Verator
Wziąłeś część towaru na sprzedaż i ruszyłeś w stronę targu. Pamięć cię nie zawodziła i klucząc chwilę w bocznych alejkach trafiłeś na główne targowisko miasta. Na pierwszy rzut oka wydawało się zupełnie normalne. Sprzedawcy jak zwykle zachwalali swój towar z udawaną sympatią w głosie, kupujący starali się być odporni na te nagabywania, lecz zazwyczaj i tak ulegali zakusom oferujących towar. Jednak po bliższym przyjrzeniu się - w końcu to nie twój pierwszy targ w życiu jaki odwiedzasz - wyczuwasz jakąś nerwowość i napięcie. Straganów jest zauważalnie mniej niż ostatnim razem gdy odwiedzałeś Kirkwall. Niemniej, liczyłeś podsłuchać jakieś rozmowy i dowiedzieć się o czym plotkuje całe miasto. Ruszyłeś więc pomiędzy stragany.
- Najlepszej jakości... nigdzie pan tego... może przyjrzeć... ile... chyba pan kpisz... nigdzie nie znajdziesz... od jak dawna... antyki... pierwszej klasy... towar... zapłata... musi pani to mieć... - Mijając kolejne stragany słyszałeś jedynie zwyczajny gwar miejskiego rynku. - Kapitan rozesłał... słyszałem, słyszałem... no ale kto by pomyślał... cały oddział? - Dopiero po chwili dosłyszałeś skrawki rozmowy kupca oferującego przyprawy z kupującym, który po ubiorze i ilości zakupów wydawał się być sługą jakiegoś bogatego mieszczanina.
Thalmir
Zeskakując z konia, dotarło do ciebie, że od dawna na Kirkwall nie spadła ani kropla deszczu. Ziemia pod twoimi stopami była zeschnięta na kamień i choć miasto leżące blisko morza nie będzie miało problemów z wodą, tak fakt braków opadów wydał ci się cokolwiek dziwny - no ale w końcu nie takie natura miała kaprysy. Stając na ganku karczmy, zdałeś sobie sprawę, że wskazano ci bodajże najnędzniejszy lokal w mieście. Otwarłeś skrzypiące drzwi i wszedłeś do środka. Szybki rzut oka na wnętrze lokalu. Pomieszczenie było kwadratopodobnym tworem, zastawionym dość gęsto - obecnie niemal pustymi - krzesłami i solidnymi stołami. Na przeciw wejścia widać było schody prowadzące do góry oraz ladę, za którą stał karczmarz próbujący napalić w piecu. Izba nie była idealnie oświetlona, co nie przeszkodziło ci w podejściu do najbliższego stolika i zajęciu miejsca. Kilka krzeseł po lewej śpi jakiś wieśniak. Dwa stoły dalej - po prawej - siedzi trójka mieszkańców (raczej niezbyt zamożnych). Przy karczmarzu kręci się jego żona - ot cała karczma przed południem. Może pomyliłeś miejsce i to nie tutaj miałeś się spotkać? Raczej nikt z obecnych nie wydaje się być tym kogo szukasz...
- W piecu jeszcze zimno, to żeś Panie źle trafił i żarcia nie dostaniesz. Ale napić się możesz. - Spytał karczmarz, który zbliżył się po chwili. Niemal w tym samym momencie uchyliły się drzwi i do izby weszła inna osoba. Człowiek, ale tylko tyle mogłeś stwierdzić, bo słońce oślepiło twoje oczy, które powoli przyzwyczajały się do półmroku pomieszczenia. Ledwie drzwi się zamknęły, a po chwili znów z dokuczliwym skrzypem stanęły otworem... Tym razem stał w nich krasnolud.
Cavaron
Zbliżyłeś się do wskazanej gospody. Budynek wydawał się zaniedbany, ale jesteś tak bardzo zmęczony, że najwyżej po drzemce zaczniesz żałować, że spędziłeś ją na zbutwiałym posłaniu z karaluchami jako towarzyszami. Elewacja budynku wyglądała na solidną, lecz cholernie zaniedbaną. Mimo tego, przywiązałeś konia do najbliższego słupa znajdującego się przed wejściem i poszedłeś w kierunku drzwi. Zdecydowanym ruchem - jak na niemal śpiącego człowieka - otworzyłeś drzwi, które skrzypnęły nieprzyjemnie. Wszedłeś do środka i przyjrzałeś się całemu pomieszczeniu. Trochę ciemno, bałagan też niemiłosierny... Karczma przed południem, a krzesła w nieładzie jakby mieli ją właśnie zamykać, a nie otwierać. Przy jednym stole siedziała trójka obdartusów, popijająca jakieś breje, przy innym stole siedział ktoś kto zupełnie nie pasował do tego miejsca, dalej przy stole pod ścianą po lewej stronie spał jakiś wieśniak. Miałeś podejść do karczmarza, który pytał o coś siedzącego przy stole człowieka, kiedy zostałeś trafiony otwieranymi drzwiami...
Garwald
Kikrwall... Kiedyś pewnie było w lepszym stanie. Wiedziałeś dużo o historii i dobrze znałeś losy tego miasta - albo tak ci się tylko zdawało. Ruszyłeś pieszo w stronę najbliższej karczmy... najtańszej karczmy. W końcu jesteś krasnoludem i dobrze wiesz, że tylko takie przybytki oferują to co najlepsze - bójki, gówniane żarcie i szczyny zamiast piwa. Idąc drogą, zauważyłeś, że mija cię dość mało przechodniów jak na tę porę dnia, choć prawdopodobnie nie ma w tym niczego nadzwyczajnego - Kirkwall lata świetności ma już za sobą i wiele osób może szukać szczęścia w bogatszych miastach. Jako krasnoludowi, choć widziałeś prymitywizm budowli, szkoda było ci patrzeć na rozpadające się mury i budynki. W końcu dotarłeś pod karczmę, która znajdowała się w podobnym stanie jak reszta otaczających ją domostw. Nie zastanawiając się dłużej i mając nadzieję na łyk szczynobrowaru z samego rana, podszedłeś do drzwi i zdecydowanym ruchem otworzyłeś je na oścież... Tzn. Może i byś otworzył je na oścież, gdyby w coś nie uderzyły. Jednocześnie przekroczyłeś próg karczmy...