I to jest właśnie ta durna presja która nas kaleczy. Czytam książkę to muszę ją skończyć, bo zacząłem. Obejrzałem serial, jestem w połowie, to muszę obejrzeć do końca - jeśli się nad tym chwilę zastanowić to strasznie to kaleczy.
A mnie jeszcze wkurza to cholerne "przedwiośnie", permanentne błoto i delikatnie zatruwający wszystko nastrój biedy, w którym wszystko się topi. W Polsce to jest cholernie odczuwalne, to taki stan trwającego w rozpędzie poczucia beznadziei.
No wiecie, człowiek czeka na brudny autobus, na przystanku do połowy uciapcianym w błocie a trochę w czymś czego nie można zidentyfikować, tylko troszeczkę osiusianym z niewielką i już nie śmierdzącą prawie kupą psa, buty przemakają w błoto-śniegu, w stopy jest zimno, ale nie na tyle żeby to było bolesne więc czekasz. Czekasz z facetem który pali papierosa dym nie przez cały czas na ciebie leci, więc nie ma się co gniewać, facetowi odbija się - w zasadzi nie czujesz czym, koło ciebie stara babinka, która walczy w heroicznym boju z cierpieniami tysiąca chorób i samotności, siły czerpie z bezinteresownego wścibstwa i zawiści obok niej dla kontrastu młoda dziewucha, która jest za młoda by mogła poradzić sobie z napięciami rozkwitającej namiętności więc cierpi od tego napięcia, którego przecież jej nie rozładujesz, a które i tak pchnie ją już niedługo w tysiące idiotyzmów i upokorzeń - no bo jest młoda, więc to naturalne.
Autobus przyjeżdża, w środku ludzie nie wszyscy chorzy, tylko pojedynczy smarkają czy pokasłują, jakiś dzieciak tucze za to energicznie łbem w szybę, jego matka czeka żeby mogła wysiąść i zapalić - twarz ma nawet nie tak zmęczoną - trzyma się nieźle bo mąż ją w końcu zostawił więc może odetchnąć. Jedziemy - do pracy, albo po zasiłek. W robocie kierowniczka się drze że mnie zwolni, ale w końcu nie zwalnia, ja zastanawiam się czy tego nie rzucić ale nie rzucam, więc potem wracam do domu. Powtórka, znowu czekamy na autobus, to inny przystanek, a w zasadzie ten sam, co za różnica.
Wszyscy jesteśmy jak te żaby którym powoli podkręca się temperaturę w kąpieli.
Kiedyś na prawdę jechałem takim starym autobusem który się w czasie jazdy zapalił - dosłownie. Zacząłem się śmiać, ludzie zaczęli się śmiać ze mną i ze mnie. Dosłownie miałem ochotę tańczyć przy tym ogniu. Kierowca zatrzymał autobus i wszystkich wygonił i dymiącym autobusem odjechał w siną dal. Piękny widok! To było mistyczne! Zobaczyć, że to jest powalone! Już się nie łudzić pozorami, nie szukać normalności. Piękna świadomość własnego położenia, bez szukania pretekstu dla bezsensownej wegetacji.
Dobra książka powinna sprawiać, że świat zanurzy się w kolorowych cieniach - to taki mój skrót myślowy, nazywam tak stan intensywnego napięcia emocjonalnego.
Czekać i łudzić się, że jednak warto, to właśnie jest ta nasza codzienność, która człowieka dusi, przyjechać się do domu tym tylko trochę osiusianym autobusem i wziąć do czytania książkę która, no ma też pewne plusy i siedzieć w tych tylko trochę mokrych skarpetkach - dokładnie tak to się toczy. To właśnie rodzi potrzebę tańczenia przy płonących autobusach i wywijania hołupców razem z schizofrenikami - to z grubsza mój stosunek do pomysłu na zmuszanie się do lektury książek o których wiem że są słabe, czy grania w gry na zasadzie bo zacząłem no to skończę.