Pozwólcie że się wtrącę, to o czym piszecie to jedna z podstawowych wad demokracji...
Teoretycznie powinno być tak, jak pisze Sir_Khag, ale nigdzie na świecie tak nie jest. Niby wybiera się kogoś żeby nas reprezentował, ale żeby być skutecznym polityk musi albo być z jakiejś bandy/partii albo szybko się zapisać... Słyszeliście o jakimś bezpartyjnym, skutecznym polityku? (w USA startują np. miliarderzy na prezydenta i co?)
A partia w "demokracji" kieruje się nastrojami społeczeństwa, sondażami itp. i gdzieś ma fakt, że każdy poseł, jej członek (dobre określenie:)) kogoś niby to miał reprezentować (nie piszę tu tylko o naszej patologii, tak jest w każdej "demokracji").
Wszędzie więc tworzy się kasta zawodowych "polityków", dziedziczna zresztą (podobnie jak lekarze, adwokaci i in.) której jedynym celem jest utrzymać się przy władzy i kręcić lody...(córka b. prezydenta i Dubieniecki idą do polityki! Za jakie zasługi?)
A społeczeństwo, zg. z krzywą Laffera, przeciętnie niezbyt lotne, łyka te bzdury i cieszy się że ma "wpływ na władzę"...
Nie twierdzę że to źle, iż polityką zajmują się zawodowcy, ale z demokracją to ma tyle wspólnego co ja z baletem...
Swoją drogą, ciekawe jaka jest graniczna liczba obywateli gdzie demokracja bezpośrednia ma sens..