Marcus TrethveyRzucam ostatnie spojrzenia na zabudowania redańskiej stolicy. Z pewnością nie będę wspominał ich dobrze. Następnie kieruję mój wzrok w stronę zagajnika, do którego się zbliżamy. Z tej odległości nie jestem w stanie określić poszczególnych typów drzew, jednakowoż, nie wygląda on na zbyt gęsty i stary. W końcu wjeżdżamy w kępę drzew, które okazują się być rozłożystymi klonami, przerośniętymi grabami, zieleniącymi się od liści lipami i ogromnymi bukami. Miga mi przed oczami wiele krzaczków obwisłych jagodami i borówkami oraz malinowe chruśniaki. Wszystkie są obwieszone owocami, co sugeruje, iż nawet mieszkańcy podgrodzia się tu nie zapuszczają. Dziwne, ludzie nie gardzą nawet najlichszym jedzeniem, a tu omijają miejsce tak bogate w drewno i owoce leśne? Podejrzane, choć, z drugiej strony, zapewne dlatego Ważny wybrał to miejsce. Po jakimś czasie dostrzegam norę borsuczą, okrytą gęstymi chaszczami. '
Ha, wprawny łowca z odpowiednim sprzętem miałby tu świetne miejsce!' - myślę sobie. Po chwili zastanawia mnie jedna sprawa: czemu nie słyszę żadnych ptaków... ani innych zwierząt? Dziwne to miejsce. Po jakimś czasie jazdy zatartą, od dawna niewykorzystywaną ścieżyną pośród drzew, dojeżdżamy do polany ze spaloną chatą w centrum.
-
Zagadka rozwiązana. Któż założy się, że mieszkała tu jedna z ludowych uzdrowicielek, ale poniosła ona śmierć z ręki ludu, podjudzonego przez kapłanów i miejskich felczerów? Plebs myśli pewnie, że "czarownica" przed śmiercią przeklęła ten teren i lepiej się tu nie zapuszczać - mówię cicho sam do siebie. Na widok wozu oraz koni domyślam się, iż nadszedł czas, bym objął dowodzenie w drużynie. Zeskakuję z powozu i staję naprzeciw skazańców. Przyglądam się ich twarzom... redański wywiad nie dostarczył mi ich rysopisów, więc nie wiem właściwie, która postać jaką ma twarz, ale jedno jest pewne - są cholernie podobni do moich dawnych kompanionów! Patrząc na ich lica, zamyślam się...
***
Ciemność. Ciemność? Gdzie podziały się ruiny chaty? Ku swemu zaskoczeniu zdaję sobie sprawę, iż leżę na ziemi. Ktoś uderza mnie stanowczo po twarzy.
-
Wstawaj! Wstawaj Marcus, do k***y nędzy!Otwieram oczy... ku swemu zdziwieniu dostrzegam przed sobą Dathanda Ostrita, mego zmarłego na wzgórzu Sodden kompaniona. Ma rozwichrzone włosy i osmaloną twarz. Rozglądam się oszołomiony... to na pewno zwidy. Czuję wyraźnie swąd palonego mięsa... obok mnie leży Galhar Gensus, Cintryjczyk. A właściwie to, co z niego zostało.
-
Ruszaj się, k***a, Marcus, bo zaraz znowu trafi to któryś z tych j*****ch piorunów! - krzyczy Dathand. Przy jego lekkiej pomocy, staję na nogi.
-
Co jest, k***a?! - mówię sam do siebie. Powietrze przecinają świetliste groty, gdzieś w oddali wybuchła kula ognia, o do niedawna stojąca tam postać, zapewne czarodziej, zniknęła w rosnącym płomieniu. Otacza mnie nieznośny huk i wrzaski umierających w straszliwych męczarniach. Moja głowa pulsuje bólem ledwo co zaleczonej rany, pamiątki z marnadalskiej klęski.
-
No ruszaj się! - po raz kolejny wydziera się na mnie mój towarzysz.
-
Cholera, gdzie jest reszta oddziału? Nic nie pamiętam! - pytam się go, równocześnie żegnając wzrokiem dymiące resztki Galhara.
-
Ty z Galharem pilnowaliście dostępu do wieży, ale trafiła w was jedna z tych przeklętych kul ognistych! Cintryjczyk chyba już pożegnał się z życiem, podobnie jak Inhardt, zarwała się pod nim skarpa jak jeden z tych nilfgaardzkich magów trafił w nią jakimś zaklęciem... Reszta, dowodzona przez Leonarta broniła ruin na wzgórzu, gdy odchodziłem - odpowiada Dathand.
-
Dobra, ruszajmy do ruin, może tam ktoś jeszcze żyje - decyduję się i biegnę, a raczej kuśtykam pod górę zbocza. Wszędzie słychać ludzkie jęki. Powoli zbliżam się do miejsca, skąd dobywa się seria huków. Niedaleko ruin rudowłosa czarodziejka toczy zacięty bój z równie nieznanym mi nilfgaardzkim magiem. Hałas jest nie do wytrzymania, oboje miotają w siebie najprzeróżniejsze mordercze zaklęcia, błyskawice, płomienie, iluzje... Gdyby to była zabawa, byłby to przedni pokaz czarodziejskich arkanów... ale to był bój na śmierć i życie. Zatkałem uszy, nie mogąc znieść tych odgłosów. Nagle magiczka została ugodzona zaklęciem. Nie mam pojęcia jakim, ale wrzask, jaki wonczas usłyszałem, zapamiętam na zawsze. Zbliżałem się do ruin, niemal całkiem otoczonych przez Czarnych.
Zaszedłem pierwszego przeciwnika od tyłu, po czym ciąłem go dexterem. Nie dość pewnie - obrażenia zdecydowanie mi to utrudniały. Miast rozciąć go, zadałem tylko bolesną ranę i Nilfgaardczyk zawył, ściągając na mnie i Dathanda uwagę reszty oddziału. Szybko podeszli do nas i otoczyli. Zaczęli wyprowadzać sztychy i cięcia, w różnych sekwencjach, licząc, że w końcu przełamią blok. Przyjąłem postawę alber, parując kilka cięć, w końcu zaś któryś z wojowników spróbował zamaszystego ciosu toporem na moją głowę. Prędko przeszedłem w pozycję kron i szybkim oberhawem zakończyłem żywot wroga. Wówczas rozpoczął się kontratak obrońców ruin wieży. Rzucili się na Nilfgaardzyków i po krótkiej, acz krwawej walce zabiliśmy ich wszystkich. Ledwo żyw, siadłem na trawie i popatrzyłem na pobojowisko, korzystając, że w tej części wzgórza walki ucichły. Kilka metrów ode mnie leżał Dathand. Był przebity włócznią, treść żołądka powoli wypływała mu na wierzch. Obok niego leżał mój wierny druh i zastępca Leonart. Topór trafił go w głowęi oderwał sporą część "mięsa" od jego czaszki, jednak nie to, a bełt Nilfgaardczyka go zabił. Postrzał był przypadkowy, jednak celny - szlachcic dostał w prawe oko. W ruinach leżał Eckhart, zginął jeszcze przed naszym przybyciem. Popatrzyłem na moich ludzi.
-
Jak to przeżyjemy, to zwalniam was ze służby. Mam dość oglądania trupów... może by tak zająć się handlem? - mówię po części do nich, po części sam do siebie.
-
Ty handlem? Przecież ty nawet liczyć do dwudziestu nie umiesz! - zaczął śmiać się Virgilius, syn zamożnego kupca. Właściwie to miał ledwo czternaście lat i przypałętał się do nas, cholera wie czemu, gdy powinien siedzieć w szkółce przyklasztornej, jak mu ojciec przykazał.
-
Widział go kto! Mleko ma pod nosem, a dorosłych będzie pouczał! - wyraziłem swoje niezadowolenie, ponieważ brakowało mi dobrej riposty.
-
Gadać też nie umiesz, więc politykę też sobie odpuść. Trzeba umieć przegadać oponenta - odpowiedziała Daethie, elfka którą uratowaliśmy po tym, jak jej komando zostało rozbite przez Temerczyków. Trudno powiedzieć czemu, zamiast oddać ją pierwszemu lepszemu watażce jako wichrzycielce, traktowaliśmy ją jako kogoś równego sobie.
-
Skoro masz tyle do powiedzenia... to znajdź nam jakieś konie, chcę jak najszybciej opuścić to miejsce! - odpowiedziałem, znów z braku dobrego argumentu.
-
Jak to? Sp********y? - zapytał się krasnolud, Veltan.
-
Tak. Mam już dość tego całego zabijania. Wszędzie tylko krew, mózgi, kości, uryna i flaki. Chcę wrócić, k***a, do normalnego życia. To bitwa czarodziejów, nie mam zamiaru dać się usmażyć za marne pieniądze jakie dają nam Temerczycy - odparłem Veltanowi po odejściu elfki.
-
Nie ma co, czas się ruszać... - zaczął mówić Berentor, rosły chłop z okolic Angrenu, gdy nagle dostrzegłem zbliżającą się na niebie kulę ognia.
-
Skakać na booooki! - krzyknąłem, po czym sam rzuciłem się w stronę krzaków. Potężne uderzenie. Ból. Ciemność.
***
Otwieram oczy. Stoję ciągle na polanie, ale ludzie rozeszli się. Poubierali się. Cóż, przynajmniej myślą.
-
Wybaczcie tę długą chwilę, ale... mój umysł był czymś zajęty. Zwą mię Marcus Trethvey z Moën, herbu Dwie Wrony, jeśli ktokolwiek zainteresowany jest heraldyką. Jako, że posiadam eksperiencję w takowych zadaniach, wybrano mnie na waszego dowódcę. Znam wasze nazwiska, jeno wywiad redański nie przedstawił mi waszych rysopisów, więc wolałbym, abyście się mi przedstawili. Jak już się ubierzecie, to zbliżmy się do tych ruin. Zbadamy je, po czym rozbijemy obozowisko. Póki co nie rozpalajcie ognia - zwracam się do drużyny, po czym, poprawiając miecz, ruszam w stronę koni, wybieram tego, który wyda mi się najzwinniejszy i ruszam w stronę spalonej chaty.