Rozumiem... ale nie rozumiem, o co chodzi z poziomem trudności. Tam przecież nie ma opcji, które mogłyby diametralnie utrudnić grę. Zostawiłam sobie na przykład nazwy swoich żołnierzy. To niczego nie ułatwia w samej rozgrywce, pomaga mi sie tylko połapać kto jest kto - nie wpływa to przeciez na stopien trudności, bo moim żołnierze i tak wiedzą do kogo walić. Pomaga to mnie, uprzyjemniając rozgrywkę, bo przynajmniej od razu wiem, kogo ciachać :P - a swoich i tak nie da się trafić, mogę mu najwyżej zabić konia. Dalej... Pokaz kierunek ciosu... też wyłączone, bo po co mi to. Sama widze, z której strony wróg atakuje ^^. Mam włączone pokazywanie obrażeń, które otrzymuję i które zadaję. Cóż, nie wydaje mi się, żeby to szczególnie ułatwiało rozgrywkę. Po prostu daje mi to informacje, które w sumie niczego nie wnoszą ;). AI ustawiłam na najlepsze "good". Celownika łuku nie wylączałam - fakt. Ale i tak strzelam raz na kilkanaście bitew ;). Blokowanie tarczą ustawilam na "poprzez ruchy myszą", tzn tam gdzie machnę, tam bronię, Ciężej chyba się nie da ;). No i to tyle.. Wyłączyłam jeszcze informacje o rannych i zabitych, bo zamiast ułatwiać, zasłaniało pół ekranu :|
No i jak jeszcze mogę sobie utrudnić grę?
Nie rozumiem też, czego Ty chcesz od tych Men at Arms. Oni są przecież daremni... Wyciągam swoich ludzi na wzgórze ( jeżeli jest ;) ) i każę im tam zostać. Sama jadę przed linią wroga, a te barany jadą za mną. Już wam nic na to nie poradzę, że to takie łatwe. I fakt, przeważnie jest ich z dziesięciu.
Co robię z nimi, kiedy teren jest płaski?
Doskonale zdaję sobie też sprawę z faktu, że moja jazda jest jazdą lekką. I to jest własnie plus! Nawet lansjerzy posiadają łuki. Każę im po prostu używać tylko broni strzeleckiej - men at arms nie potrafią ich dogonić, a moi ludzie strzelają do nich, jak do kaczek. No, oczywiście oni bronią się tarczami i są bardzo odporni, ale ich konie już mniej ;). A w czasie zamieszania, sama zdołam zabić mieczem z trzech, czy czterech. Więc z 10 rycerzy, robi się nagle 6 ;) - z czego co najmniej trzech bez koni. Opisuje się to dłużej, niż trwa. Przeważnie wszyscy giną, zanim piechota się dotaszczy. Włącznie z Lordem, którego zabijam zawsze osobiście ;). A potem szarżuję na piechotę i po sprawie. Przybywają w grupach po 30, co jest kolejnym plusem, a nie jest moją winą. Tak wieć z dwie, trzy szarże i po przeciwniku. A moich zginie może dwóch... chociaż najczęściej bywają ranni ( któryś z npc jest dobrym lekarzem ). Zapomniałam dodać, że mam trzech bardzo dobrych w walce NPC ( i jedną ciotę, ale on jest lekarzem ) i Swadian Knight, którego wyszkoliłam kiedyś ze złapanego Men at Arms. Podczasz gdy łucznicy i lansjerzy strzelają, "ręczni" nie próżnują i też rąbią po plerach tych Twoich wspaniałych Men at Arms ;). Dziś rano przekabaciłam jeszcze czterech, którzy awansowali na rycerzy już - teraz walki są jeszcze prostsze.
Co robię, kiedy jest góra?
Początek ten sam - moim każę czekać na szczycie, ja wywabiam wroga. Moi zasypują atarmsów strzałami, póki nie znajdą się u podnóża. Wtedy rozkazuję im zaszarżować - wszystkim. Przeważnie przeciwników jest już mniej ( w czasie wywabiania zdołam zabić z dwóch ), albo są poranieni, albo kilku nie ma wierzchowców - często wszystko naraz. Pierwsi szarżują lansjerzy. Co z tego, że są lekko opancerzeni? Ich piki są śmiertelnie groźne. Kiedy rozpędzeni z góry wbiją się w tych 8 pozostałych atarmsów, zabijają za jednym zamachem z pięciu. Pozostała trójka to już nie problem. A ja poluję na Lorda, chociaz przeważnie ginie w czasie szarży moich. Od dziś rana, na pierwszy ogień jadą Swadian Rycerze, co dodatkowo potęguje impet. A jeżeli ktoś przeżyje, to postępuję analogowo do tego, co napisałam powyżej.
I w ten sposób giną Ci wspaniali Men at Arms, którzy "...nawet sami - w dziesiątkę - mogliby wybić co najmniej tyle samo Khergitów."
No daj spokój ;). To jest tylko komputer.
Żadna konnica nie może się równać z UMIEJĘTNIE poprowadzonymi Khergitami. Zwłaszcza, że armie Lordów nigdy nie składają się w 100 % z konnicy. Dodatkowym wsparciem służą właśnie Swadian Knights, którzy są mi wierni na zabój. W ogóle, to sposób na ich werbowanie jest prosty
( tak, żeby nie uciekli ). Wystarczy wozić jeńców ze sobą, aż napotkasz wroga. Wtedy ich werbujesz i staczasz bitwę. Najlepiej, szybko stoczyć od razu druga. Jeszcze nigdy nikt mi nie uciekł, kiedy korzystalam z tego systemu ;).
I nie widzę problemu w zniszczeniu 3 armii po 150 ludzi pod rząd. Jeżeli w jednej bitwie tracę maks jednego człowieka ( na stalę ), a z dwóch jest rannych, to żaden problem. I tak wszyscy naraz nie walczą. Trzeba tez zachowac proporcje - 10 lansjerów na 30 łuczników + 5 rycerzy
( wiem, to już nie 40 ;) ale Ci rycerze są niesamowici, kiedy sie nimi dobrze pokieruje ). Trzeba oczywiście uważac, żeby pozostałe armie były poza zasiegiem "posiłków" tzn, żeby nie mogły dołączyć do bitwy. Trzeba je wykańczać po kolei. Odpowiednie wymanewrowanie jest banalna, ale trzeba być cierpliwym.
Armie Swadian i tych niebieskich, porozwalałam już tyle razy, że żaden Lord nie posiada praktycznie żadnych Men at Arms. Mało tego - nawet lordowie często biegają już na piechotę, a dziewięciu wyłapałam ( z czego pięciu odkupił ode mnie Chan i wpakował do więzienia ). Natomiast dysponują nimi zieloni, ale Chan ma z nimi pokój, więc się nimi nie zajmuję ;).
Paradoksalnie, największy problem stanowią Nordowie. Ich piechota jest niesamowita i trzeba cały czas trzymać rękę na pulsie, żeby Khergici nie wbili się w nich i nie pozostali bez ruchu. Wtedy giną dość szybko. Odpowiednie panowanie nad nimi wymaga odrobiny zręczności, ale nie jest to znowu takie trudne.
Rzecz jasna, zdaję sobie sprawę ze słabych stron moich ludzi. W walce pieszej radzą sobie raczej słabo. Zadają spore obrażenia i są szybcy... Ale w starciach na wyniszczenie ( jak oblężenia ) nie mają szans - niestety.
Dodam jeszcze, że te wszystkie zwycięstwa, które opisałam, odniosłam z ludźmi wyszkolonymi na 100 %. Wyszkoliłam ich - rzecz jasna - na bandytach i dezerterach. I karawanach. I nie wiem, co miałeś na myśli, pisząc, że gra zaczyna się przy pierwszej złupionej karawanie. To przecież nie różni się niczym od zwykłego starcia. Caravan Guard są strasznie słaby - wystarczy ich tylko dociągnąć od piechoty. Chociaż najczęściej robią to sami, bo szarżują na nas, zostawiając kuszników daleko z tyłu ;). Trochę gonitwy i koniec. Kiedy miałam jeszcze 30 ludzi, bez problemu rozbrajałam karawany z obstawą 45. Chyba tylko kilka razy zdarzyło się, żeby któryś z moich zginął.
No i to w sumie wszystko. Myślę, że rzuciłam dostateczną ilość argumentów, żeby obalić Twoją teorię "potęgi" Men at Arms. Oni są silni, ale nie wtedy, kiedy kieruje nimi komputer ;).