Została sama w pokoju po tym jak upewniła się, że drzwi wejściowe są zamknięte, myślała nad konceptem użycia rytuału, o którym czytała i starczyłoby jej na to czasu ale zamiast tego doszła do wniosku, że może się zabezpieczyć jeszcze inaczej.
Wpierw upewniła się, że okna są pozamykane i zasłoniła zasłony, po chwili przyniosła kilka czarnych worków na śmieci i połączyła je srebrną taśmą klejącą, tak że tworzyły prostokąt o wymiarach okiennicy, niestety nie posiadała niczego do obramowania więc przykleiła swe dzieło na zasłony. W takim wypadku z zewnątrz mogło to wyglądać jak zasunięte zasłony, zaś od środka worki stanowiły idealną barierę.
Rozebrała się, gdyż nigdy nie wyznawała sypiania w czymkolwiek i zanurzyła się w pościeli, którą uprzednio wyciągnęła z tapczanu - całość operacji zwykle zajmuje jej kilka sekund, tym razem jednak myśląc o wszystkim tym co ją dziś spotkało - zajęło jej to z pół godziny. Kładąc się czuła że wstaje dzień, znużenie i otępienie coraz bardziej dawało się we znaki.
Spoglądała na plastry foli które sztywno doklejone tworzyły tak jakby bardzo słaby witraż. W pokoju panował półmrok mimo iż na zewnątrz słońce promieniami penetrowało zasłony, zamknęła oczy i przekręciła się na bok zasypiając.
Stała w słonecznym pokoju ale w cieniu zasłony przyozdobionej gwiazdami widziała siebie leżącą w rodzinnym domu na Węgrzech, prawie zapomniała już jak wyglądało to miejsce. Jej pokój, choć dziecinny - miał regały z księgami i solidne biurko. Léna bardzo szybko nauczyła się pisać i czytać, stąd za sprawą jej ojca taka wizja pokoju i ukradkiem obserwacje jak czyta, notuje i później przy kolacji zadaje dorosłe pytania, lecz dziś był ten dzień gdzie leżała w gorączce i wpatrywała się w okno. Na łóżku tuż przy niej rodzinny lekarz zakończył badanie i chował stetoskop do swej starej i wytartej torby, siwiejący mężczyzna jeszcze chwile wpatrywał się w dziewczynkę po czym do pokoju weszła matka,
- co z nią ? - zapytała troskliwie podchodząc i chwytając dłoń córki i siadając na wolnej przestrzeni dużego łoża
- gorączkuje Pani Rufus, sugeruje antybiotyk i...,
- nie - stanowczo, choć ze łzami w oczach przerwała mu matka
- proszę posłuchać, jeżeli nie otrzyma leku to...
- nie zmienię decyzji męża
- rozmawiałem z nim i znam jego zdanie ale dziecku można zapewnić inaczej nabieranie odporności - powiedział spokojnym tonem,
- to jego wola by tak to wyglądało, pana obowiązkiem jest dbanie by to przerwać, gdyby zagrażało to jej życiu
- z całym szacunkiem ale pierwszy raz w swej karierze widzę dziecko z taką gorączką, które jest jeszcze w stanie kojarzyć...
- co mówisz różyczko ? - przerwała mu matka i nachyliła się nad nią
- ta pani jest smutna - charcząc i ledwo dobywając głosu, dziecko zwróciło uwagę na stojącą w rogu Kate,
- to twoja wina - nerwowo wrzasnęła w jej kierunku matka. Kate zastygneła w bezruchu, chciała coś powiedzieć ale usłyszała trzask i zobaczyła jak cały pokój przewraca się o 90 stopni,
- musimy uciekać Panie Rufus ! - krzyknął strażak,
- nie zostawię tu córki !
- tu jej nie ma ! To wszystko zaraz się zawali, na miłość boską człowieku uciekaj stad !
- nieeeeeeeee ! - mężczyzna wrzasnął i przewalił ostatkiem sił odłamek betonowego filaru. Tuż za nim siedziała umorusana Léna, tuląc nadpalonego misia trzęsła się i ledwo mogła cokolwiek powiedzieć
- już jestem promyczku, tatuś za chwilę cię stąd zabierze - wyciągnął ją z potrzasku i mocno utykając skierował się do strażaka,
- zajmiemy się nią, pana musi opatrzyć lekarz - strażak musiał krzyczeć a i tak był przerywany przez odgłosy gniecionej stali i sypiącego się im na głowy tynku oraz pomniejszych betonowych odłamków,
- karetki są na dole prawda ? - wycedził przez ból mężczyzna
- tak ale my się z nią udamy szybciej, Henk ! Weźmiesz pana ze sobą, obydwaj udacie się na sektor ósmy tam jeszcze ktoś jest - krzyczał do kolegi po fachu,
- to moja żona - kaszląc odpowiedział będąc kierowanym na dół po klatce schodowej. Nie chciał oddać dziecka ale dobrze zapamiętał drogę z tego miejsca mimo, że wielokrotnie musieli zmieniać klatki - nie wszystkie miały już schody.
Na dole było spore zamieszanie, setki policjantów i lekarzy, strażaków i opatrywanych ludzi, podziękował strażakowi i nalegał by ten zajął się swym obowiązkiem, on sobie poradzi. Minął karetki i odszukał swój samochód. Podszedł do niego, zaś ze środka pojazdu wysiadł starszy od niego siwizną jego kamerdyner,
- Winterson ! - krzyknął do niego,
- wszystko gotowe do odlotu i tak jak Pana żona...na nieboskłon Pana, gdzie ona jest ? - zapytał zatroskany przejmując dziecko od niego
- w środku, muszę po nią wrócić - krzyknął
- na wszystkie świętości, niech Pan tam nie idzie, to wszystko zaraz runie !
- wiesz, że muszę
- zaklinam Pana na ród i herb ! - wrzasnął ze łzami w oczach zaufany druh i przyjaciel
- zawsze byłeś mi kimś bliżej niż tylko przyjacielem ale teraz jedź już i zabierz ją stąd, ona musi żyć, zadbasz też o jej przyszłość
- Panie...
- nie przerywaj, w schowku masz listy i dyrektywy na taką ewentualność, ufam ci i wiem, że zrobisz jak należy a teraz jedź, zabieraj się stąd ! - krzyknął mężczyzna. Widząc, że kamerdyner z dziewczynką na ramionach nie reaguje tylko patrzy się na niego otępiały, podszedł do niego energicznie, zaciskając zęby z bólu i uderzył go w twarz,
- messze ! - wrzasnął, kierowca jakby na komendę wsiadł do auta delikatnie wnosząc dziecko na tył i zapiął pasy,
- prosze stąd odjechać, tu nie jest bezpiecznie, czy ktoś z krewnych tam jeszcze jest ? - zapytał policjant kierowcę,
- halo prosze pana ? Musze znać nazwisko jeżeli chciałby pan...
- nikogo tam nie ma - odparł sucho Winterson odpalając silnik,
- nikogo z żywych - powiedział przez łzy do funkcjonariusza i odjechał, ocierał twarz kilkakrotnie i zaciskał dłonie na kierownicy klnąc przy tym nie raz po węgiersku, dopiero po chwili poprawił lusterko i obserwował pasażerkę z tyłu,
- panienko Léno, niech się panienka nie martwi, wieczorem się wszystko uspokoi - rzucił w jej stronę zdanie, w które sam nie wierzył, na szczęście nie słyszała tego - zaraz by mu wygarnęła kłamstwo, zawsze umiała przewidzieć kiedy okłamuje ja dla jej własnego dobra. Raz po raz zerkał też na schowek w samochodzie.
Kate siedziała tuż obok niej i wpatrywała się w siebie samą, chcąc dodać jej otuchy jakiej nie miała wtedy wyciągnęła do niej dłoń,
- jeszcze ci mało ?! - wrzasnął jeden z mężczyzn
- zobacz co nam zrobiłaś szmato ! - krzyknął zaraz drugi. Nagle stała na pustej ulicy i widziała dwóch spalonych sanitariuszy
- jak ja teraz dziecko odbiorę ze szkoły ?
- a ja nie spłacę kredytu ! Wszystko przez ciebie ! - krzyczeli
- ja, ja nie chciałam, ja przepraszam
- przeprosinami nie nakarmię rodziny !
- to był wypadek - krzyknęła Kate,
- demon !
- nałożnica belzebuba ! - krzyczeli,
- NIEEE ! - wrzasnęła czując, że już nie jest w stanie pohamować żaru w dłoniach,
- nie ! - wrzasnęła zrywając się z łóżka i ściskając poduszkę, której poszewka była nadpalona, cisnęła ją w kąt i skuliła się na łóżku.