Grievous, jest taka fajna pozycja: H.H.Hoppe, "Demokracja - bóg, który zawiódł". Celnie wali po pysku ustrój demokratyczny i panujące w nim zakłamanie.
Tak w skrócie, ale na tyle jasno, żeby można było zrozumieć moje podejście:
Zwolennicy demokracji twierdzą, że akt głosowania, popularny w systemie demokratycznym nadawał władzy i działaniom przez nią podejmowanym przymiot dobrowolności. Po pierwsze, jeśli nawet mamy do czynienia z poparciem większości społeczeństwa dla rządu i jego kompetencji, to nie można mówić o dobrowolności, a jedynie o tyranii uciskającej mniejszość. Po drugie, w demokracji pośredniej, a ona jest dominującą, obywatel nie głosuje za określoną sprawą, lecz wybiera reprezentantów, postępujących wedle swej woli przez pewien okres czasu. Formalnie rzecz biorąc nie są oni reprezentantami sensu stricto – nie da się ich indywidualnie wybrać i w dowolnym momencie zwolnić, a do tego wybierający nie jest osobiście odpowiedzialny za ich działania. Nie może być również mowy o dobrowolności poparcia nawet przez tych, którzy oddali głos na zwycięzców – oddanie głosu, bowiem, staje się jedynym wyjściem z sytuacji, dającym możliwość partycypacji we wzajemnym rabunku, a także złagodzenia tyranii innych. W końcu, w akcie głosowania nie uczestniczy całe społeczeństwo. To z kolei sprawia, iż mistyczna większość wcale nią nie jest, stanowiąc jedynie 20-30% ogółu społeczeństwa. Dodatkowo, można chociażby zaznaczyć, że opodatkowany jest każdy, niezależnie od uczestnictwa czy też jego braku w wyborach oraz bez względu na to, na kogo oddał swój głos poparcia.
Demokracji można zarzucić wiele. Przede wszystkim jej przejściowy charakter i mnóstwo wewnętrznych sprzeczności. Jeżeli większość głosujących zdecyduje się na zmianę ustroju, to demokracja jest jedynie środkiem prowadzącym do rozwiązań autorytarnych. Jeśli zaś owej ludziom odmówi się prawa do podjęcia powyższej decyzji, to nie można mówić o demokracji, bowiem władza nie należy już do większości głosujących. System ten cechuje społeczeństwa niestabilne, gdyż nie działa w socjalizmie ani układzie wolnego rynku – w pierwszym przypadku działalność opozycji byłaby uwarunkowana decyzjami władz posiadających 100% środków produkcji, w drugim zaś głosowania odbywałyby się wyłącznie w dobrowolnych spółdzielniach. Demokracja pośrednia, różniąca się od jej bezpośredniej formy, czyli głosowania określającego politykę rządu, charakteryzuje się również innymi wadami, niż wspomniane powyżej. Mianowicie reprezentacja proporcjonalna naznaczona jest niestabilnością, tak jak opinia publiczna, z której się ona wywodzi. Co więcej, granice okręgów wyborczych lub ordynacje są arbitralnymi rozwiązaniami wpływającymi na obraz głosowania, a podział na okręgi można logicznie doprowadzić do poszczególnego wyborcy. Dodatkowo pojawiają się trudności definicyjne dotyczące głosującej większości i jej przypisania do danego terytorium. Ostatnia ze sprzeczności dotyczy władzy sądowniczej, niezależnej od decyzji wyborców – jest ona bowiem sprzeczna z zasadą demokracji, ale jeśli sędziowie byliby nominowani przez głosujących obywateli lub ich przedstawicieli, nie można by mówić o ich niezależności.
Pomijam już tzw. kwestię preferencji czasowej. Generalnie rzecz ujmując polega to na tym, że człowiek przedkłada dobra wcześniejsze nad późniejsze oraz trwalsze nad mniej trwałymi. To zjawisko nosi miano preferencji czasowej. Jej poziom jest odmienny dla każdego ludzkiego istnienia, a wpływają na niego różne czynniki wewnętrzne i zewnętrzne (te pierwsze to np. uwarunkowania biologiczne, sposób wychowania, wpojony system wartości, drugie zaś to kataklizmy, klęski żywiołowe). Ogólną jednak zasadą jest to, iż człowiek wymieni dobro obecne na przyszłe jedynie wtedy, gdy spodziewa się, że w ten sposób zwiększy ilość swych przyszłych dóbr. Poziom preferencji czasowej jest wysoki, kiedy ludzie zdecydowanie wybierają teraźniejszość, a niski, gdy opowiadają się za przyszłością. Niski poziom preferencji czasowej objawia się w procesie cywilizacyjnym poprzez zawłaszczanie ziem, produkcję, podział pracy i inwestycje. Wysoki poziom preferencji sprowadza się do konsumpcji.
I teraz, w systemie demokratycznym kiedy urzędnik wybierany jest na określony czas do roli dysponenta całej sfery dóbr należących do administracji publicznej, ale również gdy chodzi o 'przedstawiciela' ustalającego sposoby pozyskiwania od innych osób bogactwa - głównie za pomocą podatków - to jako że nie występuje w roli pełnego właściciela, będzie mu zależało na jak najszybszej konsumpcji i w miarę szybkim osiągnięciu korzyści, nim zostanie oderwany od źródełka. W momencie obalenia monarchii (nie żebym był jej zwolennikiem) spada tendencja do oszczędzania i inwestowania celem osiągnięcia skapitalizowanych później zysków - sprawujący władzę nie traktują przedmiotu władzy, a więc państwa, jako swej własności, ale jako czasowo użytkowane dobro.
Najlepszym przykładem jest kwestia psucia pieniądza, odejścia od pieniądza złotego i gigantycznego procederu inflacji w demokracjach, jakie nie były spotykane w żadnej monarchii.
Znów się rozpisałem :P