Ciąg dalszy rozdziału .5.
W Uxhal tego dnia wrzało, niemal wszyscy mieszkańcy miasta wyczekiwali posłańców rhodockich. Mieszczanie wraz ze swymi świtami przechadzali się po ulicach aby móc na własne oczy przyjrzeć się im odwiecznym wrogom. Szczęśliwcy mieszkający przy drodze która prowadziła do zamku wisiała na balkonach. Straż została postawiona w stan gotowości, co rusz odział przechodził czujnie obserwując tłum.
Plais dostrzegł z balkonu zamieszanie przed główną bramą, poselstwo już dotarło. Hektor stał obok, nic nie mówił, był lekko poddenerwowany całą ta sytuacją. Na dole jeden z żołnierzy krzyknął do nich.
- Panie, poselstwo dotarło, za nimi ciągną inni lordowie swadii.
Co on powiedział??? Jacy lordowie, po co tutaj mieliby zmierzać, niech to szlag. Teraz mogą pokrzyżować jego plany, czyżby za jego plecami zebrano naradę i to w Uxhal? Baron spojrzał na Hektora pełnymi wściekłości oczyma.
- Nie wiem panie jak to możliwe - zająkał się na chwile - Nic mi nie było wiadome o tym aby baroni mieli się tu zebrać.
No tak, oni przecież potajemnie to zrobili, w zupełnej tajemnicy. Ale co oni tu robią w czasie gdy posłańcy tych psów tu są? Cokolwiek by to nie było nie może być zbiegiem okoliczności. Oni wszyscy coś knuli przeciw nowemu panu tego miasta. Wstrząsnął nim nagły dreszcz, znał to uczucie, jego władza była zagrożona. A co jeśli...Haringoth jest wśród nich jakimś cudem? Co jeśli nawet Harlaus przeżył i także skrycie tu zmierza? Było jasne że w tedy jego dni są policzone, nie dość że odbiorą mu co jego to na dodatek staruch pozbawi go tytułu. Potem wygna z królestwa lub co gorsza każe powieść...
- Hektor, biegnij do Alei rozpusty, znajdź naszych przyjaciół. Czuje że muszą nam pomóc w delikatnej sprawie.
Ten pośpiesznie poprawił płaszcz i wyszedł. Plais krzyknął za nim jeszcze.
- Tylko się pośpiesz, od tego zależy czy głowy nasze zostaną na swoim miejscu...
Do zamku wchodzili właśnie rajcy i mistrz gildii, spojrzeli na niego z nieukrywaną radością. Nigdy go nie zaakceptowali w roli władyki miasta. Jeśli przyjdzie co do czego to nie zawahają się sypać. Oby zasrani zabójcy i to przewidzieli. Jeśli na czymś im bardzo zależało to powinni teraz mu pomóc. Tak wszak powiedział mu ich przywódca.
Chciał jeszcze zostać tutaj, zobaczyć kto przyjechał, ale lepiej jak uda się do sali audiencyjnej, w drodze do niej trzeba jak kiedyś w Suno...sprawnie dobierać słowa. Przeklinał po raz wtóry los ,czy chciał tak wiele? Czy aż tak bardzo wymagał czegoś dla siebie? Działał zawsze w imię Swadii, nie zawsze dobrymi czynami, ale fakt pozostawał. Jeśli kogoś poświęcał to nie dla siebie, robił to dla ukochanego królestwa. Od zawsze nie podobało mu się to że musieli ulegać presji ze strony innych królestw. Że Harlaus zamiast siłą walczyć co swoje, wolał paktować. Wysyłać dary i jak to się skończyło? Swadia znalazła się na skraju upadku, a on chciał ją podnieść...czy inni to rozumieli? Każdy z tych parszywych baronów chciał uszczknąć trochę złota i władzy dla siebie. Wątpliwe czy którykolwiek z nich przejmował się na poważnie krajem.
Pośpiesznie strażnicy otwarli mu wrota do sali, w środku jeszcze nikogo nie było, rajcy czekali pewnie na lordów. Jako zwyczaj każe oni wchodzić winni pierwsi. Szybko nalał sobie wina i trzęsącymi sie dłońmi wypił od razu całą zawartość. Słyszał za wrotami gwar rozmów, czuł się jak złapana w klatce mysz. Czuł się ofiarą jakiegoś spisku ,kimś kogo powinni sie pozbyć. Mroczny plan wcielać w życie nie bacząc na to co Plais dobrego zrobił dla Swadii. Chciał się teraz po prostu rozbeczeć i powiedzieć ze ma w dupie już wszystko i niech robią co chcą. Ale o nie, nie da im satysfakcji, pokaże im że do końca będzie szedł w zaparte przy swoim. Ma cennych sprzymierzeńców, w nich pokładał bezgraniczne zaufanie.
Wrota powoli się otwierały, jak bestia próbująca go pożreć żywcem. Baron napiął mimowolnie wszystkie mięśnie, przełknął ślinę i najlepiej jak potrafił zachował pewność siebie. Pierwszy wszedł Grainwad, łysy pajac z jeszcze śmieszniejszym płaszczem, za nim kolejno Despin, Stamar, Beranz, Montewear, Meltor, Rafard, Clais i Deglan. Dziewięciu baronów,czyli tylko tylu się ostało, może jeszcze nie jest tak źle. Bez słowa każdy zasiadł na fotelu, Grainwad obrzucił wzrokiem całą sale. Nie czekając na posłów rzekł.
- Plais nie zastanawia cie jedna rzecz ?
- To znaczy?
Ten przybrał ponury wyraz twarzy i kontynuował.
- Powiedz mi jak to u licha możliwe że Delinarda ktoś zamordował skoro wiem od swoich ludzi że jest na północy u nordów. Resztki naszych ludzi wraz z najemnikami sie nim opiekują gdyż podupadł na zdrowiu. Czyżbym czegoś nie zauważył przez lata i Delinardów było dwóch ??
W sali rozległy się konspiracyjne szepty, co ten palant bredził? Przecież na własne oczy widział go martwego na tym fotelu. Jak to możliwe że by się nie połapał. Pamietał jego twarz i o pomyłce nie mogło być mowy.
- Słuchaj, sam na własne oczy widziałem go martwego.
Meltor tradycyjnie wtrącił swoje trzy grosze.
- To mamy problem bo możliwe że jeden z nich to sobowtór, pytanie kto za tym stoi i jaki miałby z tego zysk...
Plais zastanowił się ,wrócił myślami do tamtego dnia. Dał by sobie ręce uciąć że denat na fotelu to Delinard. Te same rysy twarzy, wzrost, wszystko się zgadzało do licha. Zabójcy mogli by tak bardzo się pomylić? Przecież to był ich fach, zabijanie, nie mogli takiej kaszany odstawić.
- Poza tym - kontynuował Grainwad - rok temu po straszliwej klęsce naszych wojsk Delinard nigdy nie wrócił z nami do swadii. Nikt z nas zresztą nie miał czasu aby go odwiedzić w Uxhal. Każdy musiał zabezpieczyć swoje włości. Pytanie, czy Delinard skrycie przybył do miasta czy był w nim cały czas. Albo nigdy nie wrócił, tylko prawdą jest że przebywa u nordów. A jeśli tak to twoje roszczenia do miasta są bezpodstawne Plaisie.
- Grainwad, cenię twoje uwagi, wiesz o tym. Sam przez rok byłem...więziony u tych psów. Gdy uciekłem ,kluczyłem po borach byle dotrzeć do naszych ziem. Zupełnie przypadkiem tu trafiłem. Delinard jednak nie żył, a rada rozpaczliwie chciała mnie jako pana miasta. Ktoś musiał przywrucić tu ład.
- Niech wejdzie zatem rada - rzekł Stamar gładząc wąsy - Przekonamy się co oni mają do powiedzenia.
Cholera, pomyślał, gdzie się podziewa Hektor. Jeszcze chwila i wszystko straci, było więcej niż pewne że ci idioci go wydają. Powiedzą że nikogo o to nie prosili, mogli poczekać na spadkobierce po Delinardzie. Ile prawdy tym było że wśród nich są ci przekupieni przez zabójców? Cholerny Delinardzie, nawet po śmierci potrafisz namieszać.
Rajcowie z mistrzem gildii weszli wykonując ukłon. Zasiadli na końcu stołu, kilku z nich rozłożyło księgi uważnie coś czytając.
- Mistrzu gildii - rzekł Stamar zezując jednocześnie na Plaisa- Jak to się stało że nasz przyjaciel Plais objął rządy nad Uxhal? Wierzę że nam to wytłumaczysz.
-Panie! - krzyknął jeden ze strażników - Świta rhodoków czeka przed wejściem.
Cóż za ulga, chwilowo muszą odłożyć ten temat na bok. W tym czasie oby Hektor się uwinął z zadaniem.
- Niech wejdą...
- Niech czekają - przerwał mu Grainwad - mamy tu sprawę którą najpierw chciałbym rozwiązać. Przebyli tyle drogi...niechże im służba poleje wina i przeprosi za chwilkę czekania.
Plais był wściekły, ten głupiec zachowywał się jakby był panem tego dworu, jednak nie chciał się nic odzywać. No cóż przyjmie z dumą na siebie wszelkie oskarżenie, z jeszcze większą je obali.
Mistrz gildii spojrzał na obydwu baronów zupełnie jakby się znalazł między młotem a kowadłem.
- Ekchem ,no więc mam wszystko na piśmie, jednakoż prawa...
Wrota uchyliły się i wszedł jeden z rajców, siwiejacy mężczyzna z twarzą jakby przez ostatnie dni nic nie spał. Taszczył pod pachą grubą księgę.
- Wybaczcie panowie za spóźnienie, musiałem pozbierać niezbędne dokumenty. A ty - zwrócił się do mistrza gildii - Jak masz zamiar cokolwiek osądzać bez księgi głównej? Którą to ja spisuję a bez której nie masz na mocy prawa cokolwiek rozstrzygać.
Plais odetchnął z ulgą ,to najwyraźniej człowiek zabójców, chwała ci Hektorze. Mistrz gildii spojrzał na swoją księgę, wyraz twarzy mówił mu że jest co najmniej zdziwiony że ma inną.
- Jak to możliwe, miałem ją wczoraj wieczorem na biurku...- szepnął bardziej do siebie niż do reszty.
- Tak więc miłościwi lordowie - rzekł nowo przybyły magister - Na wszelkie pytania oraz wątpliwości chętnie odpowiem.
Beranz wpatrywał sie na jego szyje.
- Co się panu stało? - wskazał na zaczerwienione ślady na szyi - Skąd te ślady na karku?
- Oh to? Nic takiego, wczoraj jakiś gówniarz chciał mi zrobić psikusa w odwecie za zamknięcie jego ojca. Wrzucił mi w nocy węża polnego przez okno, dobrze że w porę sługa usłyszał dźwięk rozbitej szyby i nie odratował.
Baronowie znowu zaczęli szeptać między sobą. Najwyraźniej nie bardzo chcieli wierzyć w tą historie. "Głowa gildii" spojrzał na niego i rzekł.
- Ależ ty nie masz sług, zawsze sam dbasz o domostwo.
- A ty co, śledzisz mnie czy jak? Lubie czasem mieć towarzystwo...
Plais nie wiedział czy się śmiać czy płakać, gość jeszcze lepiej od niego kłamał. Nie ma się co dziwić, był zamieszany w groźną szajkę. Na porządku dziennym musiał kłamać. Reszta lordów nie ukrywając odrazy zaprzestała dalszych pytań. Gestem dłoni Grainwad kazał mu kontynuować.
- Hrabia Delinard zginał zamordowany, wielka to strata dla miasta i kraju. Ale jako że bez władcy miasto jest siedliskiem zepsucia musieliśmy podjąć bardziej radykalne metody. Harabia Delinard nie zostawił po sobie syna, maiał córkę wszak oraz żonę, jednakoż...Ich ciała odnaleziono kilka miesięcy temu nad rzeką, zginęli wraz ze świtą. Nie wiemy kto podjął sie tego okrutnego czynu, myślę że to te dziwne stworzenia.
- To dlaczego nie ma ich w krypcie rodzinnej? - rzekł Despin.
- Gdyż nie dane nam było wsiąść zwłoki...strażnicy którzy natrafili na ciała zostali zaatakowani przez bandytów. Przeżył jeden wręczając mi insygnia lordowskie. Chwilę potem sam skonał z odniesionych ran. Z dobroci serca nie powiadomiłem o tym ludu, by ich serca nie pękły z bólu.
- To co najmniej dziwne że tak wiele osób nagle ginie w jednym czasie. - zripostował Grainwad - Sam przyznasz że ofiar jest tak wiele że mógłbym zakładać że ktoś celowo zamordował całą rodzinę.
- Nie mamy czasu Grainwad - rzekł Clais- Czekają na nas posłańcy oraz ważniejsza kwestia. Po to wszak tu przybyliśmy...
Grainwad nie ukrywał irytacji, zmierzył Plaisa lodowatym wzrokiem, zupełnie jak niegdyś Haringoth. Zawsze ktoś znajdzie się na jego miejscu by bruździć mu w życiu.
- Ale - kontynuował magister - Jeśli wasza miłość chce odwołania barona Plaisa ze stanowiska władcy Uxhal. Trzeba spisać stosowny dokument którego rozpatrzenie, liczne sprawdzanie pod kątem prawa, zajmie nie mniej jak pół roku...
Dobrze, cała wataha dostała za swoje. Ich miny były bezcenne, musiał się powstrzymywać by nie wybuchnąć śmiechem.
- No cóż to możemy przyjąć naszych gości panowie ?
Reszta spojrzała na niego z ukosa ale nikt nie zaprotestował. Plais gestem dłoni dał znak strażnikowi aby wpuścił rhodoków. Za wrotami czekało kilkunastu rhodockich żołnierzy, jednakoż do środka weszły trzy osoby. Pierwszą z nich niemal od razu rozpoznał, kolejny stary wróg, niech to szlag trafi. Dopiero co uniknął wpadki a już przyjdzie mu zmierzyć się z nowym problemem. Baron Raichs, przed którym ponad rok temu musiał uciekać gdy zaatakował karawanę rhodoków oraz vaegirów. Nosił na sobie znamiona zmęczenia , zmienił się wiele od ostatniego spotkania. Tu i ówdzie siwizna zdobiła jego głowę, delikatnie kulał na jedną nogę. Nie mniej jednak Plais był więcej niż pewny że to on. Za nim szedł dużo młodszy mężczyzna, tego człowieka nie poznawał.
- Szlachcic Vordemor De Vulchis, przyboczny lorda Raichsa - skłonił się młodzieniec.
Ostatnia osoba była kobietą, niska jasnowłosa istotka. Ubrana w szlachecki strój także się skłoniła przed resztą, wykonując nienaganny ukłon.
- Osobisty sekretarz króla Gravetha, Ymira,do usług przyjaciele ze Swadii.
Znał to imię, głupia dziewka z głupimi ambicjami, swego czasu podróżowała ze zbieraniną nie mniej idiotycznych najemników. Było nawet o nich głośno, zmieniali panów jak rękawiczki. Służyli temu kto więcej płacił, kto to nimi przewodził? Ach tak, ten chłystek Alayen wraz z Lezalitem "mądrym". O ile nie miał informacji o tym drugim to młodego znano w całej Carladii za jeden czyn . Urodził się w małej szlacheckiej rodzinie, jego ojciec był znanym rycerzem. Jednak gdy Alayen miał osiemnaście wiosen jego ojciec podupadł na zdrowiu. Ale nie miał możliwości syna uczynić rycerzem, młody pewnej nocy wykradłszy zbroje ojca uciekł z domu. Ukradł szkapę u miejscowego kowala i ruszył w świat. Głosił że jest rycerzem, że jego rodzina ma bogatą przeszłość , że jest wzorem rycerza. A był pachołkiem ,do tego złodziejem, jego ojciec na wieść o tym zmarł z rozpaczy. Matka nigdy nie wybaczyła synowi tego co zrobił. Potem jednak stopniowo ludzie zapomnieli o tym. Witano go w wioskach jak bohatera. Aż wreszcie los postawił go na drodze Lezalita. Po kilku miesiącach banda psów wojny urosła znacząco. I tak zaczęła się ich sława. Ciekawych towarzyszy dobierali sobie rhodocy, brali każdego ażeby tylko zyskać przewagę nad wrogiem.
Trójka posłów usiadła, służba każdemu nalała wina i wyszła z sali.
- No więc, witam was - rzekł udając spokój Plais - Z czym do nas przybywacie?
Ci popatrzyli po sobie ,wyglądali na zdziwionych tym pytaniem. Głos zabrał jednak Grainwad, wstał i rzekł wskazując na powoli otwierane wrota.
- Powitajmy nowego władce, pana i króla Swadii. Dziś nasz piękny kraj będzie miał władce. Nasi przyjaciele przybyli tu na polecenie chorego króla Gravetha, chcieli także złożyć hołd .
Plais podążył za wzrokiem wszystkich, był w szoku, był zdziwiony ale i jednocześnie wściekły. Co się tu wyprawia, specjalnie wybrali jego miasto oraz celowo nie dano mu znać że tutaj wybiorą nowego króla? Ale kogo? Nikt z tu obecnych, to pewne, ale kto mógł to być. Dlaczego nie otrzymał choćby szczępka informacji o tym? Wtedy omal się nie przewrócił, znał tą osobę, jeśli ta osoba zostanie królem to jego problemy dopiero się zaczną. Poprzednie przy tym to błahostka.
Grainwad - a jakże by inaczej - spojrzał na wciąż zdziwionego Plaisa.
- Co jest? Nie cieszysz się że wreszcie po roku mamy władce? Opłakujmy dobrego Harlausa ale i jednocześnie świętujmy następce.
Magistra nie było już w sali, kiedy on wyszedł do cholery? I dlaczego teraz? Nadal był mu potrzebny i to bardzo. Nie poradzi sobie jeśli przyjdzie mu wyrazić roszczenia do tronu. Ale czy w ogole taka możliwość wchodził w grę jak już wszystko było przesądzone? Coraz bardziej był wściekły, cały plan diabli wzięli. Nie powiedziane czy nie zechcą Uxhal uczynić stolicą. A to oznaczałoby że Plais pójdzie w odstawkę i nawet jego prawo do rządów nic nie będzie znaczyło. Po prostu będzie musiał oddać miasto królowi.
O ile mężczyzna byłby jeszcze do manipulacji o tyle nieodgadnięta psychika i opór kobiety jako króla będzie wielkim problemem. Isolda...dlaczego do cholery właśnie teraz musiałaś się pojawić. Akurat przed tym gdy to Plais miał ambicje aby zostać królem. Dlaczego to ciebie musieli wybrać, od lat chciała wygryźć Harlausa. Podważała jego prawo do rządzenia, jak żmija sączyła jad w jego żyły. Może motłoch potrafiła okłamać, czarować pięknymi słówkami. Ale o nie, on nie był ślepy, wiedział co tej suce chodziło po głowie. Była chciwa i nieodgadnięta jak każda baba. Każda taka była, leciała na złoto, na dwór. Byle szlachcic, nie ważne jak szpetny mógł się ożenić z piękną chciwą i zachłanną kobietą. Ciekawe czy plan baronów zakłada jej ożenek z jednym z nich. Wątpił by pozwolono jej samej objąć tron. Musieli sobie zdawać sobie sprawę z tego dobrze by było mieć jednego z nich przy Isoldzie. By tej coś głupiego nie wpadło do głowy. Kogos mądrego, przystojnego, utalentowanego jak on. Patrząc na resztę nie widział w nich króla, zapewne myśleli o tym samym co on. Ale jakie mieli szanse? Kilku z nich miało już żonę, a więc jego szanse zwiększyły się o połowę. Pytanie czy baba sama wybierze z kim chce być czy kategorycznie po włożeniu jej korony na głowę odmówi...Nie było przypadku gdy nagle z tego wszystkiego zaczęła go głowa boleć. Oj Plaisie, pomyślał, ileż ty musisz wycierpieć...Za jakie grzechy, nasunęło mu się stare chłopskie przysłowie "Biednemu zawsze członek w oczy", mimo że nie był biedny rozumiał przesłanie aż nad to...