Obrażenia otrzymywane faktycznie zmniejszone były o 1/2. Natomiast nie zwiększyły się te zadawane.
Dlatego śmiem twierdzić, że uderzenia dwóch, kolejno zjeżdżających lansjerów, nie były słabsze od tych, zadawanych na poziomie wyższym. Nie były słabsze też strzały oraz szable łuczników ;)
No oczywiście. Zderzy się Twój lansjer z cudzym zbrojnym lancami. Twój zada mu normalne obrażenia, a sam dostanie połowę. To jasne, że tamten padnie od razu, a Twój ma jeszcze ogromne szanse przeżyć.
chociaż w tej grze nie oddziałują wszystkie prawa fizyki. Nie sumują się wektory
I to jest, cholera, problem, tyle że żeby takie rzeczy poprawić - do momentu aż będzie w pełni realistyczna fizyka - trzebaby zacząć pisać silnik od nowa :D Do wersji 1.0 może jeszcze coś tam poprawią (chociażby te nachylanie włóczni przez piechotę itp.), ale na jakieś porządniejsze efekty możemy dopiero liczyć w drugiej części gry. Miejmy tylko nadzieję, że autorzy nie pójdą w super grafikę, a bardziej skupią się na super rozgrywce.
Co do zdobywania zamków - nie dyskutuję. To jest jasne, że muszę trafić na słabą załogę, albo mieć potężne siły. Każdy wchodzący na mury, dostaje się automatycznie pod grad ciosów z kilku stron. A każdy wbiegający po trapie, obrywa od strzelców. Jest to walka na wyniszczenie, w której nie ma mowy o większych manewrach. Dlatego też zgadzam się z Tobą. Zwłaszcza, jeżeli trafi się na załogę uzbrojoną w topory, które unieszkodliwią nasze tarcze ;).
Najlepiej jest szukać zamków, które były oblegane, ale nieskutecznie - wtedy może siedzieć w takim ze 20-30 jednostek. Tak samo, jeśli wróg przejmie Twojej frakcji zamek, a wtedy odbijesz go, zanim zdążą naładować tam wojska, a ewentualny lord pilnujący włości, jest jeszcze osłabiony po bitwie. No, i z tego co wiem zawsze pierwszy zamek dostaje ktoś inny, dopiero drugi może być Twój - a jak już masz swój, możesz tam sobie postawić kilkaset jednostek, gotowych zawsze do walki. Co najmniej dwustu strzelców i praktycznie żaden zamek już Ci się nie oprze. Samych strzelców - nie mówiąc o piechocie i mniej rozwiniętych kusznikach.
A jeśli już coś oblegać, to zdecydowanie najłatwiej oblegać zamek Malayurg - przynajmniej z tych, które sam oblegałem. Twórcy popełnili karygodny błąd: zanim wieża oblężnicza dojedzie do murów, może minąć kilkanaście minut. W murach jest stromy wyłom, po którym przepychający się obrońcy... po prostu się ześlizgują. Wystarczy postawić tam kilku piechurów (a resztę - kuszników - zostawić nieco w tyle) i wróg praktycznie sam się zabije. Zanim wieża dojedzie, w zamku może już praktycznie nikogo nie być.
Pozorowany atak lekkiej konnicy i zbiegli za mną na dół ;).
Szkoda tylko, że nieraz i nasze wojska tak robią. Szczególnie Khergici wydają się niesforni, na komendę "utrzymać pozycję" lub "za mną" reagują jakby z opóźnieniem. To twórcy także mogliby poprawić.
W czasie samego ataku nie wchodzi się na mury tylko ostrzeliwuje lucznikami obrońców. Gdy skończy Ci sie amunicja - wycofujesz sie i ponawiasz obleżenie (amunicja sie odnawia).
I tak do skutku czyli do momentu gdy zredukujesz obronę zamku do 10-30 łudzi.
Jeśli obrońca ma dużo snajperów - trzeba tak ustawiać swoich żołnierzy żeby ich jak najwieksza liczba widziała jak najmniej przeciwników (wtedy koncentują ogień i szybko eliminują jednostki przeciwnika)
To jest najlepsza strategia moim zdaniem. Jak już się ma własny zamek z obstawą, to do drużyny nawet najlepiej brać samych strzelców. Przy ustawionej dużej bitwie (300 osób) tak jak u Ciebie - 40 kuszników - może nie wystarczyć i trzeba brać ze sobą 120 ;) Sam nie wiem jak duża jest różnica w zdobywaniu zamków przy 72 a 300 jednostkach w bitwie. Na pewno im mniej, tym łatwiej wejść na mury, zapewne też mniej strat. Ale mniej realistycznie :P
Jeśli obrońca ma dużo snajperów - trzeba tak ustawiać swoich żołnierzy żeby ich jak najwieksza liczba widziała jak najmniej przeciwników
Przy dużej ilości kuszników to może być trudne - ustawiają się w rządku długim na całe mury i raczej nie da się ich wszystkich zgromadzić w jednym miejscu ;) Jakieś mody z szykami bojowymi poprawiają to? Bo tak to nieraz jest to wkurzające. Mogliby chociaż w trzy rzędy co kilka metrów się ustawić.
Im wieksza jest dysproporcja sil miedzy walczącymi na niekorzyść "naszego" lorda tym wiecej dostaniesz punktów za pomoc mu (kiedy podłączyłem sie do walki w której moj lord miał 9 ludzi Vs 70 siepaczom przeciwnika to za jedna walkę standing z tym lordem skoczył z -2 do +12! to jakby zrobić dla niego ze 4 questy). Dodatkowo kilku innych lordów których później spotkałem na "dzień dobry" podnosiło swoj standing do mnie o 2-3 punkty wspominając "słyszałem o tym jak uratowałeś lorda X".
To jest trochę głupio skonstruowane, bo najlepiej czekać aż kumpel jest już bliski przegranej. Mój rekord - 18 punktów w górę, jak dobrze pamiętam to oddziały były około 120 jednostek u mnie, 70 u wroga i jakieś 30 u kumpla. Gdybym zaatakował od razu, mielibyśmy zwycięstwo w kieszeni i tak. Wolałem poczekać, aż wróg trochę kumplowi dokopie - aż do momentu, jak został sam - i dopiero wtedy się dołączyłem. Dziwnie to nieco wyglądało, jak z niebieskim napisem latała tylko jedna postać ;) No, ale tak dostałbym pewnie z 5 punktów, a tak było 18.
Swoją drogą, miałem wczoraj taką sytuację... No, może nieco inną. Ale jak lubicie epickie opowieści :D
---
Veagirzy musieli sobie porządnie nagrabić - dziwnym trafem wszystkie inne nacje rzuciły się na nich. Nikt nie walczył między sobą - wszyscy walczyli z tym samym wrogiem. Cóż, nie było czego pilnować u siebie, bo i tak wróg był już sporo osłabiony, tak więc Rhodokowie mogli bez obaw wystawić kilkanaście armii, które ruszyły na zachód, ku twierdzom "zielonych".
Na pierwszy ogień poszedł zamek Tilbaut - nie było chyba ciężko go przejąć. Niebiescy zostawili tam jednego z lordów (Belanza? imię w sumie nie jest ważne) i stamtąd wyruszyli na południowy wschód, by zająć się oblężeniem drugiego z graniczących ze Swadią vaegirskich zamków - Jeirbe. Kiedy tamtędy przejeżdżałem, naliczyłem aż jedenastu lordów z oddziałami - nieco osłabionymi po wcześniejszych potyczkach, ale nadal w dużej sile. Nieco trwało, zanim zdecydowali się na szturm, w każdym razie w międzyczasie pod pierwszą z ich zdobyczy zdążyła podjechać wroga armia - sam król, w sile siedemdziesięciu ludzi, chciał odbić swoje ziemie. Nie miał może wielkich szans, w każdym razie profilaktycznie zająłem się odganianiem go stamtąd. Nie mogłem zmierzyć się z nim na otwartym terenie - ja, z sześćdziesiątką ludzi nie licząc mnie, w tym z dużą ilością świeżych rekrutów lub jakichś tam zwykłych żołdaków, a jedynie kilkoma porządnymi kawalerzystami, mógłbym nie podołać zadaniu lub - w wyniku nieprawdopodobnego szczęścia - wyjść z potyczki ze stratą większości ludzi.
Nie było więc innego wyjścia, jak ganiać się z wrogiem i bawić w podchody - raz ja podjeżdżałem do niego, by zaczął mnie gonić, raz zawracał w kierunku swojego oblężenia, raz nawet, zrezygnowawszy z odbijania zamku, chciał już się udać do swojej miejskiej siedziby. Musiałem wtedy wykorzystać wszystkie możliwości mojej drużyny, by jednak sprowokować go do pościgu.
W międzyczasie Rhodokowie przystąpili do ataku na mury Jeirbe. Długo to trwało, a ja musiałem przez cały czas trzymać wroga blisko siebie, a jednocześnie kręcić się w tamtej okolicy. W końcu udało się - kolejna twierdza wpadła w ręce niebieskich, a król, na jego nieszczęście, znajdował się wtedy akurat w połowie drogi między mną a zamkiem. Spośród początkowych jedenastu oddziałów kilka ruszyło w stronę swoich siedzib, ktoś na pewno został pilnować zamku, ale jednocześnie co najmniej sześć z nich rzuciło się w stronę złapanego w pułapkę króla. Co prawda nie były to silne oddziały - liczyły sobie po może piętnastu, dwudziestu ludzi, z czego zdolnych do walki było w każdym pewnie niecała dziesiątka. To jednak wystarczyło - razem z moim wojskiem mogliśmy już z łatwością pobić wroga.
Bitwa była dość szybka. Lordowie, w swojej głupocie ruszyli od razu do ataku. Ja swoje wojsko ruszyłem w lewo, okrążając rozległe wzgórze. Zaszedłem na tyły wroga dokładnie w momencie, gdy obie armie zderzyły się ze sobą. Osłabieni po oblężeniach rhodoccy sierżanci wcale nie wyglądali na przestraszonych i cięli wroga jak tylko się dało. Moja konnica z impetem wbiła się we wroga, nadziewając nieosłonięte plecy atakujących na swoje lance. Vaegirscy kusznicy oczywiście stali rozproszeni z tyłu - a cóż dla kawalerzysty może być piękniejszego niż samotny, słabo uzbrojony kusznik?
Tak czy siak, bitwa zakończyła się stratą może czterech ludzi z moich szeregów i niewiele więcej u sojusznika. U każdego z lordów poprawiłem sobie także nieco reputację. Nie był to jednak koniec plusów - król wpadł w moje ręce jako zakładnik, a po kilku dniach jego ludzie upomnieli się o niego. Nie, nie zbrojnie - i tak nie mieliby już kogo wystawić. Zaproponowali mi całkiem ładną sumkę w złocie, na którą przystałem. Jeniec mi na razie na nic, a pieniądze się przydadzą - i tak musiałem nieraz posuwać się do grabieży, by być w stanie opłacić swoich żołnierzy. Teraz przynajmniej mam to z głowy na dobre dwa, trzy tygodnie.
---
Dodam, że działo się to około 35-38 dnia od rozpoczęcia gry, a więc w jeszcze dość wczesnej fazie ;)