Niedawno skończyłem czytać książkę pt. "Zły brzeg" Piotra Patykiewicza.
Zły brzeg to historia chłopaka z rybackiej wioski, który bardzo szybko musi przemienić się w prawdziwego mężczyznę i nauczyć się, do czego służy krew miesięczna, smocza łza i jądra czarta. Poznaje mściwość ludzi, zajadłość topielców i podłość księżniczek. Walczy z piratami, wspina się na niezdobyte turnie i zamarza wśród śnieżycy. Jada rzeczy, jakich porządni ludzie nie rzucają nawet psom, i tuli w ramionach najbrzydszą dziewczynę, jaką widziano na tym i na tamtym, "złym” brzegu.Zdobywa serca dwóch pięknych kobiet, a każda z nich jest na swój sposób niezwykła.
Jest to ciekawa lektura z gatunku fantasy. Opowieść jest wciągająca, czasami straszy, czasami śmieszy, cały czas zachowuje mroczny, słowiański klimat. Postacie są wyraziste, nie wycięte z jednego kawałka papieru, dialogi realistyczne, miejscami "soczyste". Muszę powiedzieć, że Patykiewicz ma podobny styl pisania do Andrzeja Sapkowskiego, co jest wielkim plusem.
Jedyną wadą książki jest to, że jest za krótka. Ma tylko 413 stron.
Chciałbym powiedzieć coś więcej ale nie chcę odbierać przyjemności przyszłym czytelnikom.
Na zachętę zamieszczam krótki fragment z samego początku książki. Od razu mówię, że nie jest najlepszy, ale daje radę.
Wąski jar dochodził prawie do samego morza. Dołem, pod chwiejącymi się na wietrze jęzorami lepiej: pióropuszami paproci, wił się strumień, a wielki księżyc odbijał się na wodzie rozedrganą plamą. Porośnięte gęstym lasem zbocza były czarne i ciche.
Potrącony czyjąś stopą kamień zaszeleścił w poszyciu i z pluskiem wpadł do strumienia.
- Który tam lezie jak ślepy dziad? - zduszony szept wybił się ponad szmer wiatru.
W wylocie jaru widać było nocne niebo i ciemny skrawek morza, na którym bieliły się niewyraźnie grzbiety fal.
- Znam to wybrzeże, urodziłem się tutaj. - Można było się domyślić, że człowiek, który to powiedział, jednocześnie wzruszył ramionami. - Nic nam już nie grozi.
- Kiedy wejdziemy na statek, będziesz mógł gadać, ile chcesz. Ale póki co, zamknij się. Idziemy.
To nie był męski głos. Brzmiał, jakby należał do bardzo młodej kobiety. Zamiast odpowiedzi od przeciwległego zbocza odbił się zmieszany chrzęst kilkudziesięciu stóp, a potem spłynął razem ze strumieniem, grzęznąc w piachu wybrzeża.
Ludzie trzymali się cienia. Tylko chyboczące się wierzchołki młodych drzewek zdradzały, którędy szli. Jeszcze kilkakrotnie staczały się kamienie, ścigane syczącymi przekleństwami, ale nikt już nie przystawał. Głębokie, donośne westchnienie morza rozbudzało nadzieję. Wydawało się, że wystarczy poczuć pod nogami mokry piasek, zostawić za plecami pełznący przez ciemność strach, a dalej wszystko już będzie dobrze.
Ktoś potknął się i przebiegł kilka kroków z rozłożonymi ramionami, łapiąc równowagę. Przez mgnienie oka było całkiem cicho. Potem nagle zadudnił odgłos staczającego się po zboczu ciała.
- Żeby wam kulasy powykręcało! - Kobieta nie starała się już tłumić wściekłości. - Mówiłam, żebyście nie chlali przed drogą. Czego stoicie? Wyciągnąć go!
Kilka cieni wysunęło się z mroku, mącąc lekki opar przesiąknięty poświatą księżyca. Ostrożnie stawiając kroki na pochyłości, ludzie zaczęli schodzić do strumienia. Byli w połowie drogi, kiedy zatrzymali się, wszyscy naraz.
- No, co z wami? Dalej! - Kobiecy głos popędził ich, ale oni nie ruszyli się ze swoich miejsc. Jeden z nich powoli wyprostował plecy i wtedy w mżącym poblasku zaświecił jego szyszak.
- Coś tutaj jest nie tak. On się nie rusza.
- Przestań mędrkować, tylko złap go za kudły i przywlecz na górę!
- Ale on... - człowiek zdjął szyszak i pochylił się, żeby lepiej widzieć. - Jezus Maria.
Wrócili, ślizgając się na rozmiękłych liściach i chwytając się wystających korzeni. Słyszeli ciężkie oddechy tych, którzy skupili się wokół nich.
- Nie możemy go tak zostawić! - Płaszcz wydął się na plecach kobiety, kiedy wypełnił go wiatr. - Jeśli go znajdą, zdradzi nas.
- Nic im nie powie.
- Zgłupiałeś? - prychnęła. - Oni umieją robić z człowiekiem takie rzeczy, że nawet niemowa wyda własną matkę.
- Nic im nie powie, bo nie żyje. - Woj nasadził szyszak głębiej na mokre czoło. - Coś mu wyżarło oczy.
Ludzie poruszyli się w ciemności, dociągając pasy i przesuwając pochwy mieczy bardziej w przód. Pospieszyli dalej, ku morzu, nie czekając na rozkaz. Co chwila zadzierali głowy i przypatrywali się niebu, które miało barwę stygnącego popiołu. Ktoś wyciągnął do góry ramię i jego wskazujący palec zaczerniał na tle księżyca.
- Jest.
Nad nimi krążył nietoperz. Trzepotał skrzydłami, walcząc z wiatrem, ale z każdym zatoczonym nad jarem kręgiem obniżał lot. Od morza nadlatywał następny, słyszeli jego cichutkie popiskiwanie.
- Znalazły nas! Jeszcze zdążymy, ale teraz każdy musi sam zadbać o siebie. - Płaszcz kobiety wplątał się w jakieś kolczaste gałęzie, więc szarpnęła zapinkę pod szyją, pozwalając mu spłynąć po plecach. - Powodzenia.
Bez szelestu wsunęła się między krzewy. Ludzie spojrzeli po sobie, jakby nie od razu zrozumieli jej słowa. Ale nie widzieli już swoich twarzy, coraz szybciej gęstniał cień. Gdzieś z góry, z bardzo wysoka, jakby wprost z czarnych przestrzeni między gwiazdami, spływało nad wybrzeże ogromna chmura. Dalekie piski rozlały się po niebie.
Wtedy zaczęli biec, pochylając głowy i osłaniając ramionami twarze. Wiedzieli, że mają bardzo niewiele czasu. Zdawało im się, że po karkach już zaczynają ich muskać błoniaste skrzydełka. Piski wzmagały się, zlewając się w jeden ogłuszający wrzask, który wkłuwał się ludziom do uszu, wyciskając łzy.
Wbiegali już na piasek, kiedy nagle któryś z nich zachwiał się i upadł na kolana. Jego skowyt zmiękczył kolana tym, którzy byli na tyle blisko, że mogli go usłyszeć. Oglądali się, ale nie przestawali biec.
Na twarzy klęczącego człowieka siedział ogromny nietoperz. Szeroko rozłożonymi skrzydłami obejmował mu skronie, wbijając ostre pazurki gdzieś z tyłu jego głowy. Człowiek próbował jeszcze sięgnąć zakrzywionymi palcami do porośniętego szarą sierścią grzbietu, ale słabł z każdą chwilą. W brodę wsiąkała mu jego własna gęsta krew. Osunął się na plecy. Wstrząsnęły nim krótkie drgawki, ubił piętami mokry piach. Potem znieruchomiał.
Nietoperz podniósł skrzydła, skoczył i stopił się z nocą. Człowiek patrzył za nim krwawymi dziurami, w których nie było już oczu.
Daleko od brzegu, poza cieniem uskrzydlonej chmury, chwiał się maszt statku. Ludzie skakali w morze i rozbryzgiwali pianę rozpaczliwymi zamachami ramion. Płynęli, dopóki wystarczało im sił, a nad nimi, niziutko, furkotały skrzydła.