Rozdział 11
Vord szedł do domu z farmy wuja, był zmęczony a jednak czuł radość. Dziś Selena miała przyjechać do niego, chciała odetchnąć od dworskiego życia. Po drodze minął Strensa który jak co wieczór był zalany, leżał w trawie śpiewając i machając do młodziana. Był piękny wieczór, ciepły i przyjemny, słychać było brzęczenie owadów. W końcu za pagórka ukazała się jego chata, jego przygarnięty kundel Kalin wybiegł przed niego radośnie szczekając.
-Witaj Kalin, mam nadzieje że nie straszyłeś znowu kur pani Zeldy?
Pies zaszczekał, Vord wiedział ze znowu jego pupil przeganiał biedne kury ,i znowu starsza pani odwiedzi go grożąc widłami. Ah, nie ma to jak powrót do domu.
Otworzył drzwi, zdziwił się czując unoszący się w powietrzu zapach gulaszu, no tak, dał Selenie klucz, więc ona już tu była. Słyszał jak krząta się w drugim pomieszczeniu śpiewając po cichu. Szybko zdjął umorusane buty i wszedł do pokoju...
-Obudź się! Dojeżdżamy!
Vord obudził się zły jak nigdy, czyli to tylko sen...niech będzie przeklęty ten kto odebrał mu nawet sen.
-Niebawem dojedziemy, poznaje te wzgórza, Yalen niedaleko.
Rycerz niepomny gniewnego wyrazu twarzy Vorda ciągnął dalej.
-Mam pytanie, z czystej ciekawości...co sądzisz o Izoldzie?
Reszta więźniów skierowała swój wzrok na Vorda.
-Czy to ważne? Nie mieszam się do polityki, nie obchodzi mnie także kto jest władcą w danym królestwie, byleby to był dobry król...
-Nie odpowiadaj wymijająco proszę, chce znać twoje zdanie.
Vord był nieco zbity z tropu, co ta wiedza mu dawała, wszak i tak nie miało to znaczenia, ale widząc przeszywający wzrok szlachcica odparł.
-No cóż...według mnie jej roszczenia do tronu są jak najbardziej słuszne. Jej ideologia co do władania Swadią jest o wiele lepsza niż od starego Harlausa. Słyszałem jej przemowę kiedyś, poruszyła sercami tłumu.
Kilku z więźniów cicho jęknęło, tak, za takie słowa mógł zostać stracony, jednak w obecnej sytuacji było to raczej nie możliwe. Rycerz pokiwał głowa na znak że rozumie i tyle mu wystarczy. Po kilku minutach powiedział jakby do siebie.
-Król który zostawia swoje wojsko na pastwę wroga nie zasługuje na tron.
Zabójca w trakcie przedzierania się przez las myślał o tym o czym zaczął w wiosce. Czy takie uganianie się za sławą ma sens w życiu? Tego nie wiedział, nie potrafił znaleźć żadnego argumentu. Nikt nie wpoił mu w dzieciństwie takich zasad, nie miał kochającej matki ani ojca. Nikogo kto mógłby go wychować, jako dziecko nie czuł takiej miłości, nic tylko ciągły stres,bul i upokorzenie. Jego dzieciństwo było bardzo okrutne, nie chciał wracać myślami do tamtych czasów, jednak nie sposób było odegnać takich myśli. Ojciec dzień w dzień wracał z kuźni zalany w trupa ,potem tłukł matkę i jego. Zupełnie za nic, dla samej zasady by przyjść do domu zlać żonie i syna. Potem wyjadłszy cały garniec obiadu szedł spać. Matka zawsze chowała część jedzenia na później by coś dla niej zostało. O nim jednak nie myślała, musiał sobie sam radzić. W wieku sześciu lat wysłano go na pola farmera Gregora. Tam za miskę kaszy z mlekiem harował jak wół, nikt nie interesował sie tym czy da rade wytrzymać w skwar i niepogodę. Był przecież dzieckiem, nie miał siły dorosłego...czasami padał między rządki by szybko sie podnieść po bacie bydlaka Gregora. Zresztą cała wioska była jednym wielkim piekłem. Jakieś swoiste dziwne prawo tam panowało. Raz na kilka miesięcy przyjechał jakiś szlachcic żądając podatku, potem normalnie jak zawsze. Zlał kilku losowych chłopów, jego ludzie zabierali na bok kilka dziewcząt. Wówczas mały Kris nie rozumiał po co, później zrozumiał widząc jak wracają zapłakane, niejedna miała liczne sińce.
Gregor był jednak niczym w porównaniu z starszym wioski Wilaiamem Hugrak, był wcieleniem despoty i bydlaka.Zarabiał krocie z każdej karawany którą wysyłał do miast, miał poparcie u licznych możnych. Miał zupełnie wolną rękę w sądach które zresztą sądów nie przypominały. Kris pamiętał jak nie raz modlił się nocami o śmierć, po prostu chciał umrzeć, śmierć jednak nie nadeszła. Później gdy miał piętnaście wiosen i awansował na pomocnika w kuźni dowiedział się że jego matka nie była kupcem jak zawsze twierdziła. Stary kowal oświecił go w tedy, mówił ze jest kurtyzaną i oddaje sie mężczyzną za pieniądze. Potem niedowierzając Kris wypytał inne osoby, wszystkie twierdziły to samo. W końcu pewnego dnia jego..ojciec umarł, zapił się na śmierć, matka nie wróciła już z Suno i na odchodne kazała przekazać przez kowala że Kris jest już samodzielny i został dobrze wychowany. Co za cholerni kłamcy, kazać dziecku pracować w polu jak dorosły to według nich dobre wychowanie? Czy tak postępują rodzice ze swoimi dziećmi? Nic w chacie nie zostawili, brudne szmaty, rozlatujące sie meble i kuchenny nóż. Oto cały spadek dla syna, cała spuścizna po ojcu i matce. Ojca zresztą nie miał sił pochować jak należy, oddał meble kilku pijakom z którymi pijał jego zasrany ojciec, pochowali go. Na pogrzebie byli tylko oni i nikt więcej. Nikt nie przyszedł odwiedzić samotnego Krisa, siedział w chacie sam jak palec, nawet już nie płakał, brakło mu łez. Nie opłakiwał ojca i matki bo nie byli tego warci ,opłakiwał swoje życie. Był pod podziwem że mimo lat męczarni nie umarł czy chociażby zachorował. Życie drwiło z jego przeszłości, z czasem spotkał Glerna...
-Kris? Jak myślisz co właściwie się działo w wiosce?
-Nie wiem, nic dobrego to pewne. W całym moim życiu...życiu...
Znowu fala wspomnień go uderzyła, przeklęta przeszłość. Aż tak bardzo odbiła się na jego psychice by do tego stopnia go dręczyć? Pomału zaczynał się domyślać skąd w nim napady agresji i szału...Zastanawiał się jak to by było mieć normalne dzieciństwo z normalnymi rodzicami.bez zmartwień, biedy, by kłaść się wieczorem spać z pełnym brzuchem, z uczuciem tak trywialnym jak sytość. Jak by to było gdyby wieczorami zasiadł z rodzicami przy kominku słuchając opowieści, gdyby tak mały Kris mógł zasnąć w ramionach matki...Nigdy czegoś takiego nie doświadczył, ani raz nie usłyszał od nich tak prostego a jednocześnie znacznego słowa...kocham cie...
-Bo ja tak myślę-odparł Kastil ciągle trzymając się za rękę-że to był koszmar na jawie, rozumiesz, czasem dzieją się rzeczy na prawdę które są tak bardzo nierealne, rozumiesz Kris? To koszmar...
Kris rozumiał tylko tyle ze koszmar to określenie tego co przeżył. I wątpił by w całej Calradii ktoś przeszedł równie marne dzieciństwo. Chociaż kto wie? Ile na świecie jest podobnych zwyrodniałych rodziców którzy traktują dzieci jak narzędzia? Widział nieraz na ulicach Halmaru czy nawet Praven małe umorusane dzieci, biegały jak bezpańskie psy po ulicy. Prosząc o cokolwiek do jedzenia ,błagając by na moment przystanąć, porozmawiać. Wówczas Kris był zupełnie...zaślepiony zadaniem? Nieważne, zawsze jednak przechodził obok udając ze nie widzi małych istot które wyciągały błagalnie rączki wołając o pomoc. Pomoc której nikt i jemu nie udzielił gdy był mały. I on sam stał się takim "Gregorem", może nawet gorszy, bo mordował i kradł za pieniądze. Zyskując szacunek u podobnych jemu, pnąc się na szczyt gildii, samo to słowo gildia, było takie...puste .Niczego tak naprawdę nie określało, nie przedstawiało żadnej wartości. Teraz tak sobie pomyślał że więcej by zrobił pożytku dla świata gdyby zerwał z tym wszystkim ,i bezinteresownie zaczął pomagać. Wiedział że i tak na zawsze zostanie przesiąknięty złem, niegodziwością. Ale czy na prawdę to była tylko i wyłącznie jego wina? Człowiek podobno ma szanse by się zmienić choć wielu w to nie wierzy, nawet tak na prawdę Kris...
-Słyszysz? Konwój niedaleko, pospieszmy się.
Kris spojrzał w kierunku w który pokazywał Kastil, faktycznie, miedzy drzewami mignęły wozy. Cały tabor wydawał się spory, i możliwe ze jest tam Vord...No właśnie, i czy teraz jest szansa na to by faktycznie się zmienić? Czy błaha błyskotka jest warta śmierci młodego człowieka? Czuł jeszcze w głębi poczucie do zadania ,wiedział że lepiej dla niego by było gdyby go wypełnił, z drugiej strony ta chęć zmiany.
Szybko pokonali ostatnie zarośla wychodząc na trakt. Kris osłupiał, wozów z więźniami było mnóstwo, ochrona także była liczna. Co właściwie powinien teraz zrobić?
-Chodź przyjacielu, trzeba znaleźć dowódce taboru i zdać raport.
Kris poszedł za towarzyszem, po drodze mijali wozy, w środku w tragicznych warunkach siedzieli jeńcy. Większość okrutnie pocięta, niektórzy zupełnie stracili blask życia w oczach, zabójca nigdy nie rozumiał wojen. Odruchowo spojrzał w stronę jednej z klatek ,przystanął, był tam Vord. Teraz najwyraźniej drzemał, ale to na pewno on. Co teraz, jak powinien postąpić. Ponaglony przez Kastila ruszył dalej. Przed nim ujrzał strażnika który pił z bukłaka, obok wyciągając ręce z klatki ,jeden jeniec głośno prosił chociaż o łyk wody.
-Zamknij ryj śmieciu, nie zasługujesz na wodę!
-Błagam, nic nie piłem od wczoraj...proszę, tylko łyk...
Jeniec był w sile wieku, jednak twarz miał już wymizerowaną, przez czoło biegła mu paskudna rana prawdopodobnie po cięciu mieczem. Reszta straży udawała że nic nie widzi, nawet Kastil szedł dalej. Kris jednak przystanął mierząc gbura spojrzeniem.
-Na co się gapisz? Wracaj do swojego zajęcia.
-Dasz mu się napić opasła świnio albo połamię cie w kilku miejscach...
Okoliczni strażnicy wybuchli śmiechem, kilku jeńców głośno wyrażało swoja aprobatę .Grubas jednak udawał że takie słowa nie robią na nim wrażenia .Podłubał w nosie i wytarł smarki o kurtę zabójcy, z pieczołowitością je rozsmarowując. Zapadł cisza ,Kastil przystanął i z przerażeniem spoglądał na rozwój wydarzeń.
-Słuchaj-spokojnie i powoli mówił Kris-Teraz na dodatek będziesz czyścić kurtę połamanymi rękoma. Ostatni raz mowie, daj wody więźniom.
Gruby znowu zaczął dłubać w nosie, ale Kris już nie dał mu okazji do ponownego ośmieszenia. Chwycił go za rękę i z całych sił rąbnął nim o wóz. Straznik zalał się krwią ,Kris podał wode więźniom, tamci podziękowali mu .Z tyłu odezwał się inny strażnik.
-Będziesz wisieć za to, zdam raport dowódcy i zawiśniesz!
Po chwili Kris siedział w wozie z innymi więźniami, oskarżony o zdradę i niesubordynacje. Nim wrzucono go do klatki srogo go pobili, nie chciał w tedy już stawiać oporu. Kastil prosił o łaskę dla niego , dowódca jednak z uwagi na wcześniejszy czyn Krisa w wiosce nie powiesił go na miejscu. Nadchodził kolejny dzień, mroźny wiatr owiewał okolice, wszędzie panowała cisza, nawet ptaki nie śpiewały, czyżby jakieś nadludzkie moce obserwowały Krisa,to co zrobił i zaczęły go...opłakiwać? Postanowił że do końca będzie już tym dawnym Krisem, odrzucił przecz pamięć o gildii. W końcu przyszedł czas pokuty...
Samotny lord jechał na wycieńczonym białym rumaku. Błyskawicznie skręcił na wielkim trakcie w kolejne zarośla. Mrok powoli ustępował, daleko lśniło słońce, jego blask objął oblicze jeźdźca. Oczy popuchnięte ,włosy zmierzwione przez wiatr, ubranie w licznych miejscach było potargane. Kawałki zbroi cudem utrzymywały sie na miejscu.
Plais ledwie dał rady jechać, coraz częściej usypiał by za chwile znowu otworzyć oczy. Gdyby nie strach przed pościgiem dawno legną by w trawie i zasnął. Jednak na taki luksus nie mógł sobie pozwolić, musiał jak najprędzej dotrzeć do Swadii. Ciekawiło go co z Haringothem, czy już umarł? Fakt, był typem twardego sukinsyna ale czy nawet to dawało mu szanse przetrwać? Po prawej mignął blask, jakby pochodni, potem kolejne, chwile potem usłyszał liczny płacz. Zatrzymał rumaka, zwierze jednak było zbyt wycieńczone i runęło na ziemie, już się nie podnosząc .Plais szybko uwolnił się spod konia i schował się za drzewem, ku jego uldze to nie byli wrogowie. Spora grupa chłopów ze swoim dobytkiem wędrowała przez las. Na ich czele zobaczył młodego żołnierza , jego ubiór mówił mu że to wojownik ze swadii. Lord wyszedł im na przeciw, cała grupa zatrzymała się, młody szybko podbiegł do niego .
-Panie ratuj...coś zaatakowało wioskę, zmierzamy do Suno.
-W takiej grupie nie mamy szans szybko uciec, dajcie mi konia jucznego.
Żołnierz otwarł szerzej oczy jakby nie mógł uwierzyć co właśnie teraz usłyszał.
-Panie...chcecie nas zostawić??
Kilka kobiet zaszlochało, jakieś dziecko płakało głośno. Banda wieprzów, pomyślał, myślą że lord będzie ich niańką? Ich niedoczekanie ,podszedł to konia, szybko pozbył się juk i wsiadł na konia.
-W pojedynkę szybciej dotrę do Suno, sprowadzę pomoc.
Młody zastąpił mu drogę, ręce mu drżały ,z zimna lub strachu, tego Plais nie mógł ocenić.
-Kto ochroni tych ludzi? Jestem rekrutem, nie dam rady sam walczyć, spójrz panie.
Wskazał ręką na grupę chłopów, jakaś kobieta tuliła niemowlę do piersi śpiewając pod nosem uspokajającą melodie. Dalej jakiś starzec opierał się na lasce, obok niego szedł mały kundel. Wszyscy skierowali swój błagalny wzrok na lorda.
-Są tu kobiety, dzieci i starcy, kilka osób będzie w stanie walczyć gdy nas znowu to ...coś zaatakuje. Miej litość i bądź z nami, błagamy.
Przez moment już nawet miał zostać, jednak nie uśmiechało mu się ginąć gdy cokolwiek ich zaatakuje. Nie było przy nim grupy żołnierzy, nie miał pod sobą wojska z prawdziwego zdarzenia. Sam jeden miał ich chronić? W imię czego? Ich problem czy zdążą dojść do Suno, on tylko najwyżej wyśle przed nich patrol, tak, tyle może dla tej biedoty zrobić. To i tak za dużo jak na chłopstwo ,no cóż, niech znają jego wielką łaskę.
-Z drogi chamie! Śmiesz mi mówić co powinienem zrobić?? Jestem wielkim lordem królestwa Swadii, poddanym króla Harlausa!
I teraz zaświtał mu pewien plan.
-Poza tym, król kazał mi niezwłocznie udać się do Suno!
Żołnierz chyba chciał coś powiedzieć ale nic takiego nie zrobił, zwiesił głowę i przepuścił Plaisa. Ten błyskawicznie ruszył, jeszcze trochę i będzie w Suno, ile człowiek musi się namęczyć by zrealizować swoje cele. W duchu życzył Haralusowi by zginął, jak i większość lordów, a w tedy? Ten kto wraca w chwale do Swadii obwieszczając że jest jedynym ocalałym zasługuje na tron. Morze i się troszkę zapędził w marzeniach ale czy były one aż tak odległe. Kto wie co tak na prawdę dzieje się gdzieś daleko za nim...
Lord Aleric wziął po raz kolejny zamach kilofem, uderzył w kamień. Znowu nic, przeklęte dwa kamienie, nie chciały ustąpić. Gdy reszta udała się na spoczynek po wysłuchaniu raportu on został sam. Był wściekły i całą noc tłukł w ten kamień,bez rezultatu. Cholerni inżynierzy mieli racje, kilof tu nie pomorze. Usiadł opierając sie o wrota ,ciężko dyszał. Wyciagnoł pergamin z raportem i po raz chyba setny czytał.
"Nadal brak odzewu ze strony posiadaczy kamieni. Wynajęty zabójca widziany w barwach swadii zmierzającej na wschód. Liczne doniesienia z wiosek o ataku nieznanego wroga. Doszczętnie spłonęło Ryibelt i nie był to najazd ,w Halmar giną ludzie w nocy. Vaegirowie żądają wyjaśnień ,doszło do nich na dwór że nordowie knują jakiś spisek."
W sumie nic takiego ale jednak Aleric był zły ,gdyby nie Bellen zabiłby na miejscu posłańca. Co miał teraz robić, o ile posiadacze kamieni w końcu odpiszą lub się zjawia o tyle ten chłystek który omamił jego córkę nadal ma kamień. Zabójca zdaje sie nie jest tak dobry jak o nim mówiono ,no cóż, napisze do odpowiedniej osoby. I chyba czas użyć bardziej bezpośredniej taktyki, czas odnaleźć córkę o ile ta żyła jeszcze. To jedyny sposób na to by Vord tu przybył z kamieniem. Sen poczeka, musi teraz wysłać odpowiednie zadania do zaufanych ludzi. Powoli tracił cierpliwość i nerwy. Energicznie wstał i krzyknął.
-Przyprowadzić kuriera z gołębiami, flaszka wina i dziewkę, migiem!!!