Aerandir
Zeszła noc była trzecią z kolei, którą spędziłeś obozując pośród drzew lasu Planasene. Twoje poprzednie schronienie stało się zbyt niebezpieczne, byś mógł wciąż w nim przebywać, dlatego wyruszyłeś w drogę. Ostatniej nocy niestety nie zdążyłeś przybyć do wioski na czas, choć dosłyszałeś ulotne szmery i dostrzegłeś niemal niezauważalną aurę płonących zabudowań. Mimo tego, iż w mgnieniu oka spakowałeś wszystko to co nazywasz obozem i ruszyłeś w kierunku, z którego dochodził migotliwy błysk ognia, nie dałeś rady zjawić się w odpowiednim momencie. Gdy dotarłeś do wioski, wciąż stała ona w ogniu, lecz ani po napastnikach, ani po mieszkańcach nie było śladu. Gdy z lekką obawą wkroczyłeś na polanę pośrodku której widniały stojące w płomieniach budynki, zaczynało już świtać i wstawał nowy dzień.
Z wielką wprawą trzymając Amvadel'a ruszyłeś w kierunku wnętrza wioski. Ogień był wszędzie, każda chata gorała płomieniami, od których biła uciążliwa temperatura - wiedziałeś, że nie dasz rady wejść pomiędzy budynki. Dlatego okrążając samo serce płonących zabudowań - centrum wioski - lekkim łukiem skierowałeś się w stronę kamiennego budynku, który jako jedyny nie zajął się od płomieni, choć wiedziałeś, że napastnicy i pod niego podłożyli ogień, gdyż jedna ze ścian była osmolona od płomieni. Nie wiedziałeś czego się spodziewać... Wprawnym ruchem nałożyłeś pocisk na cięciwę łuku i przekroczyłeś próg budynku. Nie wiesz ile czasu spędziłeś w środku, gdyż widok jaki dotarł do twych zmysłów poraził twoje ciało. W pomieszczeniu było tyle - wciąż ciepłej - krwi, że jej drażniący odór powodował mimowolne odruchy wymiotne, a groteskowo wyglądające ofiary tej rzezi wcale owego odczucia nie umniejszały. Wiedziałeś jednak, że coś tutaj jest nie w porządku... tylko nie byłeś pewien co. Opanowując chęć zwymiotowania wczorajszej kolacji, krok za krokiem ruszyłeś w kierunku centralnie ulokowanego ołtarza, na którym rozpostarte było truchło jednej z ofiar. Podszedłeś bliżej i z wielką ostrożnością obejrzałeś wystający z piersi nieszczęśnika sztylet. Nie byłeś pewien co o tym sądzić, gdyż jego rozmiar, materiał oraz brak inkantacji wyraźnie zbiły cię z tropu. Nie wiesz jak długo wpatrywałeś się w ten relikt zagłady, lecz w pewnym momencie z zamyśleń wybudził cię hałas, który dochodził z zewnątrz.
Czym prędzej - uważając by nie zostać zauważonym - opuściłeś budynek i dyskretnie udałeś się w kierunku linii lasu, by z bezpiecznego ukrycia przyjrzeć się sytuacji. Po kilkudziesięciu minutach spędzonych na obserwacji zachowań osób, które pojawiły się nie wiadomo skąd byłeś przekonany, że to... jakaś czarna komedia. W najdziwniejszych podaniach, nie słyszałeś o podobnej bandzie degeneratów. Mag, dwóch krasnoludów i czterech ludzi... naprawdę barwna kompania, a ich zachowanie wcale nie okazało się lepsze. Najpierw zarzynają krowę, po czym nawet jej nie zjadają, później się rozdzielają, łączą i... znów rozdzielają. Kręcą się po pogorzelisku jak banda sępów, aż w końcu po kilkudziesięciu minutach natrafiają na to, co ty odkryłeś w pierwszej chwili. Jednak i to nie zakończyło tego żenującego spektaklu... Ledwo jedna grupa tam weszła, po czym dołączyli do nich kompani, którzy... sekundę później pomknęli jak rażeni piorunem na drugą stronę wioski, a dosłownie chwilę później... ponownie powrócili do budynku, tym razem chyba bijąc maga. Zaprawdę musisz zastanowić się, czy taka banda opojów jest na pewno tym czego szukasz. Jednak jakaś wewnętrzna siła pcha cię do tego, by odkryć co zaszło w tej wiosce... Decyzja należy do ciebie, ale dłuższa bierność i dalsze obserwowanie tej bandy wcale nie musi być tym, co okaże się dla ciebie korzystne.
Cavaron
Sam nie byłeś pewien, czy udało ci się przekonać oponentów. Na szczęście nie leżałeś już rozłożony na posadzce i twa duma nie cierpiała okrutnych katuszy jak jeszcze sekundę temu. Może lepiej olać tych opojów i mimo ich wrogości zaakceptować towarzystwo - nawet niechętnie - by dowiedzieć się co tutaj zaszło, a przy pierwszej lepszej okoliczności odpłacić się pięknym za nadobne?
Odsunąłeś na drugi plan Randh'aara i napastliwego Weseley'a by podjąć poprzedni trop - zanim te bęcwały cię dopadły. - Kamień... a pod nim mapa. - odezwałeś się do Veratora, lecz to nie szło tak... - Mapa… Kamień kryje odpowiedź… Kossith nie znaleźli… wy musicie. Kamień, tu szukajcie… - sam nie wiesz skąd, ale niemal bez zastanowienia wyrecytowałeś to, co kilka minut temu usłyszałeś razem z krasnoludami od konającego na palu. Tylko wciąż nie miałeś zielonego pojęcia o jaki kamień mogło chodzić. Zdanie, które tak dokładnie sobie przypomniałeś - to nie mógł być przypadek. Czyżby ono zawierało odpowiedź?
Garwald
Lity kamień, który widocznie odgrywał rolę jakiegoś ołtarza nie nosił żadnych śladów, ani znaków, które mogłyby na cokolwiek wskazywać. Ba! Mógł on się wydawać wręcz zbyt perfekcyjny i gładki. Coś z tym głazem było nie tak, lecz nie miałeś żadnego pomysłu co. Nie pomagała w tym również ogromna ilość krwawej posoki, która oblepiła całą podłogę oraz ściany na kilka centymetrów w górę. Teraz co prawda większość z niej przesiąknęła przez luki w posadzce, lecz powoli krzepnące resztki pokrywały wciąż całą podłogę. Mimo tego, iż kamień nie dawał ci spokoju zbliżyłeś się do komody. Tylko do cholery jak się do niej dostać? Będziesz musiał chyba po prostu odrąbać biedakowi ręce w łokciach, by móc dostać się do zawartości komody, lecz pomysł ten wcale ci nie przypadł do gustu...
Thorgrim
Minąłeś Randh'aara, który wciąż z wielkim zacięciem obserwował każdy ruch maga i wiedziałeś, że był gotów zareagować choćby w ułamku sekundy. Zagrożenie nie dotyczyło jednak ciebie, więc odwróciłeś wzrok w stronę swego ziomka z pod ziemi. Widziałeś jak przyglądał się kamieniowi i sam jako krasnolud, również byłeś pewien, że jest w nim coś niepokojącego. Wciąż nie odrywając od niego wzroku, poszedłeś dalej i podobnie jak Garwald, zastanawiałeś się jak otworzyć komodę, oszczędzając sobie nieprzyjemności dekapitacji przybitej doń ofiary.
T. Weseley
Wybiegłeś na schody i już dłużej nie mogłeś wytrzymać... Wyrzygałeś całą zawartość żołądka, odwróciłeś wzrok, po czym... znów wyrzygałeś resztki jakie przetrwały pierwszą fazę wymiotowania. Widok i zapach rzeczywiście były kurewsko paskudne, jednak niechętnie skierowałeś się do środka, gdyż lepiej trzymać się w kupie i liczyć, że ktoś inny pierwszy oberwie w niespodziewanej zasadzce ukrytych tevinterczyków. Mag i twój pracodawca przyglądali się nabitemu na pal nieszczęśnikowi, Randh'aar z uwagą obserwował maga, a sam - nie wiesz dlaczego - był czujnie obserwowany przez Erdaara. Krasnolud natomiast podziwiały kamień-ołtarz, a następnie przyglądały się komodzie i przybitemu do niej nieszczęśnikowi. Zaprawdę dziwna sytuacja. Tylko co w tej sytuacji zrobić? Czy też chcesz ładować się w gówno i spróbować rozwiązać sytuację? Coś cię do tego popychało, lecz twa wrodzona nieufność wciąż stawiała opór...