A ja wrócę do tematu generacji (od strony technicznej).
Zacznijmy od tego, że wg mnie najmocniejsze uzasadnienie/motywacje dla przechodzenia w następne geny mają łucznicy( a już zdecydowanie konni łucznicy).
Policzmy(bez konwertowania)- 18 str(potrzebne dla warbow/longbow) , ewentualnie 15 str dla HA(strongbow)
I Agi(a właściwie weapon master) do oporu- minimum 175p (warbow/longbow) 160p(strongbow dla HA)- powtarzam, minimum.
Jeśli łucznik myśli o jakimś środku lokomocji, poprzeczka wędruje zdecydowanie w górę(tu już jest mowa o 24 Agi)
A jeśli jeszcze nam się zamarzy walczyć w melee na przyzwoitym poziomie-dochodzi nam wyrobienie nadprogramowych 100 WPF(też minimum) dla białej broni(1h/2h/polearms).
Poza tym; łucznik, który nie chce chodzić w szmatach;)(realna suma weight przekraczająca 10),, to już w grę wchodzą następne levele do wyexpienia(na poczet kar za obciążenie).
Tego nie da się osiągnąć bez przechodzenia w następne generacje(tzn da się, ale trwało by to epoki- ok1/2 roku?).
I tu drobna rada- przechodząc w następne geny, łucznik zatrzymuje str na poziomie 12(a nawet 9, jeśli kogoś do depresji nie doprowadza mizerna skala obrażeń nomad bow)-wszystko ładujemy w Agility.
Dlaczego?
Bo tylko to nam zapewni w ciągu tygodnia(bez szaleństw) wejście na poziom 8 WP(weapon master).
I co ważne, od początku rozdzielamy punkty na bow i na drugą (białą)broń.
Przy czym w łuk nie opłaca się pakować więcej niż 150p, cała reszta wędruje na drugie konto(np 2h).
Dzięki temu utrzymamy wysokie transfery WPF w następnych pokoleniach.
Przykładowo w IV genie pompując 7 WP , uzyskuję 160WPF (bow) i 111(2h)
I z tego wędruje 20% na następny gen.
Chyba wszystko jasne:)
PS póżniej trochę wyedytuję tekst, żeby było jeszcze jaśniej:)
EDIT: Gdyby na Battle było wymagane żelazne przestrzeganie wymogów taktyki(np pod grożbą banu) oburzenie/zniechęcenie graczy byłoby wielokrotnie większe. Bo co by mieli zrobić Ci wszyscy dywersanci/ninja(w dużym stopniu to dotyczy również konnicy), których najbardziej bawi, najpierw przebicie się, a później sianie spustoszenia na tyłach wroga?
EDIT 1:No i jeszcze dochodzi kwestia bezmózgich przywódców.
Jako przykład podam jedną z zabawniejszych historii, jak mi się zdarzyła w cRPG.
Otóż na mapie "bitwa przy rzece"(o ile dobrze kojarzę nazwę, mapa znana doskonale również z native) po kilku rundach, w ktorych moja drużyna dostaje srogi łomot, pada hasło od kilku samozwańczych przywódców- "Wszyscy idziemy na zamek!"
Myślę sobie-"kuźwa, jaki znów zamek? Czyżby ta zburzona wiocha pomiędzy respawnami to ma być ten zamek? Ale przecież tam ciągle łazimy i ciągle są tyły... "
No ale nic, jest pomysł, ok, zobaczymy, co się będzie działo.
Zaczyna się runda i kolesie lecą( z siege ladders) za rzekę do tego... Muru okalającego polanę , gdzie zawsze się naparza konnica. Ładują drabiny i towarzycho tam włazi , no i rzeczywiście na tych murach jest cud miód malina dla łuczników/kuszników.
W ekspresowym tempie mój team wystrzelał 3/5 przeciwników przy minimalnych stratach własnych(ja na szczęście/nieszczęscie nie dobiegłem bo dostałem lancą w plery), ale... strzały/bełty się dawno skończyły , a drabiny poszły w pył.
No, dalej chyba nie muszę opowiadać.
OK, powiem...
Jump, jump, jump, czyli akt zbiorowego samobójstwa.