Ciąg dalszy rozdziału.8.
"Nawet gwiazdy płaczą razem z tym,kto płacze w nocy"(Talmud)
Kolejna katapulta posłała ogromny głaz w górę. Ten z niesamowitą szybkością uderzył w blanki posyłając wielu jej strażników na tamten świat. Za przykładem poszły kolejne, rozpoczęło się dosłownie zasypywanie miasta Uxhal.
Lord Aleric przywdział tego dnia nordycką bojową zbroje, niemal całkowicie zakrywając jego ciało grubym metalem. Obejrzał się za siebie. Z lasu miarowym krokiem wychodziły kolejne odziały rhodockiej armii. Szereg za szeregiem, bataliony weteranów śpiewając dziękczynne pieśni zmierzały z drabinami na ramionach w dół. W dole miasto w wielu miejscach zaczeło płonąć, połowa pocisków które były wysyłane na Uxhal były pokryte łatwopalną substancją, która była ciężka, wręcz niemożliwa do zagaszenia. Odezwały się rogi po prawej.
Kolejna armia odbijała właśnie w lewo całkowicie omijając miasto. Jej zadaniem było zabezpieczyć flanki i stopniowo spychać wroga w stronę ziem chanatu. W powietrzu było czuć teraz uniesienie i determinacje każdego aby ostatecznie podbić i zniszczyć swadie. Która teraz była słaba i praktycznie bezbronna. W dodatku ich pierwsze miasto było pozbawione wielu żołnierzy, Plais, swoim geniuszem....dobrowolnie osłabił garnizon. To prawie tak,jakby mówił "zapraszam, zajmijcie moje miasto".
Vordemor zdjął hełm i westchnął, młodzieniec pewnie pierwszy raz był uczestnikiem wojny. Gdyby Aleric mógł czytać w myślach zapewne wyczytałby masę pytań i wątpliwości jego przybocznego. Dotąd milczący lord vaegirski odezwał się.
- Moje odziały są gotowe uderzyć na swadie od gór...jak wiecie nie mam pokaźnej siły bo mój...król nie myśli o wojnie. Założył sojusz z nordami przeciw bestiom. Ale plwam na to, chce zemsty, chce widzieć tu Plaisa kajającego sie u moich stóp!
Rozległy się okrzyki radości, które niosły się coraz głębiej i dalej w szeregach rhodoków. Lord dostrzegł wielki wyłom w murach oraz zauważył że brama właśnie padła pod naporem tarana. Teraz wszystkie siły rzucono aby ostatecznie wybić każdego w środku. Gdy wcześniej Vordemor zapytał co z cywilami ,otrzymał jedną odpowiedz, którą Aleric dla pewności po raz kolejny rzekł na głos. Aby każdy żołnierz nie miał wątpliwości.
- Wybić wszystkich w środku, każdego, wasi dowódcy wiedzą czego macie szukać. Dopóki tego nie znajdziemy miasto ma nie spłonąć!
Obok przejechał odział najemnych kawalerzystów, na ich czele jechali Naelda oraz Turegor. Ich celem było pewne miejsce o którym dowiedzieli się stosunkowo niedawno.
Plan zakładał że swadia padnie w ciągu kilku dni, zostanie uderzona z każdej strony. Ingerencja vaegirów i innych królestw była obecnie mało realna. Zważywszy na to że zakładając pakt przeciw bestiom mają sporo do roboty. Taki układ rzeczy był wręcz wymarzony dla ich sprawy. Już nic nie mogło pokrzyżować im szyków, nic i nikt...
Vord nie mógł spać tej nocy, nie chodziło nawet o to śmierdzące łózko na którym leżał. Nawet nie o pijacką zabawę na dole. Gdy tylko przymykał powieki momentalnie męczyły go liczne obrazy, ogień, postacie bez wyraźnych kształtów. Selena która coraz bardziej oddalała sie od niego. Powoli nie mógł tego znieść, bał się coraz bardziej że popada w szaleństwo. Skończy jak wielu szaleńców gdzieś przycupnięty nieopodal traktu...
Energicznie sie podniósł i usiadł, schował twarz w dłoniach. Ciężko westchnął, nie takiego życia by sobie życzył. To co teraz się działo było po prostu straszne i niepojęte. Wpadł w jakiś wir zdarzeń który go stopniowo porywał, im dalej tym mniej wiedział co się działo wokół. Czyż na samym poczatku nie chodziło tylko o dotarcie do Halmar i odnalezienie Seleny? Następnie pierwszym problemem była przerwa w postaci odsłużenia najemniczej roboty. I tak dalej, więzienie, zabójcy, bitwy, bestie, walka...śmierć i ogień. Ten sam ogień który nie dawał mu już spać. Czy otrzymywał jakieś ostrzeżenia, zupełnie tak jak wielcy wieszczowie? Czy to tylko piętno poprzednich zdarzeń zaczynało mu zajmować umysł. Nie miał pojęcia, nawet nie mógł zgadywać. Nic nie wiedział. Sprawę skomplikowali do tego obcy rycerze i Tervil. Oni twierdzili że niosą pomoc, z kolei Hreth twierdził zgoła co innego. O ile wydawał się być obłąkanym o tyle jego znał dłużnej niż kapitana rycerzy. Czy to miało jednak sens, wierzyć któremukolwiek z nich?
Nagle poczuł gęsią skórę na rekach, odgłosy na dole nagle ucichły. Zrobiło sie cicho. Wstał i na palcach podszedł do okna, na zewnątrz nie widział zbyt wiele. Na murach stało kilku strażników oświetlani pochodniami. Nic jednak nie tłumaczyło dlaczego poczuł uczucie strachu. Wzięło się z znikąd, instynkt podpowiadał mu że jednak coś dzieje sie niedobrego. Usłyszał odgłosy na schodach, ciężki, ktoś wbiegał na górę. Usłyszał energiczne szarpniecie za klamkę. Drzwi jednak sie nie otwarły, zasuwa była na swoim miejscu. I tu punkt dla niego - pomyślał Vord - za przezorność.
Gdy ktoś próbował wyważyć drzwi Vord podniósł miecz i stanął po prawej obok drzwi, zabije z zaskoczenia pierwszego który tu wejdzie. Pewne było że ktokolwiek to jest nie ma dobrych zamiarów, i nie przychodzi na kufel piwa by porozmawiać. Niby czemu miało by tak być? Zawsze ktoś próbuje go zabić lub pobić...
W końcu lichy drewniany rygiel pękł i drzwi z hukiem się rozwarły. Zobaczył pierwszego napastnika, hełm swadiańskiego piechura, to nikt od jego kompanii. Człowiek wchodził z obnażonym mieczem, chciał go zabić. Vord wiedział teraz, albo zaatakuje zaskakując napastników albo wejdzie w walkę z góry skazaną na porażkę. Wykonał zamach od góry, miecz cicho i szybko opadł w dół oddzielając głowę swadiańczyka od reszty ciała. Wypadł na zewnątrz jak wściekły wilk który zagryzie każdego kto spróbuje go niepokoić. W korytarzu dostrzegł znacznie więcej żołnierzy niż na poczatku zakładał, widział jak do innych pokoi próbują się włamać. Kilka drzwi leżało już na podłodze, słychać było charakterystyczne odgłosy towarzyszące walce. Siekł przez pierś pierwszego swadiańczyka. Ten z krzykiem upadł na ziemię, w tedy też większość agresorów zwróciła wzrok na niego. Widział szydercze uśmiechy, Vord wiedział że każdy z nich widział w nim słabego przeciwnika. Szybko jednak starł uśmieszek grubemu mężczyźnie, sparował jego atak i sztychem w gardło położył go na ziemi. Kolejni dwaj uderzyli na niego, na zmianę jeden atakował a drugi parował. Ci byli dobrze wyszkoleni, pomyślał, szybko wykonał krok w tył. Wyczekał i sieknął jednego z nich odcinając prawą dłoń, kolejny otrzymał kopniak w krocze, gdy oboje zwijali się na ziemi Vord doskoczył do kolejnego. To był kapitan tutejszego garnizonu. Ich oczy na moment sie spotkały, kapitan prychnął i wykonał szybkie pchnięcie długim mieczem. Vord zaczął się wycofywać, po drodze zdzielił w twarz podnoszącego się żołnierza. Zamarkował cięcie i uderzył celując w lewe ramie. Kapitan przewidział to i wykonując unik momentalnie zasypał Vorda atakami.
W tedy z tyłu usłyszał krzyki. Przez korytarz niósł się okrzyk bojowy Hretha i Kerwina. Za moment w takim tempie niesienia śmierci dotrą i wspomogą Vorda w walce z tym kapitanem. Ten jakby przeczuwając nieuchronną klęskę przerwał walkę i rzucił się do ucieczki. Vord pobiegł za nim, potknął się o martwego żołnierza. Bezradnie przyglądał się jak uciekinier skacze przez okno w ciemność. Tchórz czy nie, wiadomym było że zechce zebrać ludzi i ponownie uderzyć...
- Vord! - krzyknął Hreth podając mu rękę - Nie mamy czasu, rycerzyny chyba skuliły ogony i uciekły, nie widziałem ich od jakiegoś czasu. Musimy stąd uciekać, to mi wygląda na zasadzkę.
- Ciężko tego nie zauważyć...
- Nie kpij młody, zbieramy się stad!
Livmer szybko związał żyjących żołnierzy i dobił konających. Kerwin wziął zdobyczną kuszę i poszedł przodem na dół. Zachowując wzmożoną ostrożność zeszli po schodach na dół. Nikogo nie było, kilka krzeseł leżało porozrzucanych w nieładzie.
- Gdzie Tervil i jego przyboczny do cholery? - wyszeptał Kerwin.
Hreth zamruczał coś pod nosem o ich zasranym honorze i zniewieściałym uśmieszku. Wyjrzeli przez okna na zewnątrz. Wszędzie leżały ciała, czyżby bestie zaatakowały w tym samym momencie fort? Jeśli tak to gdzie teraz były, powinni słyszeć teraz ryki i ujadanie. Nic takiego jednak nie nastąpiło. Hreth kopniakiem otwarł drzwi i wychodząc krzyknął.
- Jestem! Zabije każdego który wejdzie mi w drogę!
Nierozważne zachowanie, z drugiej strony ktokolwiek był wrogiem tracił pewność siebie. Butne nastawienie najemnika musiało wywrzeć na innych jakiekolwiek wrażenie, nieważne ze może i politowanie....
- Spokojnie Hret - odezwał się znajomy głos, Tervil wraz z Kertebą siedzieli na wieży strażniczej - Zabiliśmy resztę mając nadzieję że poradzicie sobie sami z tymi w środku. Test zdany wybornie, ale nie spoczywajmy na laurach. Lada moment przybędą tu kolejni, też swadianie, w walce z nimi możemy przegrać.
Przywódca najemników splunął.
- A skąd wiesz o jakimkolwiek kolejnym wrogu? To ty wojownik w końcu czy wizjoner??
Tervil zeskoczył w dół i podszedł do nich, wykonując ten sam sztuczny uśmiech rzekł.
- Nie uwierzysz ale...z tej wieży świetnie widać jeźdźców z pochodniami, szacuje że dotrą tu już niebawem. Oraz jest ich ze trzy tuziny.
Gdy Hreth miał coś odpowiedzieć, Kerwin już pokonywał bramę znikając w zaroślach.
- Lepiej idźmy za jego przykładem - odparł Livmer.
Gdy wbiegli w zarośla każdy słyszał marudzenie i złorzeczenia Hretha.
- Ta, lepiej uciekać w krzaki niż stanąć do walki....!
Prawdopodobnie i do tej pory nie docierało do niego że tę walkę na pewno by przegrali, umysł najemniczego kapitana bywa błyskotliwy i nieodgadnięty...nieprawdaż?
Habbe i Gartan stali przed radą. Sześciu starców zezowało to na nich to na papiery leżące przed nimi. Założyciel a zarazem przywódca agentów przerwał w końcu ciszę.
- Nie ukrywam że smutek oblał me serce na wieść o śmierci Jardela. człowiek ten był wielce zasłużonym agentem...Jednak nie mamy czasu na opłakiwanie. Rycerze za morza wszystko nam opisali. Podzielili się z nami ważnymi informacjami. Wy dwaj będziecie kontynuować zadanie. Tym razem nie będzie to obrona krypty pod miastem. Nasi ludzie już ja zabezpieczają...
Jeden ze starców otworzył opasłe tomisko i podsunął go pod nos przywódcy, Hasira.
- Dam wam odręcznie sporządzoną mapę....na niej wasz cel. Macie nie dopuścić do otwarcia pradawnej krypty. Waga tego zadania jest tak ogromna że przegrana oznacza śmierć...śmierć nas wszystkich.
Gartan zaczął w tym momencie kasłać i się krztusić, upadł na kolana. Habbe próbował go uspokoić, ciągle bez skutku. Zapanował zgiełk w środku. Starszyzna w nad podziw szybkim tempie jęła się odsuwać na bok. Strażnicy wołali o medyka. Habbe czuł że to coś poważnego, żyły jego towarzysza przybierały ciemny kolor, szyja nabrzmiała.
- Gartan! Jak mam ci pomóc???
Ten spojrzał na starszego kolegę oczami pełnymi strachu. Mimo śliny wyciekającej z jego ust oraz coraz bardziej dygocącym ciele , rzekł.
- Zabijcie mnie ...na...natychmiast....Nie dopuść...aby obcy zza morza...dobrali sie do czeluści ziemi...w tedy zginie wszystko...
Następnie nastąpiło kilka rzeczy na raz, Gartan wpadł w istny szał i rzucił się na jednego ze strażników, dwójka innych kopniakami próbowało go odciągnąć. Habbe stał i walczył z coraz bardziej kłębiącymi sie w jego głowie myślami. To zachowanie...przypominało aż nad to zachowanie lansjerów w podziemiach. Jego druh jakimś cudem został opętany szaleństwem mordowania. Wiedział, a raczej czuł że nie będzie można mu już pomóc. Wyłapał wzrok Hasira, i już wiedział co powinien zrobić. Drżącą dłonią wyciągnął miecz. "Przykro mi przyjacielu", w duchu pomyślał, potem nastąpiło szybkie ciecie, głowa Gartana oddzieliła się od reszty jego ciała. Bezpowrotnie unieruchamiając go na wieki.
Habbe pochylił się nad zwłokami, zaczął przeszukiwać kieszenie. Znalazł tylko w cholewie buta ten sam lśniący sztylet który uratował im życie nie tak dawno. Obrócił go kilka razy w dłoniach. Ostrze było idealnie ostre, bez żadnego draśnięcia. Subtelnie połyskiwało, pulsowało zupełnie jakby żyło swoim życiem. Musiał chyba tak stać długo wpatrując się w sztylet bo dopiero doszedł do jego uszu głos Hasira.
- Habbe do diaska! Wiesz jak to możliwe ze tego młodzieńca opętał szał?
- Nie mam pojęcia w ogóle jakim sposobem to sie przenosi. Nie przez dotyk to pewne, sam już dawno stałbym sie żywym trupem. Może ugryzienie czy inne zadrapanie? To też chyba odpada, zostałem wszak ranny...
- Więc w jaki sposób??
Habbe przypomniał sobie poprzednie wydarzenia. Układał je w myślach skrupulatnie każde porządkując. Zachowanie Gartana zaczeło sie zmieniać od początku gdy weszli do krypty. Później stopniowo coraz bardziej zaczynał błądzić myślami. Miewał napady strachu, niewytłumaczalnego. Jego oczy były zwierciadłem które opowiadało niemą walkę, z kim? Z czym? Wzdrygnął się momentalnie, czy to oznaczało ze każdy z nich może w każdej chwili zamienić się w potwora? Przejawiając ledwie zauważalne zmiany przed?
- Nie wiem, ale chciałem zapytać o cel misji jaki został powierzony Gartanowi. Oraz co ci...rycerze wam powiedzieli. Dlaczego zaraz przed śmiercią Gartan powiedział aby nie dopuszczać do krypty przybyszów zza morza?
Starcy popatrzyli po sobie, w tym samym czasie strażnicy wynosili zwłoki młodzieńca. Hasir odwrócił się i spojrzał na wielką mapę. Błądził palcem po mapie, odchrząknął i spojrzał na resztę rady z zapytaniem malującym się na twarzy. Ci jednoznacznie pokiwali głowami. Odprawiono straż zza drzwi, a Hasir spojrzał głęboko w jego oczy.
- Gartan miał za zadanie zabezpieczyć wszystkie krypty, miał też zająć i zamknąć główna kryptę w punkcie na mapie który ci nakreśliłem. Rycerze nie powiedzieli nam do końca w jakim celu mamy to zrobić. Powiedzieli tylko że ma to bezpośredni związek z tym co się dzieje w całej Carladii. Że ktoś o niewypowiedzianej mocy właśnie sie przebudza, a za jego cel obrał sobie obrócenie w perzynę całą krainę. Spytasz czy to król czy bóstwo...i oni nie wiedzą kim lub też czym to jest. Jest pradawne i żyło tu na długo przed tym jak pierwszy człowiek postawił stopę na ziemiach Carladii. To on bezpośrednio przyczynił się do zniszczenia Wielkiego Cesarstwa. Wypędził większość ludzi, wielu zamordował. Nim zdołał jednak wszystko zniszczyć ,tamtejsi wielcy wojownicy zdołali go uwięzić gdyż nie możliwe było go zabić. W rożnych zakątkach krainy rozmieszczono krypty ,w każdej użyto kamieni które w jakiś sposób łączyły się z innymi w całej krainie. Niejako pieczętując główną kryptę w której zamknięty jest ten...wytwór. Teraz gdy większość jest otwarta lub osłabiona istnieje spore ryzyko ze ktoś niepowołany zdoła usunąć zabezpieczenia - i tak już słabe - w głównej krypcie...i pozwoli wyjść na wolność temu który pragnie zemsty. Tak przynajmniej opisali nam to przybysze, zaklinając się przy tym że mówią prawdę, wysłano ich tu tylko dlatego aby wspomóc swoich dalekich krewnych.
- To brzmi jak opowieść którą straszy się swoje dzieci przed snem...a pogoda? Stwory? Wszystko to co teraz przeraża każdego żyjącego?
- To zasługa "śpiącego", jakimś cudem przybrał na sile od chwili usunięcia pierwszego kamienia. I w jakiś sposób wskrzesza lub opętuje ludzi. Tworzy bestie...które nie powinny mieć racji bytu w naszym, znanym nam świecie. A może nasz świat nie należy do nas, i nie jest takim jakim do tej pory go postrzegaliśmy? Nurtuje mnie pytanie do czego służą same kamienie jeśli nie tylko do ochrony wrót....Dlaczego wielu ludzi ich szuka, kilku nawet je posiada. Dlaczego tak bardzo im na nich zależy. Ponoć sam król Swadii, stary Charlaus niósł go na piersi zaraz przed wyruszeniem na ziemie Rhodoków.
Habbe usiadł ciężko na krześle, drewno wściekle zaskrzypiało. Pozwolił sobie nalać całą szklanice wina i przechylił ją od razu. Potem kolejny i jeszcze jeden...Kiedy wreszcie stwierdził że alkohol subtelnie zaczyna działać odstawił na bok flaszkę .Zatopił twarz w dłoniach. Myślał, zbierał właściwie każdą usłyszaną historie, próbując ułożyć ją w logiczną całość. Jednak tego nie dało sie logicznie wytłumaczyć. Było to niepojęte i wręcz nierealne.
- Zastanawiam się...czy rozsądnie jest ufać tym przybyszom. Skoro oni zjawili się tu w tym samym momencie gdy wszystko zaczeło się dziać...Równie dobrze mogą kłamać chcąc nam zagrozić lub tez przywłaszczyć sobie Carladie. Może przybyli tu bo stwierdzili że muszą odebrać to co kiedyś należało do nich.
Starcy wlepiali teraz w niego wzrok, jak wilki okrążające ofiarę. Gotowe na sygnał rzucić się nań i rozszarpać go na kawałki. Nic takiego nie nastąpił. Zaskakująco spokojnym i opanowanym głosem przemówił starzec po lewej, Jysta.
- Podobną tezę zasugerowałem Hasirowi gdy rycerze opuścili to miejsce. Byli pewni siebie, zaczynałem momentami odnosić wrażenie że coś celowo zatajają przed nami, że nie mówią całej prawdy. Lata jakie spędziłem na byciu agentem sprawiają że łatwo odgaduje gdy ktoś kłamie lub zataja kilka faktów. Może to tez z drugiej strony zwykłe przewrażliwienie przez te wszystkie lata...
-Jyst - odrzekł Hasir- Ja też nie będę ślepo wykonywał ich poleceń, zdaję sobie sprawę że ci ludzie są bardziej rozwinięci od nas pod każdym względem. Każdy z was tutaj widział ich rynsztunek, ich dziwne przyżądy których przeznaczenia możemy tylko odgadywać. Wysłąłem stosowny list do samego Wielkiego Chana. W ślad za naszymi agentami ruszy spory odział wojskowy. Może nawet sie skuszę i ruszę wraz z nimi...czuję że cokolwiek się stanie, nie będzie to zwłykłe zabespieczanie krypty...
I tak samo pomyślał teraz Habbe, wstał i podszedł do drzwi.
- Wyruszam natychmiast, niech reszta ludzi czeka na mnie przy bramie.
Nie wyszedł jednak w stronę wyjścia, skierował swoje kroki w lewo. Gdy doszedł do schodów prowadzących na dół usłyszał krzyk kobiety. Kat zapewne zaczął..."zbieranie informacji". Musiał się śpieszyć i w porę zaprzestać tego szaleństwa. Osobiście wypyta nordkę o kilka rzeczy. Potem zadba aby ją wypuszczono. Niespodzianie poślizgnął się i runął na dół. Obił sobie czoło, lewe ramie zawyło od bólu. Przez moment zakręciło mu się w głowie grożąc że za moment straci przytomność. Usiadł na moment, dopiero kolejny, głośniejszy krzyk przerwał rozczulanie się nad sobą.
Niech to szlag, pomyślał, tyle miał do załatwienia że musiałby się rozdwoić aby na czas załatwić wszystko. Musiał także odesłać swoja rodzinę do głównej cytadeli by tam na jego nieobecnośc byli bezpieczni...
Dopadł do grubych drzwi i kopniakiem otworzył je. Za mocno, słaba noga przypomniała że jeszcze nie jest gotowa na takie akty heroizmu. Zagryzł wargi i wyłapał wzrokiem zaszokowanego kata. Ten stał nie z narzedziami tortur...był niemal całkowicie rozebrany i lezał na związanej nordce. Ta związana i naga próbowała go z siebie zrzucić, jednak bezskutecznie.
Nim oprawca zdołał zejść samodzielnie otrzymał szybki cios w szczękę. Upadł i próbował wstać.
- Ty kutasie! - wycedził przez zęby Habbe - Może tak się zabawimy?
Zdzielił męzczyzne kilkakrotnie w twarz, gdy uznał że jego twarz przypomina rozbitego pomidora zaprzestał. Szybko podszedł do kobiety i rozciął więzy .Ta błyskawicznie chwyciła za wielki pogrzebacz leżący na ziemi i zawadiacko zaczeła nim wymachiwać w jego stronę. Habbe rozłożył szeroko ręce i najsopkojniej jak mógł powiedział.
- Spokojnie, nic ci nie zrobię...jestem agentem tego miasta, przybywam by cie wypuścić na wolnośc...
Ta szybko okryła sie podartą suknią ale nie przestała celowac żelastwem w jego stronę. Po chwili opuściła broń i z ulgą odrzekła.
- To ty próbowałeś nie dopuścić do aresztowania mnie, teraz dopiero cie poznałam. Dziwne metody przesłuchań u was panują...
Habbe spojrzał na kwilącego kata i rzekł.
- Na kilku normalnych zawsze znajdzie sie bestia, nie mniej inna od tych które atakują całe wsie. Mam do ciebie parę pytań...ale nie tutaj. Udamy sie do innego miejsca, gdzie nikt nas nie podsłucha.
- Jak wyjdziemy obok straży? I czy mogę ci zaufać mimo twoich zapewnień?.
- Kobieto ja mam dzieci i żonę...
Kobieta na ostatnie zdanie spochmurniała, jedna, samotna łaza spłyneła po jej policzku.
- Wyjdziemy tajnym wyjściem, z przezorności muszę zakryć twoje oczy, sama rozumiesz, już nie było by to tajne przejście, nieprawdaż?
Usłusznie się zgodziła i wyszła trzymana za ręke wraz z nim. Czas naglił, i kazda godzina była dobrowolnym poddaniem się czemuś z krypty..