Ruszyła konwersja forum! Przez ten czas wyłączyliśmy możliwość pisania nowych postów, ale po zalogowaniu się można pisać na chacie. Poniżej znajdują się też linki do naszej grupy Steam i facebooka, gdzie również będą ogłoszenia. Modernizacja forum powinna zakończyć się najpóźniej do wtorku.

Najnowsze newsy z naszej strony:


    Polub nasz profil na facebooku! oraz dołącz do naszej Grupy STEAM

    Ankieta

    Jak myślicie,mam dalej pisać?

    Jak najbardziej,pisz;)
    116 (62.7%)
    Możesz pisać
    19 (10.3%)
    Obojętne mi to...
    19 (10.3%)
    Zasatanów się czy warto...
    10 (5.4%)
    Nie
    4 (2.2%)
    Kategorycznie przestań
    17 (9.2%)

    Głosów w sumie: 184

    Autor Wątek: "Calradia,kraina straconych szans"powieść.  (Przeczytany 43332 razy)

    Opis tematu:

    0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

    Offline Aldred

    • Użytkownik
    • Wiadomości: 542
    • Piwa: 16
    • Płeć: Mężczyzna
    • No Trance No Life.....
    Odp: "Calradia,kraina straconych szans"powieść.
    « Odpowiedź #30 dnia: Września 24, 2011, 09:51:23 »
    Witam,wiem,obiecałem wcześniej napisać kolejny rozdział ale niestety ostatnio mam tyle pracy że na nic nie mam czasu. Człowiek czasem pracuje po 14 godzin dziennie i uwierzcie że po powrocie do domu mam tylko w głowie wykąpać się i spać. Soboty także mam pracowite, wszak mam także pewne obowiązki w domu. A jak przyjdzie ta nieszczęsna niedziela to zazwyczaj jako jedyny wolny dzień w tygodniu spędzam go w gronie znajomych. Nawet ostatnio mniej gram w warbanda ,przez co moje staty są...żałosne. No nic ja wam tu o moim życiu a wy czekacie aż przeczytacie kolejną część. Wiem ,po długiej przerwie mogłem się bardziej postarać,ale nawet ten rozdział powstawał długo. Pozdrawiam czytelników i zachęcam do komentowania.

    Rozdział.9.

    Ciemność ogarnęła zabójce gdy w końcu zeszedł po drabinie w dół.  Cokolwiek było na górze teraz hałas ustał, lepiej było teraz znaleźć jakieś wyjście z piwnicy. Po prawdzie nie uśmiechało mu się teraz wracać ku nie znanemu. Korytarz był wąski ,szedł przesuwając dłońmi po ścianach. Wszystkie zmysły były teraz upośledzone i minie trochę czasu nim wzrok przyzwyczai się do ciemności. Usłyszał gdzieś ciche skrobanie, zapewne szczur jak sobie tłumaczył Kris.Wąski korytarz skończył się nagle i zabójca na moment przystanął. Przyłapał się na tym że zaczął ciężko oddychać, po karku spływał mu pot ,zimny i nieprzyjemny.
    Po prawej zauważył pochodnie która niedbale leżała na skrzyni, obok wymacał hubkę i krzesiwo. Rozległ się oślepiający blask i smród dymu wydzielany przez zapaloną pochodnie. Był cicho, nawet skrobanie gryzoni ustało, wszystko zdawało się na moment zatrzymać. Jakby cały świat chciał odpocząć od ciągłego biegu. Cała ta sytuacja zaczęła działać niemal jak narkotyk. Strach przed nieznanym, uczucie bezradności i pierwotne lęki przytłaczały go. Sam nie wiedział ile czasu stał w miejscu, w końcu przełknął ślinę i cicho ruszył do przodu. Nie było wątpliwości że to była zwykła piwnica. Klepisko z ziemi miast desek, biegnące przez środek małego pomieszczenia belki które podtrzymywały podłogę na górze. Kilka skrzyń porozrzucanych bez ładu. I ku swojej trwodze zauważył że nie było  stąd żadnego wyjścia, żadnych okien, piwnica musiała być głęboko pod ziemią. Co teraz? Co robić? Rozpaczliwie szukał drogi wyjścia z tego pomieszczenia. Czuł się teraz jak zagonione zwierze łowne w pułapkę. I po prawdzie tak właśnie mogło być gdy zauważył przygarbiony kształt w kącie po prawej. Stanął jak wryty i uderzył go czysty ludzki odruch...strach. To coś w kącie wydawało cichy pomruk by po chwili skomleć. Kim lub czym to było? Kształt nie poruszał się ,po prostu wydawało te ciche i dziwne dźwięki.
    I stało się to co nie powinno w tej sytuacji. Kris przypomniał sobie starą legendę Carladyjskich rolników. Opowiadała ona o tym że stare już domy nie są bezpieczne, i nie chodziło tu o zawał lub pożar. Mówiono o tym ze z czasem nawiedzają je dziwne rzeczy,najczęściej była to starucha potrafiąca władać umysłem człowieka ,jak hipnotyzer z Khanatu. W dodatku owa starucha nie była zmorą, mówiono że jest ona w pełni materialna i był manifestacją ludzkiej jaźni. Kris zawsze śmiał się z tej legendy, lecz w duchu nie przekreślał tego że takie rzeczy mogą mieć miejsce. Wszak czy człowiek już wszystko wiedział o otaczającym go świecie? Przeklął w myślach że w legendzie nie powiadali jak pokonać lub przegnać to...to coś.
    Podszedł bliżej ostrożnie stawiając kroki, pochodnie trzymał wyciągniętą przed siebie. Jeśli to coś go zaatakuje okaże się ona jedyna bronią. Jakże absurdalnie to musiało wyglądać. Zabójczy Wiatr Kris, w jakiejś piwnicy mierzy się z dziwadłem...Siepacz organizacji zabójców ,prawa ręka Glerna, mistrz w swoim fachu musi sprostać czemuś w co nikt o zdrowych zmysłach nie byłby w stanie uwierzyć. A jednak to był fakt, tak ciężki do zaakceptowania że zaśmiał się w myślach. Strach jakby na moment osłabł, w jego miejsce nadchodziła agresja, frustracja i złość. Nikomu i niczemu nie pozwoli odebrać tego co jest dla niego cenne, władzy którą niebawem winien przejąć. Już nawet nie dbał o swoje życie, nie chciał utracić swej przyszłości gdy może zostać w końcu wpływową osobą w tej przeklętej krainie. Gdy mogą się go bać i oddawać mu należną cześć,składać liczne dary. Wszystko to czego nigdy nie miał gdy dorastał, jego nędzna przyszłość w końcu mogła być wynagrodzona .Coś mu się od życia należało,  cokolwiek tylko nie głód i ubóstwo. Niech szlag trafi to coś!
    Ruszył błyskawicznie w ciemny kat gotów policzyć się ze swoim wrogiem, gotów drogo sprzedać swe życie. Pokazać że nikt i nic go nie przerazi a już na pewno nie pokona...


    Tym razem natarcie było nie do powstrzymania. Odkąd wszyscy wycofali się na plac rhodokowie uderzali z furią wypuszczając na swadian kolejne odziały. Vord ciężko dysząc sparował kolejny atak, ręce go już bolały od walki. Modlił się by starczyło mu sił na utrzymanie miecza, nie czuł dłoni. Nigdzie nie widział Hretha, po prawdzie nikogo znajomego. Walka rozdzieliła go z resztą drużyny i teraz musiał sam się bronic. Obok niego upadł tarczownik z Praven, z brzucha wylewały się wnętrzności, i na chwile przed śmiercią biedak starał się nie dopuścić do tego aby jelita nie wylały się na ziemie. Istne apogeum rozpętało się gdy gwardia Gravetha z nim samym na czele uderzyła na nich...
    Uchylił się przed lancą by po chwili o włos uniknąć stratowania przez kolejnego jeźdźca. Wykonał cięcie podcinając rumaka, rycerz ze stęknięciem upadł na ziemię, nie zdążył go dobić gdy otrzymał silny cios czymś ciężkim w zebra. Poczuł że kilka oczek z kolczugi się rozleciało. Upadł na ziemie sprawnie unikając dwóch pchnięć rohatyn. Siarczyście zaczął przeklinać, wiedział że ta bitwa musi zostać okupiona przegraną swadii. Podciął jednego przeciwnika powalając go na ziemię, szybko wstał i sztychem przebił się przez zasłonę kolejnego wroga. Wykonał obrót i dobił lezącego. Zaryzykował spojrzenie w tył i z przerażeniem dostrzegł ze coraz więcej obrońców rejteruje z pola walki,teraz wszędzie dominowali agresorzy .Oddział za oddziałem poddawało tyły. Zaczęła się lawina ucieczek, nic nie dawały nerwowe rozkazy oficerów. Wszyscy próbowali ocalić skórę gdy było wiadome jak to się skończy.
    Oczy niebezpiecznie zaczęły zachodzić mu mgłą,nogi groziły że zaraz odmówią posłuszeństwa. Desperacko machał mieczem doskonale wiedząc ze to śmieszne i bezcelowe. Jednak starał sie utrzymać pozory normalności, pokazać wrogowi że nadal jest gotowy na walkę. To było jednak okłamywanie samego siebie, nigdy nie walczył w bitwie, uliczne starcia czy na odludziu ze zbirami nie mogły się równać do masakry jaka tu sie rozgrywała. To nie była spokojna wymiana ciosów dwóch szermierzy, nazwałby to raczej walką o przetrwanie, zabij przeciwnika i nacieraj na następnego inaczej to ty zginiesz. Brutalność bitwy brała się ze zbieranej złości, przypływu adrenaliny i zachcianek możnych. Gdy już dwie wrogie bandy zewrą się w walce....
    -Za mną!
    Vord nie od razu rozpoznał czyj to głos ,niemrawo spojrzał przez ramie i ujrzał Plaisa który także już słaniał się na nogach, obok niego w jeszcze gorszym stanie był Nikson. Nie uszedł metra gdy bełt boleśnie musnął go w szyje, znowu się potknął i boleśnie uderzył twarzą w żwirowaty grunt. W jego stronę dziko szarżował gwardzista na rumaku celując lancą dokładnie w niego. Kilka metrów, Vord nie mógł się ruszyć, nie miał sił by próbować się ocalić. Przymknął oczy gotowy na śmierć, ta jednak nie nastąpiła. Nikson przeskoczył nad nim i opierając koniec halabardy na ziemi zatrzymał jeźdźca. Zwierzę głośno zakwiliło by po chwili wraz z gwardzistą upaść na ziemie. Halabardzista bezlitośnie dobił podnoszącego się jeźdźca i pomógł Vordowi wstać na nogi.
    -Co się z tobą do diaska dzieje?!-wykrzyczał prowadząc go na tyły-musimy uciekać, nic tu po nas.
    Vord nic nie odpowiedział, wszystko go bolało, coraz częściej powieki opadały mu na dół.
    Wśród tumanu unoszącego się pyłu i dymu wyłonił się kawalerzysta z małym proporcem na którym był znak "Y". Okręcił koniem dookoła krzycząc w wniebogłosy.
    -Odwrót! Król zarządził taktyczny odwrót! Najniżsi rangą oraz najemnicy osłaniają tyły!
    Młody chłopak obok Vorda wydał z siebie jęk rozpaczy, ze łzami w oczach panicznie zaczął krzyczeć i skulił się na ziemi gotowy na wszystko. Szlachta i weterani bez oporu zaczęli sie wycofywać zostawiając świeżaków do zatrzymania pościgu.
    -Kurwa to śmieszne-wykrzyczał Nikson-Te psie syny wytną tych niedorostków w mig, to bez sensu!
    Plais podszedł do nich ,poklepał niedbale Vorda po ramieniu i z nieskrywanym uśmieszkiem odparł.
    -No cóż, rozkaz to rozkaz, miło się z wami...współpracowało.
    Obaj najemnicy bez nadziei stanęli naprzeciw masie wroga.
    -Tnij po nogach Vordzie, to ich słaby punkt ,niech sucze syny cierpią zanim umrą...
    Rhodokowie z furią natarli na żałosną ochronę tyłów...



    -To mój rumak kmiocie!
    Plais był wściekły ,pewien młody szlachcic akurat upatrzył sobie tego konia jako sposób ucieczki z pola bitwy.
    -Toż to mój zakichany rumak chamie! Znajdź sobie innego albo giń za Swadie, ja ci go nie oddam!
    Młodziak miał na sobie barwy Suno, czyż wszyscy  stamtąd nie uchodzili za nieokrzesanych? Ale Plais nie dał sobie tak łatwo w kasze dmuchać,chwycił za uzdę i już miał wskoczyć na konia gdy goguś chwycił go za włosy i mocnym szarpnięciem posłał go na ziemię.Szybko obejrzał się za siebie,rhodokowie właśnie przebijali się przez tylne straże i byli coraz bliżej. Wszędzie słychać było krzyki i wrzaski, stal uderzającą o stal. Swadia dziś miała doznać ogromnej klęski, co do tego nie było wątpliwości.
    Splunął,i szybko wyciągnął miecz  z sączącym się po jego ostrzu jadem.
    -Oddaj go albo cie zabije, ja muszę przeżyć dla dobra królestwa!
    Szlachcic spojrzał na niego z nieskrywanym gniewem w oczach, jego ręka powędrowała do rękojeści miecza . Za wolno, Plais szybkim cięciem w bezbronnego młodzieńca pozbawił go ucha. Przeklął w myślach za to że nie trafił czysto w gardło, ale przecież był wykończony po bitwie. Młody upadł na ziemię histerycznie wrzeszcząc i trzymając się za miejsce w którym nie dawno było ucho .Lord wskoczył na należytego właśnie jemu rumaka , splunął na rywala i odjeżdżając dodał.
    -Pomścimy twoje bohaterskie zachowanie ,nim zdechniesz, zabierz kilku psów rhodockich ze sobą!
    Odjeżdżając nie czuł czegoś takiego jak litość czy odrazę do samego siebie za to co zrobił. Liczyło się tylko teraz jedno,żeby przeżyć. Nawet jeśli po trupach swoich krajan, za tamtym nikt nie będzie płakał. Ale gdyby to on tu dziś poległ? Wzdrygnął się na myśl o tym, śmierci jako jedynej bał się na prawdę ,i będzie robił wszystko by do niej prędko nie dopuścić. Jeśli ktoś chce być bochaterm niech sobie będzie ,rozsądny człowiek nie walczy dla przegranej sprawy.
    Odgłosy bitwy stawały się coraz cichsze, cała armia swadi, w zasadzie marna jej część gnała przed siebie w stronę lasu Yntere, Plais nie był pewien ale chyba Haringoth za bardzo zboczył z kursu reszty i skręcił w mały zagajnik. Co ta świnia planuje? Uśmiechnął się pod nosem, miał przy sobie zatruty miecz, Haringoth ostatnio gdy go widział wyglądał jakby miał umrzeć na stojąco. Tak oto narodziła się szansa na pozbycie się nie wygodnego świadka i rywala. Mimo klęski Swadi, mimo strat jakie ona za sobą przyniesie, on wykona krok w stronę umocnienia swojej pozycji na dworze.
    Z przemyśleń wyrwał go odgłos galopujących koni za nim, szybko obejrzał sie za siebie. Na bogów! Co tu robili Vaegirowie?? Pięciu jeźdźców na szybkich rumakach  vaegirskich pędziło co sił za nim. Po drodze zabijając zaskoczonych swadian. Od lewej strony ,gdzie równina była porośnięta gęstymi krzakami galopowała dużo większa grupa, Plais szacował ze może ich być setka .Nie wyglądało to najlepiej, postanowił na razie przełożyć zabicie Haringotha, musiał teraz go dogonić i razem z nim uciec. Wszak co dwie głowy to nie jedna, a głupek w sumie nie wyglądał na tak bardzo rannego.


    Kris leżał w kącie na zmianę jęcząc i przeklinając. W momencie gdy zaatakował to coś znikło a on rąbnął z całych sił w ścianę. Czy to były jakieś majaki? Albo możliwe że te medykamenty znachora jakoś oddziaływały na umysł. Morze to i lepiej że to nie było rzeczywiste, nie wiadomo jak ta walka mogła by sie dla niego skończyć. Znowu usłyszał jakiś hałas na górze, tym razem słyszał wyraźnie rozmawiających ludzi. Kto to mógł być? Blask pochodni rzuconej na dół u podstawy drabiny rozświetlił wąski korytarz przez który chwilę temu szedł po omacku.
    -Jest tam kto?-odezwał się mocny gardłowy głos, akcent wydawał się być typowy dla rhodoków.A jednak to była grabież...
    Kris szybko zgasił pochodnie i skrył się za beczką nieznacznie się wychylając, po drabinie zeszło dwoje żołnierzy,ubrani na modłę armii rhodoków. Z góry odezwał się ponownie ten sam głos.
    -Uważnie sprawdźcie całą piwnice i znajdźcie winnego tej masakry.
    Zabójca ponownie przeklinał, ci durnie winili go za jakieś morderstwo. Chyba że odnaleźli zwłoki chłopów nieopodal wioski. Ale to raczej wykluczone, wszystkich ukrył pod sterta gałęzi i liści,ktoś musiałby na nie nadepnąć by odnaleźć zwłoki.
    Dwójka żołnierzy z wyciągniętymi krótkimi nadziakami niepowstrzymanie zmierzało do niego .Przymknął oczy i zaczął sobie przypominać te lata szkoleń na zabójce. Wszak nie od parady miał przydomek,Kris Zabójczy Wiatr...
    « Ostatnia zmiana: Września 24, 2011, 09:55:52 wysłana przez Aldred »
    Zwycięstwo nie wymaga tłumaczenia,porażka na nie nie pozwala.Wymówki to schronienie dla słabych.-Wielki Książe Ostlandu Hals von Tasenick.

    http://adi88pl.wrzuta.pl/audio/88OeZEtUsq1/kingdom_of_trance_nev_year_2012_adi_mix
    Pora promować muzykę trance i swoją twórczość;)

    Offline Aldred

    • Użytkownik
    • Wiadomości: 542
    • Piwa: 16
    • Płeć: Mężczyzna
    • No Trance No Life.....
    Odp: "Calradia,kraina straconych szans"powieść.
    « Odpowiedź #31 dnia: Października 15, 2011, 11:42:09 »
    Rozdział.10.







    Przekleństwa i poniżenie,to zapamiętał Vord ostatnie zanim stracił przytomność. Nic nie poszło jak zakładał a już na pewno nie tak jak sobie to wymarzył Harlaus. Szczęśliwi ci którzy zdołali uciec,reszta albo leżała martwa albo trafiła do niewoli.
    Obudził go bul głowy gdy wóz z jeńcami podskoczył na wyboju podrzucając go pod sufit klatki. Rozejrzał się niemrawo,w klatce na wozie oprócz niego było kilkunastu innych pechowców. Rchodokowie pozdzierali z każdego zbroje i wzięli broń,zostawiając ich w samych łachmanach.Ale czego by się można było spodziewać,przecież byli jeńcami wojennymi i mało było prawdopodobne by obchodzono się z nimi ostrożnie. Już sam fakt że było tutaj kilku ciężko rannych tylko potwierdzał brak ostrożności czy też brak zwykłej ludzkiej litości.
    -Jedziemy do Yalen...
    Odezwał się z drugiego końca siwiejący mężczyzna,zapewne to jeden z rycerzy. Teraz zupełnie niczym się nie wyróżniał od reszty.
    -Pewnie nas powieszą....-odezwał się dużo młodszy człowiek,nos miał złamany a krew dawno zakrzepła,widok był na prawdę nie ciekawy.
    -Nie-kontynuował rycerz-To była by niechybnie czysta strata dla nich. Trafimy do lochu,a potem...a potem....
    Słowa uwięzły mu w gardle,odwrócił się i wpatrywał się w okolicę,reszta na chwilę wpatrywała się w niego jakby chcieli usłyszeć dalszy ciąg. Po chwili zrezygnowali i raz za czas słychać było przyciszone rozmowy. Vord poprawił nieco swoje ułożenie,wszystko go bolało. Żebra po lewej odzywały się coraz większym bólem,w głowie ciągle mu wirowało a ciągłe podskoki wozu wcale nie ułatwiały mu zwalczania chęci natychmiastowego wymiotu. Po chwili uderzyła go fala strachu...medalion zniknął! Przeklęci rhodokowie niechybnie mu go zabrali,tyle czasu dbał o to by go nie stracić. I przez zakichane wojny stracił go,jak i prawdopodobnie wolność. Przecież dobrze wiedział że nikt go nie wykupi z więzienia,zgnije w lochach ,starości nie dożyje bo wiedział jakie warunki im zaserwują. I przez cały ten czas będzie sobie pluł w brodę jakim był głupcem że w ogóle zapragnął pomocy Hretha. Jakim był głupcem że w ogóle w tedy zabrał spod drzewa ten medalion. Zgonił jednak te myśli precz,co on właściwie myślał? Przecież ta błyskotka był jego pamiątką po Selenie,i przysiągł ze ją odnajdzie ,bezpieczna u wuja. A on ot tak chciał to wszystko porzucić,bo tak wygodnie? Bo los niesprawiedliwie ciągle pakuje go w kłopoty?
    Nie Vordzie,pomyślał, jesteś w niewoli,a więc teraz trzeba się z niej wydostać. Tylko jak do licha? Podnusł się nieznacznie i się uważnie zaczął rozglądać. Nie byli jedynymi jeńcami,przed nimi jechało mnóstwo wozów,za nimi chyba jeszcze więcej. Król rhodoków zdaje się ruszył w ślad za niedobitkami swadian,bo z tego co pamiętał było ich cholernie dużo a teraz eskorta była znacznie mała. Wątpił by to była reszta armii,swadianie nie mogli wybić tak wielu,byli aż nad to zaskoczeni nagłym atakiem.
    -Relchrad! Trzymaj się do diabła,w Yalen na pewno cie wyleczą!
    Wszyscy zwrócili się w stronę młodego chłopaka który przykucnął nad starszym wojem. Z brzucha starego leniwie i nieustępliwie wylewały się wnętrzności. Nie miał szans przeżyć. Młody łkał coraz głośniej,Vordowi zdawało się że słyszał jak po cichu mówi ...ojcze nie umieraj. Czyli ojciec umierał na rękach syna,wezbrała w nim teraz złość i krzyknął na straż idącą obok wozu.
    -Człowiek umiera! Pomóżcie,miejcie litość!
    Woźnica zatrzymał na uboczu woź pozwalając reszcie kawalkady jechać dalej. Podeszło kilku żołnierzy,jeden zajrzał do środka.
    -Skurw...nawet nie potrafią umierać z godnością.
    Powiedział do reszty,tamci zaśmiali się rzucając o wiele gorsze docinki w ich stronę.
    -Podaj mi pikę-ponownie odezwał się strażnik.
    Gdy zamachnął się w stronę klatki Vord wiedział że ma zamiar dobić umierającego. Szybko rzucił się w tamtą stronę nie bacząc na przekleństwa deptanych ludzi. Chwycił stylisko piki i starał się ją wyrwać z rak oprawcy. Młody zasłonił swoim ciałem ojca teraz becząc i wrzeszcząc na zmianę. Ze strony innych klatek rozległy się okrzyki gniewu i przekleństw w stronę straży. Mocował się na chwile z żołnierzem któremu z wysiłku pojawiła się nabrzmiała żyłka na skroni. Jego towarzysz pomógł wyrwać pikę z rak Vorda.
    -Ty świnio!-wykrzyczał patrząc na niego-jak tego prosiaka dobijemy i tobą odpowiednio się zajmę,obiecuje ci to!
    Rozległ się trzask na górze klatki i szuranie. Wszyscy zwrócili wzrok do góry. Ale było za późno,kusznik wycelował prosto w głowę starca zabijając go na miejscu. Jego syn przestał już nawet płakać i wrzeszczeć,zupełnie ochrypł,z przerażeniem wpatrywał się w uchodzący blask życia z oczu ojca. Zapanował cisza,nie dla Vorda.
    -Ty morderco!-wykrzyczał i uderzył całą siłą barkiem w klatkę zrzucając kusznika na ziemię.
    Zebrało się więcej strażników przyciągnięci hałasem i ożywionymi krzykami. Wśród nich wyłonił się sierżant cały zakuty w podniszczona zbroje. Popatrzył na lezącego kusznika a potem na Vorda i zabitego. Mocnym kopnięciem w twarz zdzielił kusznika.
    -Psie syny,wiecie co to jest "Traktat Qares"?! Osobiście zadbam aby was kara nie minęła. Na ten czas zmienicie się z innymi a wy pójdziecie w las,do kilku godzin lepiej abym zajadał się dorodną sarną bo polecą głowy!
    Strażnicy spuścili głowy na dół i bez słowa odeszło,jednak jeden z nich z którym Vord się mocował popatrzył na niego i cicho rzekł.
    -Pamiętaj że obiecałem ci dużo cierpienia. Dorwę cie,zobaczysz,mam przyjaciół ,zarządca więzienia to mój dawny dłużnik,ciesz się życiem dopóki możesz.
    -Bilen do cholery-sierżant widocznie nie słyszał tej groźby ale czekał na szybkie wykonanie rozkazu-Ruszysz się w końcu czy mam cie poprosić?!
    Tamten skulił się i biegiem dołączył do zagłębiających się w las współtowarzyszy. Vord oparł się i wzrokiem odprowadzał sierżanta który cały czas przeklinał. Jednak jeszcze nie wszyscy rhodokowie byli pozbawieni skrupułów,dziękował mu w duchu za to ze ocalił mu skórę.Szkoda że nie było go tu trochę wcześniej.Patrząc na młodzieńca rozumiał że wojna jest znacznie brutalna poza polem bitwy. Zwykli ludzie cierpieli znacznie bardziej. Ku wielkiemu oporowi młodego straż wyciągnęła z klatki denata i gdzieś zaniosła na tyły kawalkady.
    -Dziękuje..-ledwie słyszalnym głosem odparł po chwili gdy ojciec zniknął mu już z pola widzenia.
    -Nie dziękuj...i tak nie pomogłem.
    Bo to prawda,pomyślał,co miał w takiej sytuacji zrobić? Może gdyby nie zawołał straży starzec jakimś cudem by przeżył. A przez jego zakichane poczucie honoru ma na sumieniu jego śmierć,i zapewnił sobie kolejnego wroga. Jakby ich miał za mało,teraz czuł że pobyt w lochu nie będzie taki do zniesienia. Czekała go na prawdę nieprzyjemna przeprawa. Już prawie zasypiał gdy wyrwał go z zadumy ponownie rycerz,ciągle mu się przyglądał.
    -Jesteś może rycerzem?
    Vorda zatkało,czy tylko dlatego że jako jedyny chciał pomóc potrzebującemu ktoś myślał o nim jako o rycerzu? Pokiwał przecząco głową,współtowarzysze kiwali w uznaniu głowami. Nikt z nich nie miał odwagi w tedy zareagować i zapewne teraz traktowali go jako co najmniej bohatera,rycerz jednak dalej ciągnął.
    -Ale zachowujesz się jak na takiego przystało. W tych czasach nawet moi niektórzy współbracia nie przestrzegają zasad honoru. Dlatego tym dziwniejszy fakt że osoba z... osoba z...
    -Tak wiem co masz panie na myśli,osoba z gminu.
    -Wybacz jeśli cie obraziłem,wiesz jednak co chcę ci powiedzieć. Zaszczyt będzie umierać w lochach przy twoim boku.
    Nim Vord cokolwiek odparł po tych słowach w klatce rozległa się panika. Ludzie zaczęli się drzeć,kilku płakało ukrywając twarz w dłoniach.rycerz niefortunnie dobrał słowa,nie ma to jak podbudować morale .Przynajmniej nikogo nie mamił bajkami,lepiej od początku przygotować się na najgorsze. Ciekaw był gdzie reszta kompanów,czy wszyscy zginęli? Nikson walczył z nim zanim objęła go ciemność. Hretha nie widział od początku ataku,szaleniec mógł uciec .Bruga,Livmer,Elissa,gdzie oni wszyscy teraz byli.W duchu liczył na to że wszyscy zbiegli i mają plan uwolnienia jeńców. Jakże miło było tak się oszukiwać,wątpił czy przeżyli tą masakrę, chyba że są w którejś z tych klatek. No cóż,może dowie się tego jak już będą na miejscu.
    Noc przyszła szybko przynosząc ze sobą chłód,wiatr hulał przez klatkę. Jęki z zimna i bólu z klatek nie dawała Vordowi przez całą noc zasnąć.A już na pewno myśl o tym że zabrano mu amulet....

    Koń Plaisa z dzikim kwiczeniem runął w strumień zrzucając go tym samym w zimną wodę. Z boku zwierzęcia wystawały dwie dzidy. Oprawcy zatrzymali się z grzbietów koni patrząc na Plaisa. Tamten wstał wyciągając miecz cały dygotał z zimna jak i ze strachu. Jeden z nich powiedział do reszty jakiś rozkaz i cała grupa odjechała dalej,zostało dwoje wojowników. Bez słowa zeskoczyli z koni wyciągając ogromne dwuręczne topory z juk. Szybko podchodzili do niego,jeden wykonał dziwny gest na modłę Vaegirów.
    -Zaiste to dobry dzień w którym jest szansa ubić swadiańskiego barona.
    Obaj rzucili się na niego,wtem jeden z wrzaskiem runął w strumień,z nogi wystawał mu bełt z kuszy. Jego kompan natarł na Plaisa chcąc jak najszybciej go zabić i zmierzyć się z nowym przeciwnikiem .Baron sparował wściekły atak,posypały się iskry. Wykonał pchnięcie jednak vaegir odbił go toporem wyrywając mu tym samym broń z ręki . Kopnięciem posłał przerażonego Plaisa ponownie w wodę.Upadając zachłysnął się wodą i wyciągnął błagalnie ręce przed siebie.
    -Proszę,mam mnóstwo pieniędzy na dworze,nie zabijaj mnie a staniesz się bogaty.
    Wiedział ze w tej chwili liczy się każdy sposób aby uchronić się przed śmiercią. Vaegir jednak podniósł topór nad głowę i ze stoickim spokojem zamachnął się w dół. Cios jednak nie nastąpił,kolejny bełt wbił mu się głęboko w brzuch. Topór wbił się obok głowy Plaisa. Szybko się podniósł się na nogi chwycił topór choć sam przyznał że jest cholernie ciężki. Niedbale dobił rannego. Drugi także leżał w strumieniu martwy a nad nim stał...
    -Haringoth!  Wielce żem rad że spotkaliśmy się.Zaiste to musi być szczęśliwy przypadek.
    Jego wybawca usiadł pod drzewem ciężko dysząc,cała zbroja była strzaskana,lewa ręka cała była we krwi. Pod lewym okiem miał ogromnego sińca i ledwie patrzył na to oko.
    -Plais ty zawsze będziesz dla mnie tchórzem,kupczyłeś o swoje życie z wrogiem,sprowadziłeś ich tu w ślad za mną. Gdybym miał trochę sił...zabiłbym cie.
    Baron przybrał wesoły wyraz twarzy kuśtykając do niego,usiadł obok poklepał go po ramieniu .
    -Zostawmy już spory na bok,ocaliłeś mi życie. A teraz powiedz mi czy masz plan jak uciec do swadii?
    Harigoth ze wzburzeniem odtrącił jego rękę,splunął i wpatrując się na zwłoki vaegirów cicho powiedział.
    -Nie jedziemy do swadii,wracamy do króla.
    Co on bredził? Wszędzie dominował teraz wróg a ten głupiec miał zamiar nadal stawiać opór. Nie było mu to w smak,Harlaus dostał niezły łomot i kto wie gdzie teraz się znajduje .Uciekł z pola bitwy i teraz bezceremonialnie nakazywał na powrót atak? W swadii byli sami głupcy,gdyby każdy myślał jak on to cała Calradia była by pod jednym sztandarem. Jednak on był jedyny w swoim rodzaju,nikt nie miał tak nieogarniętego geniuszu. Więc musiał jednak sam ratować się ucieczką do ojczyzny.
    -Jak tam chcesz,ja wracam do swadii,zbiorę ludzi i dołączę do was.
    Haringoth próbował wstać ale nie mógł,spojrzał gniewnie na niego i lęgnął na ziemi.
    -Uciekaj tchórzu,ja na moment się zdrzemnę i ruszę szukać króla. Niech lepiej już nigdy na ciebie nie trafię...
    Plais wstał i długo walczył sam ze sobą czy nie wbić miecza w jego durny łeb. Zawsze marzył o takiej okazji,mógł raz na zawsze pozbyć się wroga,bez świadków. Wróci jako bohater do swadii,wszak bronił Haringotha a tamten uciekł z pola bitwy. Tak to będzie brzmiało wspaniale,stanie się żywą legendą. A ten dureń najpewniej wyzionie ducha wkrótce .Taka śmierć dla niego będzie odpowiednia,nie będzie sobie brudził na niego miecza.
    Poczekał aż zaśnie i wsiadł na przywiązanego nieopodal konia vaegirów. Oglądnął się raz jeszcze na śpiącego,czy zachowywał się niegodnie zostawiając go samego? Raczej nie,ktoś musiał myśleć racjonalnie,głupek uratował mu życie a sam skona w jakimś lesie. Smagnął konia i ruszył w las,w stronę swadii.

    Cdn 10 rozdziału już niebawem...



    « Ostatnia zmiana: Października 15, 2011, 14:58:10 wysłana przez Aldred »
    Zwycięstwo nie wymaga tłumaczenia,porażka na nie nie pozwala.Wymówki to schronienie dla słabych.-Wielki Książe Ostlandu Hals von Tasenick.

    http://adi88pl.wrzuta.pl/audio/88OeZEtUsq1/kingdom_of_trance_nev_year_2012_adi_mix
    Pora promować muzykę trance i swoją twórczość;)

    Offline Conrad Shieldcrusher

    • Użytkownik
    • Wiadomości: 292
    • Piwa: 0
    • Płeć: Mężczyzna
    Odp: "Calradia,kraina straconych szans"powieść.
    « Odpowiedź #32 dnia: Października 15, 2011, 12:02:36 »
    Obudził go bul głowy

    Łączę się z nim w bulu, jak prezydent z Japończykami :P

    A co do opowiadania, to według mnie jest naprawdę dobre i szczerze mówiąc jest jedynym opowiadaniem na tym forum które przeczytałem całe :D Czekam na dalsze rozdziały.

    Offline matigeo

    • Użytkownik
    • Wiadomości: 1043
    • Piwa: 2
    • Płeć: Mężczyzna
    Odp: "Calradia,kraina straconych szans"powieść.
    « Odpowiedź #33 dnia: Października 16, 2011, 20:28:30 »
    Ha! Wyjdzie na to, że Vord zostanie lordem u kogoś... ja bym chciał zobaczyć, jak wprowadza na tron pretendenta :D, a potem go zdradza, czy jakoś tak. A przede wszystkim, to czekam na kolejny odcinek. ;)

    Offline Aldred

    • Użytkownik
    • Wiadomości: 542
    • Piwa: 16
    • Płeć: Mężczyzna
    • No Trance No Life.....
    Odp: "Calradia,kraina straconych szans"powieść.
    « Odpowiedź #34 dnia: Października 27, 2011, 11:02:42 »
    CDN.Rozdziału 10.

    Kris szybkim ciosem powalił ostatniego przeciwnika. Trójka rhodoków leżała martwa. To była szybka i zdecydowana akcja, zabójca wykończył ich zanim tamci zdążyli się zorientować o jego obecności. Podniósł nadziak jednego z nich,kusze odpiął z pleców drugiego jednocześnie mocując kołczan z bełtami do pasa. Dobrze, pomyślał, teraz ponownie uzbrojony może czym prędzej wyrwać się  stąd. Po prawdzie nie uśmiechało mu się teraz opuszczać w miarę bezpiecznej piwnicy, ale przecież nie będzie tu siedział wieczność. Zachodził teraz w głowę co u diabła się działo na górze, rhodokowie, dziwne wrzaski, krzyki przerażonych ludzi. Czuł ze to nie morze być zwykła grabież, po prostu czuł to w kościach, jak i to że prędko nie natknie się na Vorda. Nie miał pojęcia gdzie teraz mógł być, cała armia swadii ruszała na rhodoków, ale jakie mieli plany? Gdzie mogli uderzyć, gdzie chcieli zmierzać?
    Był teraz niczym ślepiec szukający ścieżki w lesie. Fakt że był zabójcą, dobrym zabójcą, wcale nie oznaczał że miał wróżyć z powietrza. Nie to było istotą bycia dobrego zabójcy. On miał pozbierać fakty ,ułożyć je w sensowną całość i zacząć działać. Za dużo już zmitrężył czasu, akurat tego mu najbardziej brakowało. Zlecenie wyraźnie mówiło o jak najszybszym zdobyciu medalionu. Gdy teraz pomyślał jak blisko był jego zdobycia wzbierała w nim złość. Szukanie jednej osoby w całej Carladii było bardzo wymagające.
    Splunął siarczyście, podszedł powoli do drabiny, gdy żadne odgłosy z góry go nie zaniepokoiły szybko zaczął się wspinać.
    Niedawne wydarzenia były niczym w porównaniu z tym co zobaczył w mieszkaniu znachora. Na podłodze leżało dwoje żołnierzy z okrutnie poszarpanymi ciałami. Jeden miał wydłubane oczy, u lewej dłoni brakowało kilku palców, nie wyglądało to na ranę jaką mogło by zadać ostrze. A drugi...właściwie ciężko było nazwać to zwłokami, jego członki były porozrzucane po całym mieszkaniu. Czy to coś co ścigało jego samego dopadło tych biedaków? Jeśli tak to musiał przyznać że miał ogromne szczęście, coraz bardziej wątpił że mógł to być wściekły niedźwiedź.
    Na zewnątrz było już ciemno, mgła zalewała sioło czyniąc okolice ponurą ,zimną i nie przyjazną. Chłód ogarnął zabójce, ten pospiesznie podbiegł do stodoły i rozejrzał się. Przez tą przeklętą mgłę nie widział nic przed sobą, miało to oczywiście wielki plus, jeśli on nic nie widział to i tak samo i on nie był widoczny. Usłyszał coś przed sobą, jakby ciche pojękiwanie, cofnął się nieco z przezorności. Pod stopą poczuł nieprzyjemne plasknięcie. Spojrzał w dół i z trudem powstrzymał się od krzyku. Na ziemi leżało niemowlę z wyprutymi wnętrznościami, a on wdepnął w mały brzuszek dziecka. Ostrożnie wyciągnął nogę, czemu towarzyszyło nieprzyjemne plasknięcie. Nachylił się i zamknął powieki dzieciątka. Kto był takim draniem by w taki sposób potraktować dziecko?
    Z rozmyślań wyrwał go gdzieś niedaleko szaleńczy wrzask lub też ryk, Kris był tak wstrząśnięty tym wszystkim że już na prawdę nie wiedział co to był za odgłos. Usłyszał za sobą odgłosy cichego szurania, cicho odpiął kusze i naładował, celując w tą stronę z której ktoś lub coś nadchodziło. Po czole mimo chłodu znowu spływał mu zimny pot, ręce delikatnie drżały. Cokolwiek to było, coraz bliżej podchodziło, zabójca mógł teraz słyszeć głośne sapanie, to coś podchodziło bardzo powoli. Wreszcie z mgły zaczął się wyłaniać jakiś kształt, Kris nie potrzebował już wiedzieć więcej, wystrzelił z kuszy. Rozległ się krzyk, ludzki krzyk. O zgrozo,  trafił jakiegoś człowieka, szybko podbiegł w tamto miejsce. Na ziemi leżał rhodocki żołnierz z bełtem w prawej ręce.
    -Cicho durniu, nie drzyj się!
    Tamten nie chciał przestać, zwijał się na ziemi wrzeszcząc z bólu, zakrył mu usta i bezceremonialnie wyciągnął bełt.
    -Jak jeszcze raz zaczniesz się drzeć zabije cie.
    Żołnierz pokiwał niemrawo głową na znak że rozumie, miał niewielki zarost,mógł mieć z trzydzieści lat. Kolczugę miał poplamioną krwią i zabrudzoną błotem.
    -Jesteś z oddziału...oddziału Nerjena?
    Kris podziękował w duchu że ubrał się w skórzany lekki pancerz wzięty z zabitego rhodoka.
    -Tak, co u licha tu się dzieje?
    -Nie mam pojęcia...-wziął głęboki oddech i się rozejrzał-wiem że wdepnęliśmy w cholerne gówno, a miało być łatwo ,mówili pojmiecie zabójce winnego mordu chłopów i wracacie....
    Kris powoli zaczął układać sobie w głowie fakty, trzeba było wyciągnąć tyle informacji z niego ile się dało. A potem pewnie go zabije.
    -Słuchaj, byłem nieco na uboczu gdy to się zaczęło, co właściwie się tu stało?
    Ranny ponownie skrzywił się z bólu ,usiadł dzięki pomocy Krisa, oparł się o drzewo i po długiej ciszy wreszcie powiedział.
    -Jak wiesz, wieczorem dotarliśmy do wioski ,bo okazało się że zabójca tu jest. Przeszukaliśmy większość chat ,część z chłopaków piła w karczmie. Potem z wrzaskiem wpadł chłop że coś jest u niego na strychu .Wysłaliśmy Gebeta i Kilsera. Jak nie wrócili po godzinie poszliśmy z resztą chłopaków tam. Nerjen został pogadać z sołtysem wsi. Nie potrzebnie się rozdzieliliśmy, jakiś wróg...może swadianie...nie ważne. Ktoś zaatakował wioskę jakby ze wszystkich stron. Nie nadążaliśmy rozsyłać ludzi w strategiczne miejsca. Panował chaos ,ludzie biegali, dzieci płakały, kobiety wrzeszczały. Biedny Hifdes, wiesz ten kusznik, wypadł z jednej chaty i darł się że coś go chciało zabić, coś przerażającego...Potem głosy powoli ucichały, ja...ja schowałem się w stogu siana. Słyszałem krzyki, płacz, błagania,a jednak nie wyszedłem, nikomu nie pomogłem, rozumiesz? Wiedziałem że jak wyjdę to zginę jak inni. Pieprzone życie, a wszystko przez to że nie posłuchałem Hildy..mówiła, skończ odbytą służbę, zajmij się farmą...moja kochana Hilda...
    Zwiesił głowę i wybuchnął cichym szlochem, zabójca nie miał teraz sumienia wbić mu sztyletu w serce. Poniekąd rozumiał go, miał swoje życie jak i on, i wpadł w tarapaty. Płacz? Normalny ludzki odruch, Kris nie pamiętał kiedy ostatnio wyronił choćby łzę. Czy to czyniło go bestią? Zabijał nieraz niewinnych, nie zastanawiając się czy mają rodzinę, swoje plany na przyszłość. Zbierał nagrody ,piął się w hierarchii gildii. Tylko władza i pieniądze miały dla niego jakiś sens w życiu. Czy choćby raz zastanowił się nad swoim życiem? Czy przystanął w nieustającym biegu o sławę i zadał sobie pytanie, czy tego mu trzeba w życiu? Czy w ogolę takie życie ma jakiś głębszy sens?
    Przestraszył się w duchu, zaczynał wątpić w sens bycia zabójcą? Czy zwykłe życie bez morderstw, kłamstw jest aż takie dobre? Gdy wyjdzie z tego żywy poważnie musi to przemyśleć.
    -Słuchaj, teraz musimy stąd uciec, nie wiemy z kim tak na prawdę się mierzymy.
    -Jestem Kastil-żołnierz wyciągnął przed niego rękę.
    -Kris.
    Podali sobie dłoń ,i razem powstali, tamten ewidentnie cierpiał z bólu jaki zadał mu bełt. Kris odciął rękaw i zawiązał mu rękę tamując płynącą z rany krew.
    -Jest Kastil w pobliżu jakiś patrol?
    -Jeśli ruszymy czym prędzej na północ przecinając las, powinniśmy natknąć się na konwój więzienny...
    -Skąd on jedzie?
    -Nie słyszałeś? Yaorlek rozbił swadian, pojmał od groma jeńców .W końcu jakieś znaczące zwycięstwo.
    -Jak sądzę i najemników musiał pojmać tak?
    -A cóż to za różnica? Na pewno ich zabito albo wzięto do niewoli, walczyli ponoć na pierwszej linii .
    Kris nieznacznie się uśmiechnął, przy odrobinie szczęścia może znajdzie tam vorda.
    -Nie traćmy więc czasu, musimy dołączyć jak najszybciej do naszych.


    -Trzy dni i nic???-Aleric wrzeszczał po sali miotając się jak szalony-Co wy przez ten czas robiliście?
    Inżynierzy i pomocnicy zwiesili głowy słuchając gbury. Żaden nie miał odwagi popatrzeć w oczy lorda. Vordemor stał obok ograniczając się tylko do oglądania pokazu wściekłości Alerica.
    -Pozostały tylko dwa kryształy durnie! Wkładam tyle denarów w całe przedsięwzięcie że nawet nie dali byście rady ich zliczyć. Płace wam za każdą chwile tutaj. A wy tak mi się odpłacacie??
    Aleric miał prawo być wściekły,wynajął podobno najlepszych z najlepszych inżynierów z całej krainy, a efekty były mało zadowalające. Poprzednie na przestrzeni miesięcy łatwo było wydobyć ,tylko te dwa ostatnie kryształy nie chciały ustąpić .Naelda twierdził że są bardziej zabezpieczone od reszty. Turegor jawnie oznajmił że nie ma pojęcia czemu tak jest. Z kolei uczony Bellen nie ukrywał ulgi, bo jak mówił mają czas na lepsze poznanie wszystkiego. Każdy miał coś do powiedzenia, każdy,tylko że nic ponad to. A on już wreszcie chciał otworzyć te wrota, za wszelką cene.
    Robotnikom kazał się wynosić na razie i został w sali sam z Vordemorem. Młodzian nerwowo przechadzał się po sali próbując za wszelką cenę zwrócić na coś uwagę byle nie patrzeć na wściekłego lorda.
    -Masz pomysł jak te cholerne kamienie usunąć?
    Vordemor niemal nie podskoczył w miejscu słysząc skierowane do niego słowa. Wziął głęboki oddech i ledwie słyszalnym głosem powiedział.
    -Nie...
    -Szlag mnie zaraz trafi!!!-Aleric właśnie teraz wpadł w szał-Nikt nic nie wie. Ragnar dał nam kilka dni na to aby przekazać raport z prac. Żaden z posiadaczy kamieni się nie odzywa chociaż podobno dostali wiadomość. Pieprzony zabójca także baluje czort wie gdzie a pieprzył głupoty że to banalne zadanie! Banda durni!
    Wrota do sali z cichym szuraniem się otworzyły i weszła pozostała trójka ,za nimi szedł jakiś wojownik. Oczy przybyłych rozszerzyły się z przerażenia gdy zobaczyli porozrzucane pergaminy po sali. Oraz czerwonego na twarzy Alerica, a piana w kącikach jego ust tylko potęgowała efekt grozy. Usiadł na krześle tylko po to by po chwili szybko wstać i cisnąć nim o ścianę. Krzesło rozsypało się w drzazgi, to że pochodziły od mistrzów stolarskich i kosztowały fortunę było małym drobiazgiem.
    -Uspokój się-spokojnie dobierając słowa ciągnął Bellen-złość jest zrozumiała, widzisz sam że to nowe dla nas wszystkich. Przeto nie wymagaj byśmy tajemnice z tysięcy lat rozwiązali w ciągu dnia...
    Przeklęty i zarozumiały starzec ,pomyślał Aleric, już miał poczęstować go ostrymi słowami ale odezwał się Turegor, ten jako chyba jedyny nie okazywał strachu przed szalejącym lordem.
    -Mamy nieco ciekawych informacji, myślę że chociaż to ostudzi twój zapał w niszczeniu całego zamku.
    -Niech gada sam posłaniec, jeśli to będą złe wiadomości urwę mu łeb!
    Na te słowa młody posłaniec szybko chciał opuścić sale ale drogę zastąpiło mu dwoje huskarli z obnażonymi toporami. Nawet fakt że był blady i po policzku spłynęła mu jedna łza wcale nie ruszał zdenerwowanego lorda.
    Sale wypełniła cisza a posłaniec przełknąwszy śline zaczął zdawać raport...



    ***************************************

    I tym sposobem kończy się dziesiąty rozdział. Wiem że nawet i taki tekst jest mały na jeden rozdział w książce z prawdziwego zdarzenia. Ale ja dla waszego i mojego ułatwienia dzielę poszczególne części aby łatwiej śledzić losy "bohaterów " tej opowieści. Po ankiecie widzę że większość jest na tak, więc tym bardziej będę kontynuował opowiadanie.I wątpliwe bym miał je porzucił. Wiem ze momentami zdaje się być przy nudnawo. Jak np.ostatnie zdarzenie  u lorda Alerica. Ale fabuła się rozkręca i nawet takie mało zdawać by sie mogło zdarzenie owocuje później.
    Cieszę się że nadal czytacie,i dziękuje za każde słowa poparcia. Krytykę także przyjmuję ale powiedzmy sobie szczerze...już nie tak entuzjastycznie;)
    « Ostatnia zmiana: Października 27, 2011, 13:25:27 wysłana przez Aldred »
    Zwycięstwo nie wymaga tłumaczenia,porażka na nie nie pozwala.Wymówki to schronienie dla słabych.-Wielki Książe Ostlandu Hals von Tasenick.

    http://adi88pl.wrzuta.pl/audio/88OeZEtUsq1/kingdom_of_trance_nev_year_2012_adi_mix
    Pora promować muzykę trance i swoją twórczość;)

    Offline proud

    • Użytkownik
    • Wiadomości: 3264
    • Piwa: 4
    Odp: "Calradia,kraina straconych szans"powieść.
    « Odpowiedź #35 dnia: Października 27, 2011, 13:04:42 »
    Napisałeś 153 tys. znaków ze spacjami. :) Przyjmując wartość 1650 na znormalizowany druk - jedna strona w książce drukowanej - wychodzi z tego ok. 90 stron druku, czyli 45 pełnych (dwustronnie zadrukowanych) kartek.

    Offline Theoden

    • Użytkownik
    • Wiadomości: 309
    • Piwa: 2
    • Płeć: Mężczyzna
    Odp: "Calradia,kraina straconych szans"powieść.
    « Odpowiedź #36 dnia: Października 28, 2011, 12:40:42 »
    To jeśli chciało Ci się liczyć, to może u mnie mógłbyś przeliczyć ile to jest. :p

    Offline Aldred

    • Użytkownik
    • Wiadomości: 542
    • Piwa: 16
    • Płeć: Mężczyzna
    • No Trance No Life.....
    Odp: "Calradia,kraina straconych szans"powieść.
    « Odpowiedź #37 dnia: Listopada 09, 2011, 10:19:56 »
    Rozdział 11


    Vord szedł do domu z farmy wuja, był zmęczony a jednak czuł radość. Dziś Selena miała przyjechać do niego, chciała odetchnąć od dworskiego życia. Po drodze minął Strensa który jak co wieczór był zalany, leżał w trawie śpiewając i machając do młodziana. Był piękny wieczór, ciepły i przyjemny, słychać było brzęczenie owadów. W końcu za pagórka ukazała się jego chata, jego przygarnięty kundel Kalin wybiegł przed niego radośnie szczekając.
    -Witaj Kalin, mam nadzieje że nie straszyłeś znowu kur pani Zeldy?
    Pies zaszczekał, Vord wiedział ze znowu jego pupil przeganiał biedne kury ,i znowu starsza pani odwiedzi go grożąc widłami. Ah, nie ma to jak powrót do domu.
    Otworzył drzwi, zdziwił się czując unoszący się w powietrzu zapach gulaszu, no tak, dał Selenie klucz, więc ona już tu była. Słyszał jak krząta się w drugim pomieszczeniu śpiewając po cichu. Szybko zdjął umorusane buty i wszedł do pokoju...
    -Obudź się! Dojeżdżamy!
    Vord obudził się zły jak nigdy, czyli to tylko sen...niech będzie przeklęty ten kto odebrał mu nawet sen.
    -Niebawem dojedziemy, poznaje te wzgórza, Yalen niedaleko.
    Rycerz niepomny gniewnego wyrazu twarzy Vorda ciągnął dalej.
    -Mam pytanie, z czystej ciekawości...co sądzisz o Izoldzie?
    Reszta więźniów skierowała swój wzrok na Vorda.
    -Czy to ważne? Nie mieszam się do polityki, nie obchodzi mnie także kto jest władcą w danym królestwie, byleby to był dobry król...
    -Nie odpowiadaj wymijająco proszę, chce znać twoje zdanie.
    Vord był nieco zbity z tropu, co ta wiedza mu dawała, wszak i tak nie miało to znaczenia, ale widząc przeszywający wzrok szlachcica odparł.
    -No cóż...według mnie jej roszczenia do tronu są jak najbardziej słuszne. Jej ideologia co do władania Swadią jest o wiele lepsza niż od starego Harlausa. Słyszałem jej przemowę kiedyś, poruszyła sercami tłumu.
    Kilku z więźniów cicho jęknęło, tak, za takie słowa mógł zostać stracony, jednak w obecnej sytuacji było to raczej nie możliwe. Rycerz pokiwał głowa na znak że rozumie i tyle mu wystarczy. Po kilku minutach powiedział jakby do siebie.
    -Król który zostawia swoje wojsko na pastwę wroga nie zasługuje na tron.


    Zabójca w trakcie przedzierania się przez las myślał o tym o czym zaczął w wiosce. Czy takie uganianie się za sławą ma sens w życiu? Tego nie wiedział, nie potrafił znaleźć żadnego argumentu. Nikt nie wpoił mu w dzieciństwie takich zasad, nie miał kochającej matki ani ojca. Nikogo kto mógłby go wychować, jako dziecko nie czuł takiej miłości, nic tylko ciągły stres,bul i upokorzenie. Jego dzieciństwo było bardzo okrutne, nie chciał wracać myślami do tamtych czasów, jednak nie sposób było odegnać takich myśli. Ojciec dzień w dzień wracał z kuźni zalany w trupa ,potem tłukł matkę i jego. Zupełnie za nic, dla samej zasady by przyjść do domu zlać żonie i syna. Potem wyjadłszy cały garniec obiadu szedł spać. Matka zawsze chowała część jedzenia na później by coś dla niej zostało. O nim jednak nie myślała, musiał sobie sam radzić. W wieku sześciu lat wysłano go na pola farmera Gregora. Tam za miskę kaszy z mlekiem harował jak wół, nikt nie interesował sie tym czy da rade wytrzymać w skwar i niepogodę. Był przecież dzieckiem, nie miał siły dorosłego...czasami padał między rządki by szybko sie podnieść po bacie bydlaka Gregora. Zresztą cała wioska była jednym wielkim piekłem. Jakieś swoiste dziwne prawo tam panowało. Raz na kilka miesięcy przyjechał jakiś szlachcic żądając podatku, potem normalnie jak zawsze. Zlał kilku losowych chłopów, jego ludzie zabierali na bok kilka dziewcząt. Wówczas mały Kris nie rozumiał po co, później zrozumiał widząc jak wracają zapłakane, niejedna miała liczne sińce.
    Gregor był jednak niczym w porównaniu z starszym wioski Wilaiamem Hugrak, był wcieleniem despoty i bydlaka.Zarabiał krocie z każdej karawany którą wysyłał do miast, miał poparcie u licznych możnych. Miał zupełnie wolną rękę w sądach które zresztą sądów nie przypominały. Kris pamiętał jak nie raz modlił się nocami o śmierć, po prostu chciał umrzeć, śmierć jednak nie nadeszła. Później gdy miał piętnaście wiosen i awansował na pomocnika w kuźni dowiedział się że jego matka nie była kupcem jak zawsze twierdziła. Stary kowal oświecił go w tedy, mówił ze jest kurtyzaną i oddaje sie mężczyzną za pieniądze. Potem niedowierzając Kris wypytał inne osoby, wszystkie twierdziły to samo. W końcu pewnego dnia jego..ojciec umarł, zapił się na śmierć, matka nie wróciła już z Suno i na odchodne kazała przekazać przez kowala że Kris jest już samodzielny i został dobrze wychowany. Co za cholerni kłamcy, kazać dziecku pracować w polu jak dorosły to według nich dobre wychowanie? Czy tak postępują rodzice ze swoimi dziećmi? Nic w chacie nie zostawili, brudne szmaty, rozlatujące sie meble i kuchenny nóż. Oto cały spadek dla syna, cała spuścizna po ojcu i matce. Ojca zresztą nie miał sił pochować jak należy, oddał meble kilku pijakom z którymi pijał jego zasrany ojciec, pochowali go. Na pogrzebie byli tylko oni i nikt więcej. Nikt nie przyszedł odwiedzić samotnego Krisa, siedział w chacie sam jak palec, nawet już nie płakał, brakło mu łez. Nie opłakiwał ojca i matki bo nie byli tego warci ,opłakiwał swoje życie. Był pod podziwem że mimo lat męczarni nie umarł czy chociażby zachorował. Życie drwiło z jego przeszłości, z czasem spotkał Glerna...
    -Kris? Jak myślisz co właściwie się działo w wiosce?
    -Nie wiem, nic dobrego to pewne. W całym moim życiu...życiu...
    Znowu fala wspomnień go uderzyła, przeklęta przeszłość. Aż tak bardzo odbiła się na jego psychice by do tego stopnia go dręczyć? Pomału zaczynał się domyślać skąd w nim napady agresji i szału...Zastanawiał się jak to by było mieć normalne dzieciństwo  z normalnymi rodzicami.bez zmartwień, biedy, by kłaść się wieczorem spać z pełnym brzuchem, z uczuciem tak trywialnym jak sytość. Jak by to było gdyby wieczorami zasiadł z rodzicami przy kominku słuchając opowieści, gdyby tak mały Kris mógł zasnąć w ramionach matki...Nigdy czegoś takiego nie doświadczył, ani raz nie usłyszał od nich tak prostego a jednocześnie znacznego słowa...kocham cie...
    -Bo ja tak myślę-odparł Kastil ciągle trzymając się za rękę-że to był koszmar na jawie, rozumiesz, czasem dzieją się rzeczy na prawdę które są tak bardzo nierealne, rozumiesz Kris? To koszmar...
    Kris rozumiał tylko tyle ze koszmar to określenie tego co przeżył. I wątpił by w całej Calradii ktoś przeszedł równie marne dzieciństwo. Chociaż kto wie? Ile na świecie jest podobnych zwyrodniałych rodziców którzy traktują dzieci jak narzędzia? Widział nieraz na ulicach Halmaru czy nawet Praven małe umorusane dzieci, biegały jak bezpańskie psy po ulicy. Prosząc o cokolwiek do jedzenia ,błagając by na moment przystanąć, porozmawiać. Wówczas Kris był zupełnie...zaślepiony zadaniem? Nieważne, zawsze jednak przechodził obok udając ze nie widzi małych istot które wyciągały błagalnie rączki wołając o pomoc. Pomoc której nikt i jemu nie udzielił gdy był mały. I on sam stał się takim "Gregorem", może nawet gorszy, bo mordował i kradł za pieniądze. Zyskując szacunek u podobnych jemu, pnąc się na szczyt gildii, samo to słowo gildia, było takie...puste .Niczego tak naprawdę nie określało, nie przedstawiało żadnej wartości. Teraz tak sobie pomyślał że więcej by zrobił pożytku dla świata gdyby zerwał z tym wszystkim ,i bezinteresownie zaczął pomagać. Wiedział że i tak na zawsze zostanie przesiąknięty złem, niegodziwością. Ale czy na prawdę to była tylko i wyłącznie jego wina? Człowiek podobno ma szanse by się zmienić choć wielu w to nie wierzy, nawet tak na prawdę Kris...
    -Słyszysz? Konwój niedaleko, pospieszmy się.
    Kris spojrzał w kierunku w który pokazywał Kastil, faktycznie, miedzy drzewami mignęły wozy. Cały tabor wydawał się spory, i możliwe ze jest tam Vord...No właśnie, i czy teraz jest szansa na to by faktycznie się zmienić? Czy błaha błyskotka jest warta śmierci młodego człowieka? Czuł jeszcze w głębi poczucie do zadania  ,wiedział że lepiej dla niego by było gdyby go wypełnił, z drugiej strony ta chęć zmiany.
    Szybko pokonali ostatnie zarośla wychodząc na trakt. Kris osłupiał, wozów z więźniami było mnóstwo, ochrona także była liczna. Co właściwie powinien teraz zrobić?
    -Chodź przyjacielu, trzeba znaleźć dowódce taboru i zdać raport.
    Kris poszedł za towarzyszem, po drodze mijali wozy, w środku w tragicznych warunkach siedzieli jeńcy. Większość okrutnie pocięta, niektórzy zupełnie stracili blask życia w oczach, zabójca nigdy nie rozumiał wojen. Odruchowo spojrzał w stronę jednej z klatek ,przystanął, był tam Vord. Teraz najwyraźniej drzemał, ale to na pewno on. Co teraz, jak powinien postąpić. Ponaglony przez Kastila ruszył dalej. Przed nim ujrzał strażnika który pił z bukłaka, obok wyciągając ręce z klatki ,jeden jeniec głośno prosił chociaż o łyk wody.
    -Zamknij ryj śmieciu, nie zasługujesz na wodę!
    -Błagam, nic nie piłem od wczoraj...proszę, tylko łyk...
    Jeniec był w sile wieku, jednak twarz miał już wymizerowaną, przez czoło biegła mu paskudna rana prawdopodobnie po cięciu mieczem. Reszta straży udawała że nic nie widzi, nawet Kastil szedł dalej. Kris jednak przystanął mierząc gbura spojrzeniem.
    -Na co się gapisz? Wracaj do swojego zajęcia.
    -Dasz mu się napić opasła świnio albo połamię cie w kilku miejscach...
    Okoliczni strażnicy wybuchli śmiechem, kilku jeńców głośno wyrażało swoja aprobatę .Grubas jednak udawał że takie słowa nie robią na nim wrażenia .Podłubał w nosie i wytarł smarki o kurtę zabójcy, z pieczołowitością je rozsmarowując. Zapadł cisza ,Kastil przystanął i z przerażeniem spoglądał na rozwój wydarzeń.
    -Słuchaj-spokojnie i powoli mówił Kris-Teraz na dodatek będziesz czyścić kurtę połamanymi rękoma. Ostatni raz mowie, daj wody więźniom.
    Gruby znowu zaczął dłubać w nosie, ale Kris już nie dał mu okazji do ponownego ośmieszenia. Chwycił go za rękę i z całych sił rąbnął nim o wóz. Straznik zalał się krwią ,Kris podał wode więźniom, tamci podziękowali mu .Z tyłu odezwał się inny strażnik.
    -Będziesz wisieć za to, zdam raport dowódcy i zawiśniesz!
    Po chwili Kris siedział w wozie z innymi więźniami, oskarżony o zdradę i niesubordynacje. Nim wrzucono go do klatki srogo go pobili, nie chciał w tedy już stawiać oporu. Kastil prosił o łaskę dla niego , dowódca jednak z uwagi na wcześniejszy czyn Krisa w wiosce nie powiesił go na miejscu. Nadchodził kolejny dzień, mroźny wiatr owiewał okolice, wszędzie panowała cisza, nawet ptaki nie śpiewały, czyżby jakieś nadludzkie moce obserwowały Krisa,to co zrobił i zaczęły go...opłakiwać? Postanowił że do końca będzie już tym dawnym Krisem, odrzucił przecz pamięć o gildii. W końcu przyszedł czas pokuty...


    Samotny lord jechał na wycieńczonym białym rumaku. Błyskawicznie skręcił na wielkim trakcie w kolejne zarośla. Mrok powoli ustępował, daleko lśniło słońce, jego blask objął oblicze jeźdźca. Oczy popuchnięte ,włosy zmierzwione przez wiatr, ubranie w licznych miejscach było potargane. Kawałki zbroi cudem utrzymywały sie na miejscu.
    Plais ledwie dał rady jechać, coraz częściej usypiał by za chwile znowu otworzyć oczy. Gdyby nie strach przed pościgiem dawno legną by w trawie i zasnął. Jednak na taki luksus nie mógł sobie pozwolić, musiał jak najprędzej dotrzeć do Swadii. Ciekawiło go co z Haringothem, czy już umarł? Fakt, był typem twardego sukinsyna ale czy nawet to dawało mu szanse przetrwać? Po prawej mignął blask, jakby pochodni, potem kolejne, chwile potem usłyszał liczny płacz. Zatrzymał rumaka, zwierze jednak było zbyt wycieńczone i runęło na ziemie, już się nie podnosząc .Plais szybko uwolnił się spod konia i schował się za drzewem, ku jego uldze to nie byli wrogowie. Spora grupa chłopów ze swoim dobytkiem wędrowała przez las. Na ich czele zobaczył młodego żołnierza , jego ubiór mówił mu że to wojownik ze swadii. Lord wyszedł im na przeciw, cała grupa zatrzymała się, młody szybko podbiegł do niego .
    -Panie ratuj...coś zaatakowało wioskę, zmierzamy do Suno.
    -W takiej grupie nie mamy szans szybko uciec, dajcie mi konia jucznego.
    Żołnierz otwarł szerzej oczy jakby nie mógł uwierzyć co właśnie teraz usłyszał.
    -Panie...chcecie nas zostawić??
    Kilka kobiet zaszlochało, jakieś dziecko płakało głośno. Banda wieprzów, pomyślał, myślą że lord będzie ich niańką? Ich niedoczekanie ,podszedł to konia, szybko pozbył się juk i wsiadł na konia.
    -W pojedynkę szybciej dotrę do Suno, sprowadzę pomoc.
    Młody zastąpił mu drogę, ręce mu drżały ,z zimna lub strachu, tego Plais nie mógł ocenić.
    -Kto ochroni tych ludzi? Jestem rekrutem, nie dam rady sam walczyć, spójrz panie.
    Wskazał ręką na grupę chłopów, jakaś kobieta tuliła niemowlę do piersi śpiewając pod nosem uspokajającą melodie. Dalej jakiś starzec opierał się na lasce, obok niego szedł mały kundel. Wszyscy skierowali swój błagalny wzrok na lorda.
    -Są tu kobiety, dzieci i starcy, kilka osób będzie w stanie walczyć gdy nas znowu to ...coś zaatakuje. Miej litość i bądź z nami, błagamy.
    Przez moment już nawet miał zostać, jednak nie uśmiechało mu się ginąć gdy cokolwiek ich zaatakuje. Nie było przy nim grupy żołnierzy, nie miał pod sobą wojska z prawdziwego zdarzenia. Sam jeden miał ich chronić? W imię czego? Ich problem czy zdążą dojść do Suno, on tylko najwyżej wyśle przed nich patrol, tak, tyle może dla tej biedoty zrobić. To i tak za dużo jak na chłopstwo ,no cóż, niech znają jego wielką łaskę.
    -Z drogi chamie! Śmiesz mi mówić co powinienem zrobić?? Jestem wielkim lordem królestwa Swadii, poddanym króla Harlausa!
    I teraz zaświtał mu pewien plan.
    -Poza tym, król kazał mi niezwłocznie udać się do Suno!
    Żołnierz chyba chciał coś powiedzieć ale nic takiego nie zrobił, zwiesił głowę i przepuścił Plaisa. Ten błyskawicznie ruszył, jeszcze trochę i będzie w Suno, ile człowiek musi się namęczyć by zrealizować swoje cele. W duchu życzył Haralusowi by zginął, jak i większość lordów, a w tedy? Ten kto wraca w chwale do Swadii obwieszczając że jest jedynym ocalałym zasługuje na tron. Morze i się troszkę zapędził w marzeniach ale czy były one aż tak odległe. Kto wie co tak na prawdę dzieje się gdzieś daleko za nim...


    Lord Aleric wziął po raz kolejny zamach kilofem, uderzył w kamień. Znowu nic, przeklęte dwa kamienie, nie chciały ustąpić. Gdy reszta udała się na spoczynek po wysłuchaniu raportu on został sam. Był wściekły i całą noc tłukł w ten kamień,bez rezultatu. Cholerni inżynierzy mieli racje, kilof tu nie pomorze. Usiadł opierając sie o wrota ,ciężko dyszał. Wyciagnoł pergamin z raportem i po raz chyba setny czytał.
    "Nadal brak odzewu ze strony posiadaczy kamieni. Wynajęty zabójca widziany w barwach swadii zmierzającej na wschód. Liczne doniesienia z wiosek o ataku nieznanego wroga. Doszczętnie spłonęło Ryibelt i nie był to najazd ,w Halmar giną ludzie w nocy. Vaegirowie żądają wyjaśnień  ,doszło do nich na dwór że nordowie knują jakiś spisek."
    W sumie nic takiego ale jednak Aleric był zły ,gdyby nie Bellen zabiłby na miejscu posłańca. Co miał teraz robić, o ile posiadacze kamieni w końcu odpiszą lub się zjawia o tyle ten chłystek który omamił jego córkę nadal ma kamień. Zabójca zdaje sie nie jest tak dobry jak o nim mówiono ,no cóż, napisze do odpowiedniej osoby. I chyba czas użyć bardziej bezpośredniej taktyki, czas odnaleźć córkę o ile ta żyła jeszcze. To jedyny sposób na to by Vord tu przybył z kamieniem. Sen poczeka, musi teraz wysłać odpowiednie zadania do zaufanych ludzi. Powoli tracił cierpliwość i nerwy. Energicznie wstał i krzyknął.
    -Przyprowadzić kuriera z gołębiami, flaszka wina i dziewkę, migiem!!!
    Zwycięstwo nie wymaga tłumaczenia,porażka na nie nie pozwala.Wymówki to schronienie dla słabych.-Wielki Książe Ostlandu Hals von Tasenick.

    http://adi88pl.wrzuta.pl/audio/88OeZEtUsq1/kingdom_of_trance_nev_year_2012_adi_mix
    Pora promować muzykę trance i swoją twórczość;)

    Offline Aldred

    • Użytkownik
    • Wiadomości: 542
    • Piwa: 16
    • Płeć: Mężczyzna
    • No Trance No Life.....
    Odp: "Calradia,kraina straconych szans"powieść.
    « Odpowiedź #38 dnia: Listopada 09, 2011, 15:32:00 »
    Przepraszam za  post pod postem.Ale mam pytanie dla tych co czytają.Jak myślicie dać więcej akcji czy jednak takie "wspomnienia" bohaterów jak i czasami zdarzenia spokojne są jak najbardziej na miejscu. Pytam bo chcę jakoś wam pomóc w zrozumieniu postaci,chyba że ten zabieg tylko stwarza opowiadanie nudnym?Nie chcę robić z tej opowieści typowej "siekaniny" chociaż i tak według mnie sporo w nim walki;/
    Zwycięstwo nie wymaga tłumaczenia,porażka na nie nie pozwala.Wymówki to schronienie dla słabych.-Wielki Książe Ostlandu Hals von Tasenick.

    http://adi88pl.wrzuta.pl/audio/88OeZEtUsq1/kingdom_of_trance_nev_year_2012_adi_mix
    Pora promować muzykę trance i swoją twórczość;)

    Offline Netoman

    • Bajkopisarz
    • Użytkownik
    • Wiadomości: 1736
    • Piwa: 162
    • Płeć: Mężczyzna
    Odp: "Calradia,kraina straconych szans"powieść.
    « Odpowiedź #39 dnia: Listopada 11, 2011, 17:36:22 »
    Według mnie, nie powinieneś pytać innych o zdanie.
    Tzn. Pytaj, ale nie bież tego za bardzo do siebie.

    Rób tak jak uważasz jest bardzo dobrze.

    Offline Aldred

    • Użytkownik
    • Wiadomości: 542
    • Piwa: 16
    • Płeć: Mężczyzna
    • No Trance No Life.....
    Odp: "Calradia,kraina straconych szans"powieść.
    « Odpowiedź #40 dnia: Listopada 18, 2011, 12:59:05 »
    Kolejny "dodatek" zanim wstawię kolejną część.
    'Keleber wielki uczony z Halmar.
    Mineło parę dni, nie mam sił już,problem nie jest już tak oczywisty jak pisałem w pierwszej wiadomości. Nie wygląda to już na plagę ani na bunt. Żadna z moich teorii nie ma najmniejszej szansy być prawdziwa. Byłem w Ryibelt, swoja drogą tylko dlatego ze miałem naprawdę szybkie konie,i wymieniałem je co stanice. Nieważne. Widok jaki tam zastałem był...był...brak mi słów by to opisać. Jak już wspominałem wiele widziałem, ale to co się musiało stać w tej wiosce było obłędne. Nie przypominało to efektu najazdu, nawet przestępcy działają według jakiegoś tam schematu. Skąd więc te wnioski? Z wioski nic nie skradziono, nawet bydło w zagrodzie nie zginęło, za to nie było nikogo żywego. Ani jednego ciała, chociaż wraz z moimi ludźmi dobrze przeszukaliśmy każdą chatę. Nic, owszem ślady krwi były wszędzie, ale dlaczego nie było ciał??
    Nie wiem sam już co to jest ,pierwszy raz się z tym spotykam, ludzie  z mojej wyprawy zaczynają panikować, kilku uciekło ubiegłej nocy. Morale upada, i nie wiem jak długo będę w stanie kontynuować te jakże dziwne badania. Niby czego miałbym szukać? Pragnę także sprostować jedną rzecz, mój szalony przyjaciel o którym tak źle pisałem....nie powinien być zabity. Trzeba się z nim skonsultować, nawet jeśli szalony to nadal może coś wiedzieć więcej. Możliwe ze przez wiedzę jaka nabył oszalał. Czy to nie świadczy o bardzo nieciekawej sytuacji? Myślę że lepiej zaniechać ofensywy ,oczywiście to pokorna sugestia. Jeśli to jakiś nowy wróg...to naprawdę lepiej być ostrożnym i zaplanować wszystko, nowe tereny powinny poczekać.
    Mam zamiar udać się na dwór Lorda Alerica o którym wspominał mój przyjaciel, jeśli to prawda o tym co pisał...możliwe że Aleric wie coś na ten temat. Tylko dlaczego to zataja? Jeśli to zagrożenie dla każdego królestwa to każdy powinien sie o tym dowiedzieć. Byłem zadufanym w sobie uczonym, tak,teraz chcę naprawić mój błąd i szukać prawdy.
    Nie mam pojęcia ile przyjdzie mi jej szukać ani czy w ogóle ja odnajdę, ale taki sobie obrałem cel. Przepraszam przeto wszystkich z uczonych i Ciebie o Wielki Chanie. Kazałeś mi szukać odpowiedzi, tak więc czynie. Pragnąłbym abyś nie przysyłał mi więcej lansjerów, lordowie z innych królestw będą snuć niepotrzebne domysły. Mam kilkunastu zaufanych ludzi, którzy obiecali nie dezerterować.
    Mam nadzieje i to wielką że Lord Aleric będzie skory do współpracy. Martwi mnie ostatnia sprawa...
    Czy nikt nie zauważył że dni są coraz krótsze?? Jest to bardzo zauważalne, pogoda swoją drogą,ale ta...zmiana? Jest nad wyraz dziwna. Błagam aby nie wyruszać na sarranidów dopóki nie rozwiąże tej sprawy. Następny list wyslę po rozmowie z owym nordyckim lordem.
    Niech sława stepu będzie z wami.
    Keleber."
    Zwycięstwo nie wymaga tłumaczenia,porażka na nie nie pozwala.Wymówki to schronienie dla słabych.-Wielki Książe Ostlandu Hals von Tasenick.

    http://adi88pl.wrzuta.pl/audio/88OeZEtUsq1/kingdom_of_trance_nev_year_2012_adi_mix
    Pora promować muzykę trance i swoją twórczość;)

    Offline Lord Typhoon

    • Użytkownik
    • Wiadomości: 194
    • Piwa: 2
    • Płeć: Mężczyzna
    • a.k.a. Tajulek
    Odp: "Calradia,kraina straconych szans"powieść.
    « Odpowiedź #41 dnia: Listopada 19, 2011, 16:42:14 »
    Jest super! Aldredzie, sprawdź skrzynkę. ;)

    Offline Aldred

    • Użytkownik
    • Wiadomości: 542
    • Piwa: 16
    • Płeć: Mężczyzna
    • No Trance No Life.....
    Odp: "Calradia,kraina straconych szans"powieść.
    « Odpowiedź #42 dnia: Listopada 25, 2011, 12:36:06 »
    Rozdział .12.


    Mury Yalen były już bardzo dobrze widoczne, słońce które właśnie wschodziło bardzo dobrze oświetlało mury. Wysokie wieże stały niewzruszenie, zdawać się by mogło że gotowe z daleka dostrzec zagrożenie. Brama była ogromna, większa niż zwykło się widywać w Swadii. Po drodze mijali chłopów zmierzających ze swym dorobkiem do i z miasta. Liczne patrole stale mijały tabor, Vord czuł się bardzo nieswojo w tym miejscu. Nie był przyzwyczajony do takiego tłoku, zgiełku codziennej ludzkiej gonitwy. Wolał żyć bardziej na uboczu, z daleka od tego wszystkiego. Fakt że jechał do miasta w charakterze więźnia wcale nie polepszał mu nastroju. Widział ludzi którzy z pogardą spoglądali na jeńców, jakby oni nie byli ludźmi.
    -No to jesteśmy u bram naszego przeznaczenia.
    Powiedział stary rycerz, nie wyglądał na szczególnie podminowanego czy użalającego się nad swoim losem. Był nad wyraz energiczny. Młodzieniec nie mógł pojąć skąd w ludziach takie nastawienie. Młody chłopak, żałobnik po ojcu wyglądał przez kraty na okolice, chłonąc każdą rzecz jaką zobaczył. Może chciał się jeszcze nacieszyć przestrzenią?
    Gdy minęli bramę Vord całkowicie wpadł w depresje, czuł jak niewidoczne kajdany splatają jego ręce, jak pętla zaciska się na szyi.
    Po drodze widział młoda parę spacerującą po ulicy, widać było ze są zakochani w sobie. Vord westchnął głośno, sam mógłby być takim szczęśliwym człowiekiem u boku Seleny. Zastanawiał się czy ona dalej żyje, czy odnalazła jego wuja. Tyle niewiadomych, nie miał jak się tego dowiedzieć. A przez kogo? Hreth i jego pomysł na najemniczą służbę, i jak szybko wpadli na ten durny pomysł tak szybko trafili do niewoli. Możliwe że tylko on jako jedyny przeżył tamtą bitwę. I tyle jeśli chodzi o pomoc, trafił do niewoli zamiast jakoś przedostać się do Khanatu.
    Jeden z więźniów zaczął głośno narzekać na swój los bijąc przy tym głową w kraty.
    -Zamknij się już.
    Odparł Vord, mierziło go takie zachowanie, swoje żale mógł zostawić dla siebie. Tamten nawet nie spojrzał w jego stronę, dalej tłukł łbem o kraty ciągle mówiąc.
    -Dlaczego? Dlaczego tu jestem? Jestem tylko zwykłym szeregowcem, nic nie wiem, wypuście mnie błagam.
    To trwało aż do momentu gdy dojechali do cytadeli. Konwój zatrzymał się , zewsząd szli do nich żołnierze. Dowódca taboru zamienił kilka słów ze strażą i odszedł poza zasięg wzroku.
    Straż bezceremonialnie wywlekła więźniów z klatek i ustawiła w długi rzad, każdemu skuto kajdanami dłonie i nogi. Przed nimi był drewniany podest na który wdrapał się jakiś człowiek ubrany w prosty ubiór ,poprawił kołnierz po czym ochrypłym głosem zaczął przemowę.
    -Jestem Wilhem Rakrat, zarządca lochów w tym mieście. Zasada jest prosta, ja każe, wy słuchacie. Po drugie, jesli macie kogoś kto może was wykupić z niewoli to bez obaw. Roześlemy wasze imiona i nazwiska po miastach co by was mogli znaleźć krewni czy przyjaciele. Ostatnia rzecz...witajcie w naszych lochach!
    Nadzorca parsknął jakby ostatnie zdanie było jego najlepszym dowcipem. Poprawił znowu kołnierz i skinął na straż. Bez żadnej taryfy ulgowej dla rannych wepchnięto ich za bramę cytadeli. Przed oczami jeńców rozciągał się zapierający dech w piersiach widok. Zamek zaiste był sercem miasta. Był wysoki, widać było gdzieniegdzie świeżą zaprawę murarską. A więc dbano o to miejsce bardzo, dzisiaj wielu lordów nie dbało już o stan swojego dworu. Przeprowadzono ich przez plac główny i skręcili przez okalający zamek park w którym pracowało wielu ogrodników. Dalej dwie damy zrywały róże, gdy zoczyły więźniów zaczęły chichotać i wytykać palcami. Vord nawet  stąd słyszał wiele niemiłych słów, jacy oni brzydcy, brudni. Odwrócił wzrok i wpatrywał się w niebo, możliwe ze ostatni raz je ogląda.
    W końcu doszli na tyły zamku, skierowano ich po stromych schodach na dół, wejście do lochów było małe. Beznamiętne wyrazy twarzy strażników wpatrywały się w nich,pytanie czy współczuli im czy wręcz złorzeczyli? Napis nad wejściem przykuł uwagę Vorda nim zniknął w ciemności..."Życie to tylko puste słowo"...


    Swadiański lord powoli wspinał się w górę stoku. Co parę kroków zataczał się by potem znowu odzyskać równowagę. Wylał z bukłaka resztki wody na głowę,przetarł spuchnięte oczy, poprawił zmierzwione włosy i dalej kontynuował mozolna wędrówkę. Daleko za nim koń juczny pędził daleko w bezkresną dal.
    Przeklęte konie, zwykłe szkapy płoszyły się z byle powodu, pomyślał Plais. Był głodny, zmęczony i niewyspany. Zbroja ciążyła mu okropnie ale wolał jej nie zdejmować,nie wiadomo było czy jeszcze nie spotka wroga. Z drugiej strony wątpił by mógł stawić jakikolwiek opór, miecz służył mu teraz za laskę, podpierał się na nim. Był cały wyszczerbiony i umorusany błotem.
    Jeden zły krok i upadł w gęstą trawę, nie wstawał, usiadł i spojrzał w kierunku w którym dokonała się masakra armii Harlausa. Ciekawiło go czy ktokolwiek przeżył, ilu baronów zginęło, czy sam król nie poległ. Przede wszystkim co z Haringothem, może leży gdzieś tam daleko dalej oparty o drzewo. Zimny, bez tchu...całkowicie martwy.
    Nie miał planu co zrobi gdy dotrze do Suno, nie miał ochoty nawet teraz myśleć. Położył się pozwalając zbolałym mięśniom odpocząć. Patrzył w niebo, chmury leniwie wędrowały, słońca nie było widać, skryło się gdzieś .Delikatny wiatr owiewał mu twarz. Było niebywale spokojnie, baron postanowił ze nic się nie stanie jeśli na moment się zdrzemnie.
    Nim zdążył zapaść w sen jego twarz przysłonił cień, pewnie znowu chmury , pomyślał.
    -Wstawaj!
    Plais momentalnie się zerwał i spojrzał na człowieka przed nim, to był jeden z najemników. Sięgnął po miecz by po chwili zorientować się ze ma go owy człowiek.
    Co on tu robił, czyżby także uniknął śmierci uciekając do swadii? Głupiec chyba nie wiedział że za dezercje jest kara śmierci, ale o tym sie dowie jak będą w Suno. Szybko się poprawił, próbując ze wszystkich sił wyglądać na niezmordowanego i diabelnie pewnego siebie. Z kolei intruz stał splatając ręce na piersi. Był posiniaczony i krwawił z wielu miejsc, włosy miał rozczochrane. Nim baron zdołał wreszcie wykrztusić z siebie cokolwiek dostał w twarz szybkim ciosem z pięści. Ponownie rozłożył się na ziemi, chwilowo wszystko wirowało mu w głowie, nie mógł się poruszyć.
    -Ponoć miałeś nami dowodzić,tak? To wytłumacz mi pieprzony gogusiu co to była za taktyka, gdy ty uciekasz a my zostajemy by bronic twoje dupsko?
    -Słuchaj, dostałem rozkaz...ja także komuś podlegam, gdyby to ode mnie zależało to zostałbym z wami walczyć do końca...
    Chyba nie trafiony argument, pomyślał, najemnik pokiwał głową na znak że się z tym nie zgadza, splunął przed nim i ochrypłym głosem zaczął mówić.
    -Jakoś mnie to nie przekonuje, rozkaz króla był idiotyczny, na szybko coś wymyślił bo przez swoją głupotę dał się zaskoczyć w obozie. Z kolei dowiedziałem się co nieco o tobie, o tym jakim człowiekiem jesteś. Przez ciebie moi ludzie trafili w niewole...przynajmniej mam taką nadzieję, za każdego martwego dzień tortur...a uwierz...jestem cholernie nieobliczalny. Myślałeś ze jesteśmy durniami?? Że niczym banda chłopów pójdziemy za tobą w paszcze niedźwiedzia?? Otóż nie, miałem cie na oku od początku, skrupulatnie sobie wszystko obmyślałem. I mam propozycje ,od twojej odpowiedzi zależeć będzie czy będziesz żyć dalej.
    Baron oblał się zimnym potem, powoli wstał niepewny czy ten narwaniec znowu go nie powali. Nie mógł uwierzyć że teraz nie potrafi wybrnąć z tego bagna. Zawsze miał jakiś sposób, zawsze sprawnie manipulował słowami, jednak z tym tu będzie ciężko cokolwiek wytargować, dobrze a zatem zagra w jego gierkę, a nóż sam się potknie i przyzna mu racje. W końcu kto tu był wysoko urodzony?
    -Dobrze, jaka to propozycja? Pamiętaj że mimo wszystko jestem baronem królestwa Swadii...
    -Masz dość pieniędzy, w całym życiu nigdy ich nie wydasz, zapłacisz okup za każdego najemnika ode mnie. Za resztę wykupisz tylu ile się da.
    Tego już za wiele, ta łachudra chciała go tak perfidnie okraść, i głupiec myśli że jak dotrą do Suno to on ot tak mu wyda pieniądze? Grubo się myli, właśnie sam wpadł w swoją durna pułapkę. Wystarczy że się zgodzi, razem dojadą do miasta i u podatnika zacznie wypłacać...do tego czasu straż go pojmie. Idiota, ktoś kto jest lordem nie da się łatwo oszukać czy też omamić. W takim starciu biedota nie miała żadnych szans.
    -Dobrze, z radością wykupię twych ...ludzi. Mam za dużo pieniędzy by je chować dla siebie. Zatem wyruszajmy czym prędzej do Suno.
    Najemnik roześmiał się, gdy wreszcie się uspokoił wciąż rozbawionym tonem powiedział.
    -Zaczekamy tu, twoje pieniądze niebawem tu się zjawią, miło że się zgadzasz.
    -Jak to?? Przecież trzeba okazać pieczęć.
    -A jak myślisz, co robili moi ludzie w obozie gdy byłeś na zebraniu? Nie jestem głupi i już w tedy chciałem się zabezpieczyć na wypadek gdybyś chciał nas wykiwać.
    -Tego już za wiele, okradliście barona?? Za to grozi obcięcie obu dłoni, zresztą na niewiele się zda sama pieczęć, trzeba napisać odpowiednie pismo ,z podpisem!
    Ostatnie słowo Plais wyraźnie zaznaczył siląc się na ostry ton. Banda wieprzy chciała go pozbawić majątku. Czyż nie wycierpiał wystarczająco dużo? Stracił cały odział, następny nie prędko sformuje, spora część majątku szła na przekupstwa i inne sprawy. A teraz ktoś chce go dobić zabierając mu dobytek, nawet Harlaus nie był takim pazernym wężem.
    -O to się nie zamartwiaj, Livmer był skrybą swego czasu. Zawsze twierdził że nie ma podpisu którego nie potrafiłby podrobić. Wystarczyło tylko zerknąć na oryginał w obozie. Tak więc czekamy i idziemy wykupić naszych przyjaciół.
    W tym momencie Plais omal się nie rozpłakał, był bezradny, i po raz kolejny nie docenił najemników. Przechytrzyli go na długo zanim on sam chciał z nimi to zrobić. W duchu liczył na to że po drodze natkną się na swadian, a w tedy najemnicy zginą powolną śmiercią.
    Najemnik sięgnął do sporego wiklinowego kosza za nim, wysypał zawartość, sporo chrustu, popatrzył znacząco na barona.
    -Rozpal ognisko przyjacielu, chłodno dziś nieprawdaż?
    -Ja nigdy nie rozpalałem ogniska, zawsze miałem ludzi od tego.
    -To najwyższy czas byś się nauczył, byle szybko-potarł znacząco pięści-bo nie lubię marznąc.



    W sali zebrań panowała cisza, żaden z obecnych nie chciał jej przerywać, wszyscy czekali na ostatniego gościa.
    Aleric wypił kolejny kielich wina, potem sięgnął po dzban piwa by wychylić go od razu. Reszta tylko podziwiła ten pokaz.
    -Alericu sporo pijesz, wyspałbyś się wreszcie do porządku.
    Bellen, jako jedyny nic nie pił, siedział do tej pory w milczeniu przeglądając pergaminy.
    -Słuchajcie-wszyscy zwrócili wzrok na Alerica-Nie mamy nic konkretnego dla Ragnara, jeśli przyjedzie i będzie wypytywał, to do cholery nawet jak czegoś nie wiemy to starajmy się sprawnie kłamać. Nie chcę by ten furiant zrobił coś czego wszyscy będziemy żałować. Mam raport, przekażę mu go, do tego zdamy relacje z dotychczasowych dokonań.
    Wszyscy zrozumieli, nastąpiła cisza którą przerwał dźwięk otwieranych wrót. Do sali wkroczył król Ragnar, nie spoglądając na nikogo zajął miejsce na końcu stołu, wrota zastrzały się z hukiem.
    -Raport.
    Rzekł beznamiętnie monarcha, wszyscy nabrali wody w usta, cisza, Vordemor spojrzał błagalnie na Alerica. Ten westchnął, jak zawsze to on musiał brać cały ciężar na siebie. No cóż, tyle co wiedzą musi królowi wystarczyć, przecież nie są jasnowidzami. Pytanie co o tym wszystkim będzie sądził Ragnar. W końcu wstał, poprawił się, zrobił łyk wina i zaczął mówić...
    Po pięciu godzinach mordęgi król wstał.
    -Nie podoba mi się to, jeśli czegoś nie rozumiem lubię jak najszybciej to zrozumieć. Wiecie  właściwie co z tego wyniknie? Może to krypta dawnych władców? Skąd wiecie co robicie?
    -Panie-Bellen lekko drżącym głosem w końcu ku uciesze Alerica przemówił-Nie wiemy dokładnie ,sądzimy że ma to niejako związek z upadkiem cesarstwa. A więc można by rzec że to tylko odkrywanie przeszłości. Ale z chwilą gdy kamienie z wrót zaczęły być usuwane, zaczęły się dziać dziwne rzeczy o których już Wam wspominaliśmy. Nie wiemy zatem czy rozsądnie było by otwierać wrota.
    O nie, pomyślał podpity już Aleric, starzec teraz wmawiał królowi to co innym próbował. Nic,  tylko lepiej nie otwierać, durne zabobonne strachy. Musiał odpowiednio zareagować.
    -Bellen ma po części racje, jednak ja myślę że ktokolwiek te wrota zapieczętował na tak spory czas, chciał by kiedyś je otwarto. Czyż fakt że pochodzą one sprzed czasów upadku cesarstwa nie jest ekscytujący? Cóż złego może się stać gdy je otworzymy, przecież stamtąd nie wyskoczy armia wroga, bądźmy rozsądni.
    Turegor po wypiciu odpowiedniej ilości piwa w końcu nabrał pewności siebie do rozmowy z władcą.
    -Ale chyba zauważyłeś co się dzieje za każdym razem gdy usuwamy jeden kamień, jest coraz...coraz...dziwnie. Nie potrafię tego określić, ale ktokolwiek zabezpieczył tamto miejsce chciał by nigdy nie było otwierane. Z drugiej strony to myślenie może być jak najbardziej błędne. Myślę że sam król powinien to rozstrzygnąć.
    Nastąpiła wrzawa, Aleric kłócił się z Turegorem, starzec tłumaczył Vordemorowi a tamten ciągle podważał jego teorie. Ragnar uderzył pięścią w stół i zapanowała ponownie cisza. Zlustrował każdego na sali, wertował zapiski na temat wrót i sali .Oparł się o krzesło i pomasował się po czole.
    -Nigdy nie miałem z czymś takim do czynienia, skłamał bym mówiąc że zrozumiałem chociażby połowę z tego co mi przekazaliście. Jako że się na tym nie znam, pozostawiam tą kwestię wam, macie jakieś obeznanie, tylko jedna ważna rzecz. Zanim usuniecie ostatni kamień, chcę by po mnie posłano, muszę być świadkiem otwierania tych wrót. Zebranie uważam za skończone panowie.
    -Z całym szacunkiem, wiele lat byłem uczonym w królestwie Vaegirów i uczono nas byśmy nigdy nic pochopnie nie podejmowali. Zawsze należy wszystko dogłębnie zbadać, w tym przypadku nie mamy wielu rzeczy wyjaśnionych. I myślę że jeśli wyniknie z tego coś złego, Ty o panie będziesz najbardziej odpowiedzialny.
    Aleric niemal zastygł w bezruchu, starzec miał jaja aby zwracać uwagę królowi, na dodatek nie swojemu. Za wszelką cenę nie chciał dopuścić do zakończenia tego przedsięwzięcia.
    -Rzekłem, Bellen darzę cie szacunkiem, nawet sympatią, ale dajmy szanse na odkrycie prawdy. Nie martw się, nim wrota otworzymy będę mieć przy boku gwardie huskarli. Nic i nikt im się nie oprze, więc spokojnie.
    Gdy wszyscy opuścili sale, Bellen dalej siedział przy stole, miał dziwny wyraz twarzy, wpatrywał się w okiennice. Aleric wrócił się do niego, usiadł obok i poklepał po ramieniu.
    -Przykro mi przyjacielu ,ale sam widzisz że nawet Ragnar podziela moje zdanie. Odstaw strach na bok, jesteś rozsądnym człowiekiem, czego tak usilnie starasz się nie dopuścić do otwarcia wrót?
    -Wyjeżdżam, i to jeszcze dziś, nie chcę maczać w tym palców.
    -Jak to? Tak po prostu zostawisz nas samych?
    -Alericu... odszyfrowałem kolejny ustęp, zostawiam ci przetłumaczony tekst i oryginał, jak przeczytasz...sam zaniechasz dalszego działania.
    Przerwał, na chwile się zamyślił i cicho na odchodne odparł.
    -Rozpoczęliśmy coś co wszystkich nas zniszczy. Sami na siebie zesłaliśmy zagładę,wszystko przez niewiedzę Alericu...przez niewiedzę...

    CDN....
    Zwycięstwo nie wymaga tłumaczenia,porażka na nie nie pozwala.Wymówki to schronienie dla słabych.-Wielki Książe Ostlandu Hals von Tasenick.

    http://adi88pl.wrzuta.pl/audio/88OeZEtUsq1/kingdom_of_trance_nev_year_2012_adi_mix
    Pora promować muzykę trance i swoją twórczość;)

    Offline Gamevinci

    • Użytkownik
    • Wiadomości: 77
    • Piwa: 0
    • Być czy nie być?
    Odp: "Calradia,kraina straconych szans"powieść.
    « Odpowiedź #43 dnia: Grudnia 10, 2011, 09:26:01 »
    Kiedy następny rozdział?
    Nic mi się nie chce...

    Offline Netoman

    • Bajkopisarz
    • Użytkownik
    • Wiadomości: 1736
    • Piwa: 162
    • Płeć: Mężczyzna
    Odp: "Calradia,kraina straconych szans"powieść.
    « Odpowiedź #44 dnia: Grudnia 10, 2011, 11:59:51 »
    Kiedy następny rozdział?


    Kiedy przyjdzie wena.


    Aldred, moja propozycja jest wciąż aktualna