To będę chyba jedyną osobą, która uważa, że Fallout 1 miażdży klimatem całkowicie część drugą. Nie powiem, grało mi się w "dwójkę" zajebiście i z pewnością spędziłem przy niej znacznie więcej godzin, niż przy jedynce, była ona ponadto znacznie bardziej rozbudowana i w wielu kwestiach ulepszona w stosunku do części pierwszej. Niemniej jednak schrzaniono w niej klimat.
Dlaczego? Bo co chwilę atakują gracza nawiązania do rzeczywistości. Z jednej strony dodaje to smaczku grze i nieźle można się ubawić, gdy nagle pojawi się np. jakiś motyw z Monty Pythona (a tych była cała masa). Z drugiej jednak, kompletnie niszczy to klimat świata jako całości, jako zamkniętego i kompletnego konceptu, nie pozwalając graczowi do końca wczuć się w rolę i przenieść się całkowicie do wyimaginowanego uniwersum.
Fallout 1 miał właśnie taki swój zamknięty świat, w którym można się było po uszy zanurzyć bez obawy, że za chwilę z magicznego stanu wytrąci gracza nawiązanie do Tysona, czy Star Trek. Ta postapokaliptyczna atmosfera towarzyszyła graczowi na każdym kroku. Za to właśnie kochałem "jedynkę". Tę grę się przeżywało, a nie grało w nią. Fallout 2 już tego niestety nie miał i mimo iż momentami również był bardzo klimatyczny, to ogólne wrażenie psuły właśnie te cholerne nawiązania do rzeczywistości oraz zbytnie "przebajerowanie", które też po części przyczyniło się do zniszczenia tego specyficznego, surowego, tajemniczego i złowrogiego klimatu świata znanego z cześci pierwszej.