Rozdział 2.
Hrabia Plais, nie mógł się nacieszyć jak sprawnie szło grabienie karawan Rhodoków. Jak dotąd nie napotkali żadnego oporu co dziwne biorąc pod uwagę położenie miasta. Musieli przecież minąć nocą zamek Maras i kilka wsi. Ale czy to było ważne? Szło dobrze bo jego geniusz mu na to pozwalał. Niby jak tępaki Rhodockie mieli by odgadnąć jego plany.
Rozmyślania przerwał mu jeden z żołnierzy.
-Panie posłaniec przyjechał, podobno coś ważnego...
-Przyprowadzić go-naprędce usprzątnął stół, może nie z wrodzonej pracowitości ale warto było pokazać się z dobrej strony w każdym wypadku. Posłaniec szedł wśród licznych ognisk w prowizorycznym obozie zupełnie nie pomny skąd w nim tyle wozów z różnymi dobrami. Stanął przed nim wykonując ukłon, swoją drogą niezbyt udany pomyślał Plais.
-Panie, miałem przekazać list od króla jak najszybciej to możliwe, wiele dni szukałem i...
-Och daruj sobie tą opowieść, daj list i wracaj tam gdzie musisz.
Posłaniec nieco się speszył, jakby nie spodziewał się takiej odpowiedzi.Co za dureń, chyba nie myślał że uraczy go jakąś nagrodą. To była jego praca a zapłatę dawał mu kto inny. Poza tym kto przyjmuje takich trzęsipiórków? Przerwał swoje słuszne rozważania, i odprowadził wzrokiem gościa. Szybko rozerwał pieczęć i zaczął czytać:
" Do hrabi Plaisa od królewskiego sekretarza.
Nakazuje się aby ruszyć niezwłocznie do Suno w celu zebrania wszystkich lordów aby uradzić w sprawie dziwnych incydentów ze strony Vaegirów. Wszystkie wasze dotychczasowe zadania i plany przestają być istotne w celu wyższego dobra.
Z poważaniem Creos Berden Królewski Sekretarz."
Hrabia długo wpatrywał się w list, wciąż na nowo czytając, jakby spodziewał się dostrzec tam ukrytą prawdę. To go utwierdziło w jednym, król oszalał skoro myślał że bezkarnie może co chwilę zwoływać i prowadzić swoje kampanie. Przecież miał tak dobry plan,wręcz idealny, sukcesywnie niszczył gospodarkę rhodokom. Poza tym posiadał prawo tak zwanego "usprawiedliwionego odwetu", jeśli wrogi lord spustoszył wieś innego lorda, tamten ma prawo się odegrać.A skoro nie wiedział który to był musiał za punkt honoru obrać strategie niszczenia karawan. Ten plan był za dobry i nawet król nie mógł temu zaprzeczyć, a jeśli będzie pytał żądając odpowiedzi? No cóż miał na poczekaniu kilka przekonujących bajeczek.
Martwiło go tylko że jego szpiedzy donosili iż na dworze szepcze się o nim. Wolał nie wnikać na jaki temat ale zapewne kilku lordów poddawało w wątpliwość jego oddanie Swadi. Wkrótce będzie o nim głośno a właśnie tym niedowiarkom pokaże że sam w pojedynkę rzucił na kolana królestwo Rhodoków.
-Kolejna karawana!-krzyknął nagle jeden z obserwatorów na wzgórzu.
Kolejny punkt dla Plaisa, jakże sprytne było umieścić armie w dolince otoczonej dzewami i wysłać zwiadowców na górę. Nie obawiał się ataku na obóz, trakt znajdował się za wzgórzem a któż wpadłby na to że w dolince stacjonuje armia. Tym razem postanowił osobiście dowodzić atakiem, wcześniej nie mógł. Przecież musiał planować, i ciągle ulepszać plan. Poza tym widział jak łatwo idzie przejmowanie karawan więc ryzyko było małe. Kazał pachołkowi przyprowadzić jego rumaka. Po chwili siedział w siodle, w swojej świeżo wypolerowanej zbroi. Ah,pomyślał, czyż nie uosabiał pełnego splendoru, chwały i rycerstwa? Zapewne tak było bo ujrzał radość na twarzach swoich ludzi,chociasz...nie to nie była radość na widok jego wspaniałej osoby. Głupcy jawnie się śmiali z niego, ale dlaczego? Chwilę pózniej zrozumiał, jakiś niekompetentny idiota obniżył mu strzemiona, a jego nogi zwisały bezładnie po bokach rumaka.
-Na co się gapicie idioci!? Naprawić to szybko bo każe wychłostać!
Kilku zbrojnych szybko rzuciło się by pomóc panu.Utrwało sporo czasu nim ruszył na czele odziału. Zebrał trzydziestu zbrojnych, tylu wystarczyło,kilkunastu kuszników zajęło miejsce po prawej by z góry zasypać karawanę gradem bełtów. Dobrze,po salwie runą w dół a ich dzika i bezwzględna szarża sprawi że obrońcy z przerażenia nie będą w stanie nic zrobić. Już czas pomyślał, tabor był dokładnie przed nimi, jadąc spokojnie u podnóża wzgórza na którym czekała ich śmierć.
-Panie tak myślę....-zagaił sierżant Kaurt,nerwowo spoglądając to na tabor to na swojego pana.
-Aaa, Kaurt myśli-zaśmiał się hrabia-to o czym kaurt myśli?
-To karawana Vaegirów , widzę ich herb,nie ma jeszcze z nimi wojny więc powinnismy...-przerwał niepewny czy może cokolwiek zasugerować swojemu panu.
-Vaegirowie,Rhodokowie...a co to za różnica i tak niebawem wybuchnie wojna z nimi, więc nie widzę problemu aby ich nie móc zaatakować . Swoją drogą kto się o tym dowie, co?
Sierżant nie odpowiedział. Ale właśnie, a jeśli w jakiś sposób król się o tym dowie? W zasadzie to nie możliwe, ale jeśli miał szpiega w armii. Takie przypadki nie raz się zdarzały, i nie byłby zdziwiony gdyby i tym razem też tak się stało, no cóż postanowił że uderzy i po starciu rozmówi się z dowódcami. Nie obędzie się bez przykładowej kary.
Wyciągnął miecz nakazując strzelcom ostzrelać tabor. Bełty pomknęły na obrońców, zabijając kilku na miejscu i kalecząc paru innych. Plais kolejny raz przeklnął, co by się stało jakby każdy ze strzelców zabił jednego wroga. Powstrzymał się od głośnej gbury, miast tego bezgłośnie pogalopował w dół, za nim zbrojni i rycerze.
Dostrzegł panikę wymalowaną na twarzach strażników karawany, nie było ich wielu,może ze trzy tuziny. Tym lepiej, rozsmaruje ich niczym smalec na pajdzie chleba.
Obrońcy utworzyli dwuszereg gotowi odeprzeć szarże, dowodził nimi jakiś Vaegirski oficer. Siedział na potężnym wałachu wykrzykującego rozkazy za lini obrońców. Wtem z drugiej strony traktu Plais dostrzegł jakieś poruszenie , co to było? Nieważne, zwykłe przewidzenie, zamknął przyłbice i wraz ze swoimi jezdzcami uderzyli w mur obrońców. Posypały się dżazgi z roztrzaskanych tarczy, i broni. Rozległy się krzyki tratowanych, dzikie kwiczenie nabijanych na piki koni. Stłumione okrzyki nabijanych na lance.
Wtedy z lasu runęła zwarta masa żołnierzy Rhodoków, było ich kilka tuzinów. Niebezpiecznie zbliżali się do walczących.
-Do tyłu!-ryknął Plais
Nie był pewien czy wszyscy go usłyszeli ale rozsądek nakazywał odwrót na wzgórze gdzie czekała na niego piechota i kusznicy. Rozpłatał dwoje strażników którzy mu zastawili drogę, potem pogalopował w las pod górę, słyszał za sobą krzyki zabijanych ludzi, nie był pewien ile z tych krzyków należało do jego ludzi.
Kusznicy ponowili salwę, a piechota zajęła pozycje poniżej strzrelców, Plais dostrzregł Kaurta który wychodził z siebie byle zachowano szyk i pozycje. No cóż,pomyślał przynajmniej w obliczu nagłego zwrotu akcji sierżant potrafił zachować zimną krew.
Kilkunastu konnych po zajęciu pozycji obok piechoty zsiadło z koni i wraz ze swoim dowódcą czekali na wroga.
Rhodokowie minęli niedobitki obrońców, i nacierali po zboczu. Z zaskoczeniem Plais zauważył że nie zwolnili mimo ciągłego ostrzału. Na czele dostrzegł przeklętego Vaegirskiego oficera oraz Rhodockiego lorda. Kto to mógł u licha być? Zaraz , poznał ten herb, to był niemal na pewno ten pies Raichs. Niech piekło pochłonie Rhodoków, Vaegirów i w zasadzie wszystko to co powodowało w nim atak wściekłości.
Strzelcy oddali ostatnią salwę nim oba oddziały się starły. Plais siekł mieczem ale z trudem mógł przebić zasłonę przeklętych pawęży Rhodoków. Miał wrażenie że specjalnie wymyślano takie uzbrojenie by szlachetni lordowie, jak na przykład on, nie mógi pokonać przeciwnika.
Przez ogólny zgiełk i zamieszanie rozległ się ochrypły z furii głos.
-Plais!!!Ty psie, zapłacisz za wszystkie ograbione karawany!!
Tak to był na pewno Raichs, ale jak on go odnalazł? Sprawy nie wyglądały za dobrze, szczególnie że Swadianie zaczęli się cofać pod wpływem wściekłego ataku wroga. Z przerażeniem dostrzegł jak jego sierżant pada po ciosie młotem przez Raichsa, z tyłu Rhodoków poleciały w kuszników włócznie zabijając wielu z nich.
Nie, sprawy szły gorzej niż zakładał, dekapitowano jego ludzi jednego po drugim, Swadianie nie byli gorsi jednak było ich mniej. Co gorsza zaczynali być oskrzydlani. Kilku rycerzy tez to dostrzegło i z furią natarło na wroga, pawęże pękały po zabójczymi uderzeniami rycerzy. To jednak wciąż było za mało, Vaegirski oficer niebezpiecznie zbliżył się do niego. Uderzył błyskawicznie szablą a Plais musiał przyznać że nie wróży sobie szczęśliwego zakończenia pojedynku. Przepchał się na tyły i wtedy dostrzegł okazje, nieopodal spokojnie pasł się rumak. Plais bez namysłu żucił się w jego stronę i niemal natychmiast pogalopował w stronę Swadii. Za sobą słyszał krzyki, i błagania o litość. Postanowił że pomści tą porażkę, miał już nawet plan. Ale ten był nieskazitelny, jak zawsze.
Po dwóch dniach oczekiwania w tawernie w miejscowości Ryibelt, Vord był znużony jak nigdy. Dwójka opryszków zaklinała się na wszystko że ich przywódca się tu zjawi. A on głupek uwierzył, i czekał jak idiota zmuszony na wysłuchiwania nieustannych narzekań chłopów. Czego on to nie usłyszał, że podatki za duże, że sąsiadowi krowę wilki zagryzły, że jakaś sąsiadka miała liczne romanse. Ogółem sporo dla niego nie przydatnych wiadomości. Robiło się ciemno i do tawerny schodziło się coraz więcej gości, w większości chłopów znużonych po całodniowej pracy. Piwa robiły swoje i musiał wyjść do wychodka przeciskając się przez tłum gości.
Uderzył go nagły podmuch wiatru niezwykle zimnego, gwiazdy zaczęły leniwo się pojawiać, słyszał pasterzy naganiających owce do stajen. Dziwne jak ludzie mogli normalnie żyć w świecie ciągłych wojen. Może jutro jakiś bogaty lord z niedowartościowanym ego postanowi ograbić tą wieś? A może po prostu ci prości ludzie nie mieli innego wyboru i starali się żyć w miarę normalnie i na tyle godziwie na ile im pozwalano. Kto mógł stworzyć taki świat gdzie jedna osoba rządzi innymi,ma wpływ na wszystko, dając innym ochłapy a samemu zagarniając całą resztę.Westchnął, stał się melancholijny po kilku piwach, nie jemu oceniać świat.
Gdy załatwił swoją potrzebę,ujrzał kilka osób zmierzających w jego stronę.Dwójke rozpoznał błyskawicznie, to byli opryszki z wieży, trzeciego nie rozpoznał, może to był Hreth?
Jeden ze zbirów machnął mu na powitanie, Vord niemrawo mu odpowiedział.
-Hreth może cie teraz przyjąć-rzekł jeden-Chodz z nami.
Vord znowu się zawiódł, nie dość że banita sam osobiście tu nie przyszedł to na dodatek kazał aby samemu go uraczyć odwiedzinami.
-Jak hto?-zabełkotał, i przeklął, zaczął pijacko seplenić, cóż za wstyd-miał tu przy...przyjść.
Nieznajomy uśmiechnął się, i poklepał go po ramieniu.
-Piwo to zaraza naszych czasów. Niszczy dusze i ciało. Hreth nie mógł zjawić się osobiście, ale nie martw się , to nie daleko.
Vord znając swoje szczęście nie zakładałby się o to, och to zapewne tylko z dwadzieścia mil. Jednak wiedział że musi się poświęcić, za dózo miał do stracenia. Chwiejnie podążył za trójką przybyszów.
Nieznajomy nie kłamał, nad ranem byli w lesie nieopodal wsi Ruluns. Jeśli Hreth był rzeczywiście tak dobrym banitą jak mówiono teraz był skłonny w to uwierzyć. Bowiem nie spodziewał się malutkiej wsi otoczonej ostrokołem z małą bramą z wieżami po obu stronach. Wszystko zbudowane z grubych bali, a więc stabilne i wytrzymałe. Ale łatwopalne jak szybko wydedukował.Nieznajomy chyba zauważył o co mu chodzi i odparł.
-Wszystko porządnie nasmarowane Surinnum, a więc nie do podpalenia, nie martw się towarzyszu. Nie jesteśmy bezmózgimi grabieżcami.
To fakt, minęli bramę, w środku było parę chat a na środku budynek o budowie mówiącej iż ma zastosowanie typowo defensywne. Budynek nie był wysoki, posiadał wieżę krytą strzechą. Vord zgadywał że zapewne też pokrytą Surinnum, posiadała liczne otwory strzeleckie. Stała pośrodku budynku bez okien z jednym wejściem. Nad wejściem coś wisiało, teraz przykryte płachtą, co to było?...wolał nie zgadywać.
W tej dziwnej wiosce, nie było dużo osób, spodziewał się takich klasycznych banitów jak z opowieści. Skórznia,łuk, i sarna na ramieniu. Nic bardziej mylnego. Każdy był uzbrojony po zęby, tu jakiś wysoki mężczyzna obarczony ogromnym toporem rąbał drzewo. Przy studni rozmawiało dwóch ludzi,jeden miał kolczugę , opierał się na halabardzie a drugi w mieszanej zbroi, tu napierśnik, kolczy czepiec,skórzane rękawice,oraz zwykłe bryczesy, bawił się z kuszą, dokonując jakiś poprawek.
Z małej fortecy jak ją nazwał Vord wyszedł naprzeciw dobrze zbudowany mężczyzna. Nie miał koszuli, był w spodniach i jezdzieckich butach, na grubym pasie zwisały dwa topory i sztylet. Był zarośnięty, włosy miał zmierzwione jakby targał je w amoku. Nos miał zapewne połamany kilkukrotnie, głowę okalała mu czarna opaska. Vord mniemał iż to w końcu owy banita.
-Zwą mnie, parszywym dziadem- mężczyzna przerwał napawając się swoim wątpliwym żartem-aha, samotny wilk nie lubiący żartów,co? No cóż to i ja się dopasuje do pana...
-Vord, Vord Reiner-rzekł Vord nieco sparaliżowany uczuciem pierwotnej dzikości bijącego od tego człowieka.
-Jestem Hreth, banita szukany we wszystkich królestwach Carladi, i słyszałem ze mnie szukałeś.
Hreth odprawił gestem ręki resztę oprócz nieznajomego, tamten ukłonił się w sposób jaki powstydziłby się nie jeden lord, potem dodał.
-Livmer Segmeris, taktyk, lekarz obecnie na służbie, a właściwie współpracy z Hrethem, miło cię poznać.
Ukłonił się raz jeszcze i poszedł w stronę jednej z chat. Przywódca banitów przybrał ponury wyraz twarzy i powiedział.
-Jeśli zdradzisz władzą nasze położenie zginiesz, rozumiesz?
-Tak, doskonale to rozumiem.
Hreth na nowo stał się tym wesołym potrzepanym człowiekiem, skrzyżował ręce na piersi i...nastała cisza. Vord był nieco zbity z tropu o co chodziło? Powiedział coś nie tak, nie wypowiedział jakiegoś tajnego hasła ? Coraz bardziej wątpił czy ten szaleniec mu pomorze, stał przed nim jak kołek. Czuł się jak uczeń w akademii, gdy jako dziecko stał jak teraz nie mogąc odpowiedzieć na pytanie uczonego. Teraz czuł to samo uczucie, ale przebył tyle drogi że musi zadać mu to pytanie.
-Pomożesz mi uciec na południe do Khanatu? Ściga mnie jeden z Nordyckich lordów, błagam...gdy tam dotrzemy wynagrodzę cię, mam tam pewnego znajomego, który jest mi winien sporo pieniędzy...błagam. Tamten dalej tępo patrzył na niego, zamruczał coś pod nosem i w końcu ku zaskoczeniu Vorda odezwał się.
-Vord? Co to za śmieszne imię? -i znowu przerwał, Vord zaczynał wychodzić z siebie, czuł że zaraz własnymi rękami rozszarpie tego wariata-Nie ważne, matka takie dała to se miej he he, nie wnikam za co ten lord cię ściga, ale nie mogę ci pomóc...no przynajmniej na razie.
-Dlaczego??
-Szykuje ludzi, Swadia złożyła mi obietnice na piśmie że w zamian za miesiąc służby darują mi wszystko, moim ludziom też.
Vord niemal nie ryknął ze śmiechu, w taki sposób pozbywano się natrętnych banitów i awanturników.Wystarczyło zanęcić ich pieniędzmi i obietnicą odkupienia win, a pod koniec służby wysyłano na tak zwaną ostatnią łatwą misje. Wiele słyszał i wiedział że nazwa ostatnia misja była na miejscu. Ostatnia dla najemników, zawsze oznaczało to pewną śmierć, w ten sposób pozbywano się niepotrzebnych złoczyńców. I mimo tej wiedzy chętnych nie brakowało, zbyt kusiła wizja odbicia się od biedy.
Z wyglądu Hretha łatwo było się domyślić że zamierza naprawdę nająć się do służby. No cóż , nie mógł mu się dziwić mógł zyskać wolność i pieniądze, ale raczej na pewno śmierć.
-Tak więc Vordzie Reinerze, odczekaj gdzieś miesiąc czekając na nas lub spróbuj sam przedostać się na południe, nic nie mogę poradzić.
Hreth rozłożył ręce w geście bezradności i powoli odwrócił się w stronę fortu. Vord dalej stał i miał teraz milion myśli na minute, mętlik w głowie był nie do zniesienia. Wiedział że zawsze jest szansa na dotarcie do granic Khanatu, a jeśli dopadną go Nordowie? Co w tedy, nie da im rady,szczególnie że będą żądni jego krwi po tym co zrobił. Przeczekanie było też ryzykowne. Miał jedno wyjście, krzyknął w stronę przywódcy przyszłego oddziału najemników.
-Zgoda, dołączę do was na miesiąc, potem jeśli przeżyjemy idziemy na południe, wtedy dam ci wszystko co mam u znajomego! Słyszysz?
Hreth stanął i spojrzał przez ramie, uważnie go lustrując czy się nada, przynajmniej tak myślał Vord. Jednak oprócz gapienia się nic nie powiedział.
-Słyszysz?! Idę z wami!
-Nie męcz ucha...-odparł w końcu, a potem z uśmiechem dodał-zastanawiam się dlaczego nie przygotowujesz się do drogi...w południe wyruszamy, po lepsze jutro przyjacielu.