Ciąg dalszy rozdziału .4.
Vord spojrzał na wykrzywioną w grymasie bólu twarz Kerwina, odepchnął na bok kolejnego norda i resztkami sił wyprowadzał słabnące coraz szybciej cięcia. Po prawej Hreth szalał dwoma toporami niosąc natychmiastową śmierć każdemu kto wszedł mu w drogę. Z wściekłością w oczach spojrzał na Vorda, nadal był wściekły że młody najemnik nie usłuchał jego rozkazu. Obok wielki vaegir z berdyszem głośno krzyknął i upadł z oderwaną ręką, momentalnie opadła go masa przeciwnika. Vord z przerażeniem widział jak ci niemal żywcem próbują go pożreć. Jakiś swadiański żołnierz nieskutecznie próbował ocalić jakoś towarzysza broni. Kolejny nord nie dał mu czasu na rozważanie co się dzieje wokół gdy uderzył na niego tasakiem, jak zwierze atakował na oślep. I cholera, gdyby tak go choć raz trafił mogło by to się zakończyć dość nieprzyjemnie. Vord niemal zanurkował w jego stronę przebijając go na wylot, szybko wyrwał ostrze i bezceremonialnie odciął mu łeb. Kolejni już nacierali, walczył teraz z paroma na raz, jedyne co mógł zrobić to blokować i liczyć na jakiś cud że ktoś ich zajdzie z tyłu i wybije.
Zaczął ciężko oddychać, każdy unik czy blok kosztował go coraz więcej sił, ile tak może jeszcze? Przecież walka z góry jest przegrana, nie lepiej dać się zabić i mieć spokój na zawsze? Wtedy Kerwin pojawił się obok niego ledwo stojąc na nogach i wraz z nim atakując rzekł.
- Nie musiałeś mnie bronić i tak to przegramy. Na pewno, ale jeśli oni myślą że dam się ot tak zabić, to grubo się mylą.Dawaj tych sukinsynów!
Vord był pod wrażeniem skąd u Kerwina tyle sił, mimo tylu ran dalej nie ustępował. Wyłapał jego spojrzenie i podążył za nim, najemnik mruczał coś pod nosem patrząc na Elissę. Po czym uderzył z całych sił nacierającego norda roztrzaskując mu czaszkę kuszą. Jego ukochana broń rozleciała się w drobny mak, czy na prawdę był gotów wszystko poświęcić w tak beznadziejnej sprawie?
Natarł na kolejnego norda, siekł go przez twarz po czym uderzył ze zdwojona siłą na kolejnego, zadziwiające jak w obliczu nieuchronnego człowiek zdolny jest do takich czynów. Nie był to heroizm ale w obecnej sytuacji był to szczyt możliwości. Niespodziewanie oberwał ciężką buławą w bark , przyklęknął przeklinając głośno przeciwnika ,rzucił się na niego tym samym zwalając go z nóg. Uderzył pięścią najsilniej jak potrafił w twarz, agresor zawył potępieńczo i zaczął niebezpiecznie się szamotać, w tedy Vord otrzymał kolejny cios w tył głowy, upadł bezwładnie na ziemie. Przerzucił oczyma dookoła, wszystko zatraciło swój szaleńczy bieg, postacie dookoła rozmywały się, były wolne niczym starcy. Wrzawa jaka towarzyszyła walce wydawała się dochodzić jakby spod ziemi, ogarniał go błogi spokój. Było mu teraz przyjemnie, nie czuł ran, zmęczenia, strachu. Teraz było mu dobrze,i nie chciał aby to sie skończyło, podświadomość krzyczała aby się podniósł, że zaraz zginie jeśli czegoś nie zrobi. Ale on nie chciał, i nie mógł po prawdzie.
Nagle dojrzał gdzieś przed sobą wyróżniające się kształty, biło od nich światło i ciepło. Jednocześnie wywoływały w nim niepokój i sprzeczność czy to nie jakieś przedśmiertne mary. Usłyszał coraz donośniejszy odgłos, co to było, co je wydawało? Przypominały odgłosy rogów. Przebijały sie zagłuszając i tak stłumione dźwięki,je było słychać najwyraźniej i najgłośniej. W tedy też poczuł mocne szarpnięcie za rękę, i niemal nie krzyknął gdy ujrzał ich przed sobą...
Synowie Cesarstwa wbili się agresywnie w tabuny wroga, siekąc z zabójczą precyzją, nim Tervil sie zorientował przekraczali już bramę. Jóż dawno jego ludzie zsiedli koni i przepędzili je aby nie ucierpiały aż nadto w trakcie odsieczy. Berhol, trębacz z wielkim autorytetem zaczął grać na złotym rogu "Vote do Inmera", Tervil wiedział że sługusy ich wroga nie cierpią tego imienia jak i samej pieśni. Ludzie śpiewając masakrowali ogłupiałych przeciwników nie dając im najmniejszej szansy podjąć równej walki.
Dowódca wątpił czy znajdą tu jakichkolwiek ocalałych, niemożliwe było aby tutejsi ludzie mogli wytrzymać tak długo. W tedy kątem oka ujrzał na niewielkim placyku grupę ludzi otoczonych morzem wroga. Czy to możliwe? Musieli być wielkimi wojownikami skoro jeszcze mogli się bronić. Spojrzał na trębacza i wskazał na ta właśnie maleńką wysepkę ludzi. Ze spokojem tym razem parli naprzód, zwalisty nord zastąpił mu drogę dzierżąc dwakroć od niego większy topór, wziął zamach , zapewne z zamiarem przecięcia go w pół. Tervil wykonał krok w tył chwycił przelatujące obok stylisko, ruchem dłoni wykręcając go z powrotem wykonał krok w przód. Nabity na własną broń szaleniec wił się jak wąż, dowódca bezceremonialnie zmiażdżył mu głowę obutą stopą. Jego ludzie nie zostawiali nikogo przy...życiu. Usłyszał w głowie ciche i samotne wołanie o pomoc, ktoś... nieświadomie go przywoływał. Wychwycił kierunek skąd to wołanie nadchodziło. Niesamowite, to ten chłopak od Hretha, wpatrywał się w tedy w niego. Ale dlaczego on? Było więcej niż pewne ze nie miał rodziny z cesarstwa, nie miał tez tego daru, był jak i inni tutejsi ludzi upośledzony na umyśle i ciele. Mimo wszystko słyszał jego cichy głos.
- Nacierać dalej, jak najszybciej odciążcie tamtych walczących. Mam coś do wykonania, nie wtrącać się.
Pokonując kolejnych przeciwników dopadł do norda który właśnie zamierzał rozwalić chłopakowi głowę buławą. Tervil chwycił go za szyje ,uniósł wysoko do góry po czym z całą mocą rąbnął nim o grunt, poczwara zastygła już w bezruchu. Kilku szaleńców śliniąc się i tępo patrząc na niego nie ważyła się nań uderzyć. Dobrze, czyli przebudzony tracił swą moc. Nie mógł jeszcze jak dawniej toczyć swoich chorych ambicji na wielką skalę. Za szybko tracił moc, a to znaczyło że jeszcze mają szanse i sprawa nie jest przegrana. Chwycił chłopaka i podniósł go przed siebie. Młodzieniec nadal był na wpół przytomny, jednak ich wzrok znowu sie spotkał. Gdyby miał więcej czasu, mógł by sprawdzić kim on jest, może w tedy było by wiadome dlaczego nieświadomie prosił go o pomoc. Chyba że to ukryta do tej pory siła umysłu tutejszych ludzi? Może nie wszyscy tak do końca byli słabi.
- Trzymasz się synu jakoś?
Ten niemrawo przytaknął głową, czegoś panicznie szukał lub kogoś, mamrotał coś pod nosem cicho, Elissa, kompani, brak nadziei. Młody był w szoku, Tervil ujął go jedną ręką pomagając mu iść, a sam torował sobie drogę do swoich ludzi. Rozglądnął się dookoła, jego ludzie wybijali ostatnich wrogów. Plac usłany był masą ciał, jednak jedno przykuło jego uwagę.Nieopodal bramy leżało większe ciało, to..Xevirl! Skoro one tu były to musiały mieć większy sens. Pytanie co planował ich przeciwnik. Owszem, atak na zamek był bezsensu, ale nie dla niego. Wiedział że to tylko dywersja ,pod nią ukrywał sie plan. Teraz go olśniło, jak mógł być taki głupi, przekazał młodzieńca swojemu człowiekowi a sam biegiem ruszył w stronę wejścia do krypty. Jeśli otwarto wrota to ich ostatnie zwycięstwo okaże się marnym i udawanym przekonaniem że może być dobrze. Po raz kolejny zapomniał aby nie lekceważyć Nurvela. Przecież w każdym choćby najmniejszym działaniu ma swój plan. Powoli i skrupulatnie wije sieć intrygi by ostatecznie postawić na swoim.
Dopadł do gruzowiska, na pierwszy rzut oka wejście nie istniało. Ale czy aby na pewno? Obszedł całość dobijając ryczącego nieopodal norda. Wstrząsnął nim dreszcz strachu, u wylotu wejścia ziała dziura. Xevirle musiały wejść do środka korzystając z zamieszania jakie towarzyszyło bitwie. Czyli atak na zamek był zwykłą dywersją, nie miał na celu zabicie obrońców, tylko odwrócić ich uwagę. Przywołał gestem ręki kilku ludzi i szybko zeszli w dół...
Stojąc na balkonie Plais obserwował musztrę na dole. Nowi rekruci przechodzili właśnie pośpieszny trening, normalnie trwał on kilka miesięcy. Ale teraz mają na to tylko dzień. Hektor właśnie biegł do zamku taszcząc pod pachą masę pergaminów. Oto i obiecany raport w sprawie rhodoków. Baron już zaciskał dłonie z radości, odbije sobie z nawiązką te wszystkie niepowodzenia i upokorzenie jakiego doznał. Spojrzał w stronę stajni, Rob jak zwykle ociągał się z powierzonym mu zadaniem. Jeśli wszystko pójdzie dobrze to za tydzień cała swadia ruszy na odwiecznego wroga.
- Mam to - wysapał ciągle łapiąc oddech Hektor.
Plais bezceremonialnie wyrwał mu z rąk papiery i ruszył do swojej komnaty. Jego podwładny szedł za nim jak cień, po prawdzie coraz bardziej go tym drażnił. Lubił gdy mu usługiwano ale służalczość przesadzona jest cholernie irytująca.
Gdy w końcu zasiadł w fotelu opierając się w wygodnym siedzisku zagaił Hektora.
- Mam nadzieję że wszystko załatwiłeś jak ci kazałem? Lista lordów, raporty ?
- Tak, ale nie myśl że to było łatwe, straciłem mnóstwo denarów na tym, otarłem się niemal o śmierć w Alei Rozpusty...
- Oh, daruj sobie poetyckie opisy sprawy tak trywialnej. Możesz odejść i najlepiej ponaglij tego osła. Miał już dawno wyjechać.
Niechętnie i powoli Hektor wyszedł trzaskając drzwiami, zuchwały szczeniak. Niebawem należy obmyślić plan jak tych dwóch się pozbyć. Ale narazie byli mu potrzebni, poza tym za dużo wiedzieli by jawnie im grozić. Otwarł pierwszy raport i zanurzył się w lekturze....
Po niespełna godzinie mozolnego przedzierania się przez gąszcz liter Plais odłożył listy. Oparł się ciężko w fotelu, już pierwsza wiadomość była dla niego zaskoczeniem, rchodokowie wysłali emisariuszy do swadii. Nie było jednak wiadome w jakim celu, może zapragnęli pokoju? Może zrozumieli że swadia w końcu podnosi się z jeszcze większą potęgą niż niegdyś? Odstąpią od zajętych zamków i miast, zawrócą i nigdy już nie pokarzą swojej zapitej mordy na tych ziemiach. W to wątpił, byli na fali zwycięstw i sukcesów, parli naprzód. Oni zapewne chcieli kapitulacji swadii, nie tym razem. Teraz to oni dostaną baty, w swojej życzliwości Plais nie zostawi choćby jednej cegły z ich zamków.
Kolejne raporty to w większości doniesienia o atakach dziwnych stworzeń i band szalonych ludzi napadających wioski. Zupełnie jak w tedy gdy Plais ukrywał się w wiosce i spotkał dwójkę swadian. Nie wiedział co powodowało takie zachowanie, ale czy to było ważne? To tylko znaczyło że nie tylko tutaj szaleją dzikusy. Poddani Gravetha także musieli z nimi się zmagać. Nic ciekawego dalej, akty zgonów wpływowych szlachciców, spalone wsie, dezerterzy. Dziwny sojusz między vaegirami oraz nordami. Od kiedy oni zaczęli działać razem. Odkąd sięgał pamięcią te dwa kraje walczyły o każdy metr ziemi, wszystko zaczeło się sześćdziesiąt lat temu kiedy to bojar Halka, ojciec Naelchy nieopacznie obraził topór Kardasa. No może nie tyle co obraził co nie ucałował go na powitanie w wielkiej sali królewskiej w Wercheg. Nordowie jak banda smarkaczy z ambicjami wzięli sobie to do serca żądając przeprosin za - w ich mniemaniu - hańbiący czyn. A później nieustanne walki. I teraz oni po tylu latach nagle zawarli pakt?? Niemożliwe, autor tego listu zostanie skrupulatnie przepytany w piwnicach zamkowych.
Co teraz zrobić, jaki poczynić krok i gdzie ta Isolda? Tego się nie dowie dopóki nie zwoła zebrania lordów w królestwie, a w tedy także nastąpi wybranie nowego króla. Oby jego nowi przyjaciele poczynili wszelkie możliwe kroki aby na pewno to jego nań wybrali. Odłożył precz papiery, podszedł do stołu i nalał sobie trochę wina, wino było dobre i przyjemnie rozgrzewało ciało, nic nie szkodzi że pochodziło z Veluci...
Habbe przykucnął przy lansjerze, ten przewrócił się na bok, z ust kipiała mu piana i krew. Dopiero teraz oboje zauważyli głębiej w korytarzu jeszcze więcej martwych ludzi.
- Co do... - jęknął Lardel.
- Cii - wysyczał Habbe - Nie wiem, wygląda mi na to że rozegrała się tu krwawa jatka. Ale jak możliwe że zwykli przemytnicy mogli zabić doświadczoną straż chana??
Wątpliwości jeszcze przybyło gdy szukając kogoś żywego natrafili tylko na gwardzistów. Z kimkolwiek walczyli nie utłukli ani jednego. Lardel jakby czytając w myślach rzekł.
- Możliwe że kilku ze zbirów zginęło i ich kumy zabrali ciała żeby nikt się nie połapał. Może nawet i wiedzą że jesteśmy na ich tropie.
Całkiem możliwe, ale niby skąd mieli by wiedzieć że są śledzeni? Szpieg musiał jedynie wchodzić w grę, ale w ich organizacji nigdy się to nie zdarzyło, dlaczego teraz miało by być inaczej?
Ruszyli już teraz z wyciągniętymi mieczami naprzód, korytarz stawał się coraz bardziej wąski. Habbe pogładził ścianę, była niemal gładka, ledwie wyczuwał żłobienia które mogły dawać odpowiedz że był jednak zbudowany niźli wykuty w skale. W podobnych podziemiach powinno być wilgotno, ale jak dotąd nie poczuł żadnej kropli wody spadającej na niego. Zadawał sobie pytanie gdzie oni właściwie się znaleźli?
Nagle usłyszał gdzieś za sobą dosłownie przez moment kroki. Oboje zastygli w bezruchu przyklejając się do ściany w nadziei że trudniej będzie ich dostrzec. Usłyszał trzykrotne uderzenie o posadzkę, krótkie, długie i krótkie. Na końcu jedno głuche uderzenie. Znał ten dźwięk, a raczej sygnał, to jeden z nich. Szybko odpowiedział tym samym. Ledwie rozpoznawalny w mroku zjawił się obok nich Gartan. Jeden z najlepszych w organizacji, czyż nie miał być jeszcze w terenie?
- Co tu robisz?
- Cicho Habbe - spojrzał za siebie na walające się na podłodze trupy - A jednak się zaczeło...Musimy szybko dotrzeć do wrót!
- Ale co się zaczeło?? - żachnął Lardel - Mów jaśniej !
- Nie ma na to czasu! Biegiem !
Habbe niechętnie ale ruszył za znikającym już powoli nowo przybyłym. Nie dość że nie zdołali połapać się o co chodzi to teraz mieli zupełny pat. Gartan musiał o czymś wiedzieć, ale o czym że nawet nie może sobie pozwolić na chwilę zwłoki aby im wszystko wytłumaczyć? Zaczynał dostawać zimnych dreszczy na plecach i na domiar złego miał tylko coraz gorsze przeczucia co do tego wszystkiego. I chyba zaczynało do niego docierać że oto nie tropią zwykłych przemytników, to był ktoś znacznie niebezpieczniejszy. Aż tak bardzo że musieli we trojkę temu podołać, mimo że zawsze posyłano ich dwójkami i to niezależnie od wagi zadania. Tam na górze musieli zdawać sobie sprawę co się świeci. Już doganiał Gartana gdy mimowolnie rzucił mu się w oczy wiszący u jego pasa sztylet. Nigdy czegoś podobnego nie widział. Owszem widział swoiste dzieła sztuki, arcydzieła kowali i złotników. Ale czy zwykły sztylet, niezależnie jak doszlifowany mógł wydzielać niewielkie światło. W miarę jak biegli owo światło stawało sie bardziej jasne. Cóż to za ustrojstwo, skąd Gartan go miał?
- Co u licha za sztylet masz ?
Gartan nawet się nie odwrócił tylko przyśpieszył. Habbe zagryzł wargi z wściekłości, nie zwykł być zbywany. To on zawsze starał się roztaczać wokół siebie aurę tajemniczości, czuł się jako ktoś ważny. A tu proszę, gość który zawsze był terenie przybiega ze świecidełkiem i struga kapitana. Gdy to się skończy srogo mu nagada i nie omieszka donieść o tym zwierzchników. Omal nie wpadł na Gartana który się zatrzymał przed otwartymi wrotami. Ze środka biło zimno a uczucie dreszczu tylko się zdwoiło.
- Powiem to raz panowie, cokolwiek wychynie z ciemności...odcinać łby. Naszym celem jest nie dopuszczenie do otwarcia pewnych wrót, nawet za cenę życia.
- Jaja sobie robisz prawda? - cicho zająkał Lardel.
Tak jak się spodziewał nie doczekali się odpowiedzi. I jak wiele straci w oczach Jardela jako kapitan przez tego zadufanego Gartana? Natomiast z mroku jęły wyłaniać się jakieś kształty, mnóstwo zawodzących i ryczących kształtów. Nie było wątpliwości, wszystkie szły w ich kierunku...