem, i co się stało z osobą od której go dostał. Przez ten przeklęty kamień i tajemnice z nim związane utracił swoją miłość, jedyną osobę na tym przeklętym świecie mu bliską.
Selena była jego kobietą życia. Była córką Lorda Alerica, spotykał się z nią potajemnie nocami. Pamiętał tamtą noc, ostatnią wspólnie spędzona noc z Seleną.
Było ciepło, księżyc rozświetlał cały zagajnik, przy olbrzymim dębie siedział i czekał na swoją wybrankę. W ręku obracał pierścieniem który kupił u złotnika za dwa muły, jedyną pozostałość po jego ojcu...
Nie był ze złota, był z brązu, złotnik Wuris z litości wygrawerował na nim inicjał "S,V Na zawsze razem". Młoda szlachcianka dobrze wiedziała że Vord był człowiekiem biednym. Ale jak na te czasy wiedziała że miłość nie wybiera .Dostrzegła w nim coś ,co jak ujęła "Oddałabym wszystko byle spędzić całe życie z Tobą..".
Długo jej już nie było, w końcu usłyszał tętent konia i sylwetkę kobiety. Wyszedł jej na przeciw, poczuł że coś jest nie tak, jej zachowanie było inne niż zawsze. Pośpiesznie zsiadła z konia, makijaż spływał jej po policzkach, włosy miała zmierzwione i cała drgała.
-Ojciec oszalał kochany-w tym momencie wybuchnęła płaczem, Vord szybko ją objął-Przez ten talizman o którym ci mówiłam...całkiem ojcu zawrócił w głowie. Bredził od rzeczy, za długo to trwało, musiałam działać..
Wyjęła z juk mały czerwony kamień w srebrnej obręczy, przytwierdzony do łańcuszka, pokazała mu go, na jej twarzy malowało się pytanie, co teraz?
-Uspokój się proszę, przejdzie mu...
-Nie, ostatnio dziwni ludzie go zaczęli odwiedzać, mówili w dziwnym języku, ojciec zamykał w tedy komnatę i siedzieli tam do rana.Przez dzień prawie nie spał, chodził jak oszalały, błądził myślami, zupełnie mnie już nie dostrzega...
Vordowi żal było, cała ta sytuacja, co on mógł uczynić. Ich schadzki były bez celowe, w końcu i tak jej ojciec nie zgodzi się na ślub z takim obdartusem. Sam wolał nie widzieć się z nim, po ostatnim spotkaniu omało nie wtrącono go do lochu.
Wiedział o jakich ludziach mówiła Selena, byli to lordowie ze Swadii, Khanatu, Saranidzi, Vaegirzy, Rhodokowie. Widział ich raz przy mogile Bregeha Wielkiego. Ale w jakim celu tego nie wiedział.
Nagle od strony z której nadjechała jego wybranka dał się słyszeć tętent koni. Oboje z trwogą wpatrywali się w las.
-Ojciec zapewne się dowiedział...-zaczęła łkać Selena.
Vord czekał na rozwój wydarzeń ,niepewny co go za raz czeka. Jeźdźcy wyłonili się nagle z ciemności jak nocna mara. Było ich trzech, nie pięciu. Wszyscy na potężnych wałachach, każdy nosił lichą kolczugę . Zatrzymali się nagle i dostatecznie blisko Vorda by ten mógł wyczuć smród potu i gorzałki. Barczysty mężczyzna ściągnął hełm i energicznie zsiadł z konia, reszta poszła za jego przykładem.
-Lord Aleric nakazał nam cię pojmać za zadawanie się z jego córką oraz za kradzież pewnej błyskotki.
Woje byli pewni siebie, żaden nie wyciągnął broni, czekali na reakcje z jego strony.
-On tego nie zrobił, to ja wzięłam ten medalion.
Vord wiedział że Selena liczy teraz na swój status i jest przekonana że ją wysłuchają. Ale patrząc na tamtych, Vord czuł że są nastawieni na bezwzględne wykonanie rozkazu. Nordowie mieli swoje prawa i dziwne poczucie honoru.
-Zamilcz!-odezwał się ich mówca-Ciebie czeka coś gorszego suko !A ten gagatek otrzyma stosowną karę. Mam rozkaz by was pojmać dobrowolnie lub w razie sprzeciwu...zabić. Liczę na to drugie.
Olbrzym pokazał nakaz z pieczęcią Alerica i jego podpisem. Nawet w tej ciemności Vord widział strach i nie dowierzanie malujące się na twarzy jego ukochanej. Łzy pociekły jej po policzkach i zaczęła dygotać z przerażenia. Vord wyciągnął miecz i skierował w stronę przywódcy wojaków, nikt nie obrazi jego wybranki. Czuł że teraz walczy nie tylko o swoje życie, walczy o honor Seleny, o ich wspólne życie razem.
-Połkniesz te słowa-wycedził młodzieniec wkładając w to jak najwięcej pewności siebie.
Tamci szybko porwali za broń, przywódca zrobił to najwolniej. Szybkim cięciem Vord uciął mu głowę. Reszta z rykiem rzuciła się w jego stronę.
-Selena!-krzyknął-Na konia i gnaj co sił do mojego wujka, wiesz gdzie on jest!
Nie widział czy posłuchała jego słów gdyż w tym momencie sparował wściekły lecz nie zgrabny cios mieczem. Vord obrócił w dłoni miecz i uderzył głownią w szczękę napastnika. Kolejny próbował właśnie przeciąć go w pół toporem. Obrócił się szybko ,chwycił za stylisko topora i przebił serce norda.
Trójka woji popatrzyła po sobie widząc resztę swoich towarzyszy martwych. Za sobą Vord usłyszał oddalający się dźwięk galopu. Podziękował w myślach Selenie że go wysłuchała. Ciężko dyszał i miał przeczucie że w końcu gdy opadnie z sił zostanie zabity.
Nordowie ruszyli okrążając go , wszystko odbywało się w przerażającym milczeniu. Oczy nordów zdawały się nie wyrażać teraz żadnych emocji, zupełnie jakby działali w amoku. Vord postawił teraz wszystko na jedną kartę, podniósł masywny topór i gdy tamci byli na metr od niego wykonał desperacki obrót z toporem.
Rozległ się dźwięk łamanych żeber, przecinanego ciała i stali. Poczuł też piekący ból na lewym policzku. Atak mimo tego że nie miał sensu i raczej służył chęcią nastraszenia rywali, położył trupem wszystkich.J eden wciąż żył, z brzucha wylewały mu się wnętrzności, podszedł do leżącego i opuścił topór na jego głowę.
Nie mógł uwierzyć że pokonał ich wszystkich sam, przy ogromnym dębie coś błyszczało. Zmęczonym krokiem podszedł i podniósł medalion. Selena musiała go upuścić, był piękny ale jednocześnie bił prostotą wykonania .Dla Vorda wówczas było to zwykłe szlacheckie świecidełko...
Teraz stał twarzą w twarz z mordercą, tamten wyciągnął powoli sztylet i rzekł spokojnym głosem.
-Słuchaj, chcesz zginąć dla tego medalionu? ? Daj mi go a ja się zadowolę zapłatą i powiem że ciebie znaleźć nie mogłem. Obaj na tym skorzystamy.
-Nie, to jedyna pamiątka po bliskiej mi osobie. Musisz mnie zabić,bo klnę się na wszystko że dobrowolnie ci go nie oddam.
Nastała nieprzyjemna cisza, zabójca przekręcił delikatnie głowę na bok uważnie spoglądając na niego.
-Niechaj tak się stanie...
Morderca był piekielnie szybki, Vord ledwo zdążył wyciągnąć miecz i sparować wściekły atak. W całej tej sytuacji Vord dostrzegł komizm w tym starciu. On miał miecz a przeciwnik sztylet .Czyżby tamten był aż tak dobrze wyszkolony lub szalony? Musiał wykorzystać przewagę zasięgu broni. Wykonał ciecie z lewej strony, zabójca odbił cios sztyletem i wykonał szybkie pchnięcie w brzuch. Vord musiał uskoczyć do tyłu ,nie zdążył wyprowadzić riposty bo kolejny cios zmierzał w jego głowę. przykucnął na czas, sztylet o włos minął jego głowę. Zabójca kopnął go w twarz powalając go tym samym na ziemie.Najemnik zaklął w myślach, ten typ przewidywał każdą jego reakcje, nie ważne jak by unikał ciosu, on i tak atakował ponownie. To nie wróżyło nic dobrego, wątpił czy zakuty w zbroje rycerz mógłby unikać tak szybkich i zdradzieckich ataków.
Podniósł się szybko na nogi ,i znowu runął po podcięciu przeciwnika. Tym razem upuścił miecz. Nawet nie zdążył go dosięgnąć bo noga przeciwnika przygniotła mu dłoń.
-To musiało się tak skończyć Vordzie...dałem ci szanse bo mniemałem że twój brak fechtunku nadrobisz rozumem. Ale widać ,każdy najemnik jest tak przewidywalny jakby myślał że to że ma broń czyni go wielkim.
Vord nie miał już sił by próbować się bronić. A więc tak właśnie czuje się człowiek na chwilę przed śmiercią. Ta bezradność, w dodatku odejdzie ze świata z wiedzą że nie wykona wszystkich celów które sobie wyznaczył.
Zabójca nachylił się i ostrze sztyletu runęło w dół...
Lord Aleric szedł w otoczeniu dwójki gwardzistów ciemnym korytarzem. Dostał raport przed chwilą, to co tam było napisane zmroziło mu krew w żyłach.Teraz musiał zwołać naradę i ustalić co dalej. Z niecierpliwością też wyczekiwał powrotu zabójcy. Zapłacił mu nie małą sumkę, ale czyż nie było warto? I tak wiele ostatnimi czasy poświecił, wszystko w imię wyższego dobra. Córka był dorosła, więc co go obchodziło gdzie jest. Obszarpaniec który ją przekabacił zapłaci za to. Był niemal pewny ze to on kazał Selenie okraść amulet. Od samego początku nie wzbudzał w nim sympatii. Przeklęty obszarpaniec, okrutnie namieszał, teraz gdy był tak blisko celu.
Doszli do ciężkich kamiennych wrót, wyryte buło tam słońce i sześc mniejszych okręgów. Kamień z którego zrobiono wrota miał setki jeśli nie tysiące lat ,przynajmniej z tego co wyczytał tak wnioskował.
Przejechał po żezbieniach i wymacał małe zagłębienie, wcisnął palcem i rozległ się zgrzyt mechanizmu. Wrota z szuraniem otworzyły się, w środku kilku ludzi już na niego czekało.
Sala była ogromna, sklepienie znajdowało się parę metrów w górę. I tam był podobny znak jak na wrotach. Z tą różnicą że wykonane ze szczerego złota. Co w świetle pochodni dawało piękny efekt. Całe żezbienie zdawało się poruszać pod wpływem światła rzucanego przez pochodnie. Zupełnie jak miraże na pustyniach sarranidzkich wywołujące złudne obrazy.
Sala był okrągła, wnętrze wykonano z podobnego budulca jak wrota, każdy blok skalny był idealnie przycięty i dopasowany. Można by było pomyśleć że upływ czasu nic nie robił, jakby sale zbudowano wczoraj. Ogromne kamienne tablice, dwumetrowej wysokości stały dookoła sali na kamiennych podestach.
Jeden najbardziej wzbudzał trwogę, wyryty na nim był jak to saranidzcy uczeni mówili układ ponad świata. A więc księżyc , słońce i jakieś liczne punkty. Czym były tego nikt nie wiedział. Na samej górze wyryto jakaś postać, ciężko było określić kim owa postać jest. Nie przypomniał jakiegoś wielkiego wojownika jak dawniej ludy czyniły w grobowcach. Postać ta przedstawiała jakby człowieka,ale kilka szczegółów nie pasowało do tego stwierdzenia. W jednej ręce trzymał mniejszą dużo postać, wiszącą bezwładnie. W drugiej trzymał nieco wyżej podobną postać. Z tym szczegółem że ta postać nie miała do końca wyrzeźbionych dłoni i nóg. W dodatku rzeźbiarz który to robił chyba był pijany, bowiem co tłumaczyło te liczne punkty wokół dziwnej postaci niedociągnięcia względem braku częściowo kończyn? Spekulowano że po prostu artysta nie dokończył dzieła lub się śpieszył. Inni sądzili ze pod względem wykonania i estetyki ta tablica nie rożni się od innych. A więc co ona przedstawiała?
Inne tablice częściowo przetłumaczono, choć i tam było pełno niejasności. Ot chociażby dwójka ludzi wzajemnie się przebijających mieczami. A nieco wyżej za gór wyziera dziwna istota,lub zwierz teraz już nie spotykany.
Na przeciw wejścia po drugiej stronie sali były drugie wrota. Tamte w całości pokryte złotem, z dziwnym napisem. Dopiero tłumaczono ten napis, ale wielu uczonych i skrybów ,klnie się na wszystko ze od tysiąca lat nie używano takiego sposobu pisania. Bardziej były to znaki niż litery. Na każdym skrzydle wrót znajdowało się po cztery niewielkie otwory. Aleric wiedział co tam było, dwa otwory jeszcze nie były puste. Znajdowały się tam te same kryształy jak skradziony mu medalion. Aby taki wydobyć należało wynająć doświadczonych inżynierów i kamieniarzy. Uderzenia kilofem nie przynosiły żadnego efektu. Więc robotnicy stosowali bardzo dziwne i zmyślne metody. Na czym polegały Aleric nie wiedział, nie do tego był nauczony.
Cdn....