Ciąg dalszy rozdziału 9
"Nie potrafimy powiedzieć czym jest rzeczywistość, potrafimy jedynie powiedzieć, jaka nam się wydaje"(Bechelard)
Ciemność całkowicie skrywała złowróżbnie wyglądające drzewa. Niczym skamieniałe olbrzymy groteskowo spoglądały na grupkę ludzi poniżej. Gdzieś na zachodzie zawył wilk dodając tym samym nieco od siebie jeszcze więcej grozy. Światło księżyca bojaźliwie przedzierało się przez gałęzie, dając ułudę swojego blasku. Powietrze było przesiąknięte chłodem po niedawnych ulewach, oblepiało wszystko dookoła. Przez to powietrze raz po raz przebijały się odgłosy ludzi, ciche, bojaźliwe i niewyraźne.
- Daleko jeszcze? - zagaił po raz któryś już Kerwin.
Tervil mimo ciężkiej zapewnie zbroi przedzierał się przez las niczym łowca, Kerteba również mu nie ustępował. Prowadzili wszystkich w dość szybkim tempie. Vord miał jednak trudności z podłożem, już parę razy ratował się od upadku podtrzymując sie drzew. Nigdy nie lubił brodzić po lasach, a już na pewno nie w nocy. Szczerze gdyby ktoś go teraz zapytał gdzie są to nie usłyszałby odpowiedzi. Byli w lesie, gdzieś daleko od cywilizacji, zdani na łaskę i niełaskę przewodników. Kątem oka zobaczył Livmera który radził sobie jeszcze gorzej od niego. Nawet z tej odległości słychać było okrutnie ciężkie dyszenie. Podbiegł do niego i z współczuciem wyłapał jego wzrok. Ten uśmiechnął się jakby na siłę, zamruczał że po prostu dawno nie spacerował po lesie. Hreth był z tyłu, co chwilę przystawał i nasłuchiwał. Obawiał sie pewnie pościgu, pytanie czy chciał go uniknąć czy wręcz chciał doprowadzić do walki. Jego chęć walki z dnia na dzień była większa, znacząco sie różnił od momentu ich pierwszego spotkania. A może on taki był od zawsze ,tylko skrzętnie to ukrywał?
- Parę mil - przerwał ciszę Tervil - Wkrótce wybiegniemy na równiny i od tamtej pory musimy jeszcze bardziej być czujni.
- Miejsce do którego zmierzamy to Krwawe Głazy...- wtrącił Kerwin - Alem nigdy nie słyszał by coś oprócz kamieni tam było. Jestescie pewni że tam coś jest?
Jeśli rycerz znał odpowiedz to najwyraźniej nie miał zamiaru jej udzielać. Przyspieszył jeszcze bardziej, wszyscy musieli zdwoić wysiłek by nie stracić go z oczu. Powoli las zaczął się przerzedzać, ukazując tym samym jasną poświatę równin. Vord czuł się teraz całkiem nagi na takim terenie. Jeśli musieliby teraz się schować przed kimś to nie mieliby zbyt dużego pola manewru. Trawa sięgała im do kolan, tutejsza roślinność nie imponowała wysokością. Farmerzy słusznie narzekali na ziemie w tutejszych terenach. Była nieokiełznana od lat. No ale przecież dawniej, ludzie prowadzili tu bujnie gospodarkę. Jak tego dokonali?
Przerwał te myśli które tylko niepotrzebnie zawracały mu umysł, a ten miał być czysty i gotowy na wszystko. Kerwin poprawił kuszę na plecach i smarknął donośnie. Jakby chciał przerwać tę ciszę. Kerteba odwrócił się w biegu i utkwił w nim surowy wzrok. Kerwin tylko sie uśmiechnął do niego.
Młodzian zastanawiał się jak tak bardzo nie zgrana drożyna ma współdziałać. Napięcie na linii Tervil i Hreth było dobrze odczuwalne. Nie sposób było aby mieli wspólne zdanie. Przez tych dwóch i inni nie pałali do siebie szczególną przyjaźnią. Przyboczny kapitana rycerzy sprawiał na każdym kroku wrażenie , że jeśli by mu tylko pozwolić...pozabijał by najemników. Widać było że nie jest zadowolony z ich obecności, ale rozkaz swego pana skutecznie powstrzymywał go przed samowolą. Może gdyby nie buńczuczne nastawienie Hretha, byłby bardziej otwarty na bezkonfliktową współpracę. Trzeba było więc tylko się łudzić i mieć nadzieję że jeśli dojdzie co do czego, wszyscy jak jeden mąż wspólnie będą działać. Czyż nie przyjemnie i pokrzepiająco było tak właśnie myśleć?
Gdy dobiegli na niewielkie wzgórze Tervil zatrzymał wszystkich. Wpatrywał się w ledwo widoczny mały punkt przed nimi. Kerteba rozglądał się dookoła. Oboje niczym sokoły lustrowali otoczenie. Wietrzyli zapewne zasadzkę lub coś równie niepożądanego.
- Dziwne...- z nutą rozczarowania w głosie rzekł Tervil i kontynuował - Myślałem ze "śpiący" postara się nam uniemożliwić dotarcie do głazów. Jednak nie wyczuwam aby w pobliżu znajdowali się jego pachołki. Gdyby był widoczny wróg, mielibyśmy jakiś obraz tego jak działać. Teraz tym niepewnej i niebezpiecznie będzie zbliżać się do celu. Taka niewiadoma...jest dla nas bardzo niekorzystna.
Hreth ku zaskoczeniu Vorda nie skomentował słów kapitana w tak dobrze znany arogancki sposób. Także obserwował odległy punkt. Zupełnie zatracił się w myślach, milczał i miał poważny wyraz twarzy. Można było zauważyć jak jego prawa dłoń kurczowo ściska stylisko toporka, aż tak bardzo że palce miał niemal białe. Vord chciałby teraz wiedzieć jakie myśli przewalają się przez głowę starego. Co planował i najważniejsze jak się zachowa gdy dotrą na miejsce.
Livmer korzystając z chwili postoju opadł ciężko na ziemię, Kerwin w tym czasie sprawdzał kuszę. Tylko on nie wiedział co ze sobą zrobić. Każdy wydawał się odnajdować w swojej roli ,każdy wiedział co robić. A on? Jedyne co potrafił to zalewać siebie masą pytań. Rozmyślać o wszystkim i o niczym. Przeklął siebie za to, nie jest nawet teraz przygotowany do nadchodzących wydarzeń. Mimo tylu wydarzeń nie jest gotowy. Zupełnie jakby te na siłę tylko go porywały.
- Nie jesteśmy sami.
Tervil ze zdziwieniem odwrócił się do Hretha. Ten kontynuował widząc malujące się pytanie na twarzy rycerza. Nawet Kerteba był zupełnie zaskoczony słysząc starego.
- Skoro nie ma w pobliżu głazów poczwar...to w grę wchodzi inny wróg, myślę że Nurvel doskonale o tym wie, i z jakiegoś powodu nie próbuje nas zatrzymać. Pytanie jaki ma w tym interes i z kim przyjdzie nam się zmierzyć.
Odpowiedz przyszła równie szybko. Na prawo wśród morza traw pojawiły sie liczne sylwetki jeźdźców. Z tej odległości nie mogli stwierdzić kto to jest. Było ich kilka tuzinów, może mniej? Mgła nie rzedła a ranek nie nadejdzie jeszcze prędko. Instynktownie wszyscy przykucnęli i obserwowali w nerwowym milczeniu. Konni zmierzali wprost do Krwawych Głazów, co do tego nie było wątpliwości. Czy to nowi strażnicy "śpiącego"?
- Proponuję powoli podchodzić bliżej, idźcie schyleni na tyle na ile to możliwe, roślinność nam dopomoże.
Wszyscy wysłuchali Tervila i ruszyli do przodu, nikt nic nie mówił. Zapewne każdy w duchu przygotowywał się do nadchodzących wydarzeń. Może wspominali rodzinę? By po raz ostatni ujrzeć ich twarze, uśmiech i miłość. Tak bardzo brakującego ciepła ot tak dawna, uczucia bezpieczeństwa. Od długiego czasu żyli w mroku i ciągłym strachu, każdy czuł że musi podjąć to ryzyko. Może ostatnie i decydujące? Vord na moment poczuł się niczym bohater opowiadań. Gdzie rycerz wyrusza w góry i pokonuje pana zła. Ratuje świat, zdobywa bogactwa i ukochaną. By żyć później długo i...szczęśliwie. Ciekawe czy którykolwiek pisarz zadawał sobie pytanie na ile coś takiego jest realne. Czy jeden człowiek lub garstka może zrobić coś by uratować nie siebie, nie królestwo, lecz cały świat?
Po dłuższym czasie musieli znowu się zatrzymać. Tym razem z przeciwnej strony zmierzała spora grupa ludzi. Tych jednak mogli już odgadnąć. Swadianie, w grupie jeszcze większej, kilku konnych, reszta to piechota. Zmierzali także w stronę Głazów. Jednak szybko zatrzymali się widząc innych konnych już przy kamieniach. Nastał impas i obie strony zdawały się zastygnąć w bezruchu.
Ktoś ich uprzedził, najwyraźniej nie oni jedni chcieli sie dostać do tych podziemi. Bo po cóż innego mieli by sie tu pojawić?
- Do jasnej cholery!! - Krzyknął Aleric - Dlaczego żołnierze się wycofują?!
Vordemor podążył wzrokiem w stronę miasta, faktycznie, cała armia biegła na złamanie karku byle tylko jak najdalej od miasta. Czyżby swadianie posiadali więcej żołnierzy niż twierdzili szpiedzy??
Lord nie ukrywał złości, zawołał na jednego z kapitanów oddziału rhodockich "Czarnych Glewii".
- Bierz swój odział, i czym prędzej zawrócić mi tą hołotę, jeśli trzeba będzie zabijcie kilku dla posłuchu! Nie możemy teraz odpuścić!
Kapitan chwile sie zawahał ale szybko wykonał rozkaz, odział runął po zboczu w dół. Z rożnych stron pola bitwy odzywały się trąby, to grały aby zagrzać do walki a jednak większość grała do odwrotu. Lord zastanawiał się co sie stało że ze zwycięzców stali się pokonanymi. Przecież cytadela była już prawie ich. Skąd ci przeklęci swadianie nabrali na tyle sił aby wyprzeć przeważającą liczebnie armie rhodoków. Armia vaegirów i odział Turegora były już daleko w drodze, nie mógł liczyć zatem na odwody. Wsiadł szybko na konia, za jego przykładem poszedł Vordemor.
- Co robimy?- spytał nieśmiało.
- Jak to co?? Musimy szybko przejąć dowodzenie i poprowadzić ludzi, w każdej chwili gotowi są zwiać, cała pieprzona armia!
Ruszyli galopem w dół, teraz więcej żołnierzy biegła na wzgórza, nieliczne odziały nadal nacierały na miasto. W powietrzu czuć było panikę, losy całej armii zawisły na włosku. Morale drastycznie malało, jak do tej pory na wyłomach muru nie zauważyli ani jednego wroga. Gdy dojechali do bramy lord niemal nie krzyknął ze strachu. Wszędzie toczyła się walka, brutalna i zajadła. Ale nie ze samymi swadianami....rhodocy nie dość że walczyli ze swadianami to na dodatek i ze swoimi. W zasadzie walczył każdy z każdym, cóż to za szaleństwo?
Ustąpili oddziałowi Czarnych Glewii, ci wpadli w tłum tłukąc każdego na swej drodze, zmierzali wprost na cytadelę. Za wyłomu pojawił się nagle rhodocki żołnierz, cały w potarganym stroju, trzymał w zębach ludzką dłoń. Gdy zobaczył dwójkę jeźdźców, wypluł dłoń i z rykiem, nieludzkim rykiem rzucił sie na nich. Dopiero teraz dotarło do Alerica co właściwie sie działo, to ożywieńcy, czytał i słyszał o nich. Słudzy pana spod krypty...Lord szybkim cięciem pozbawił poczwarę głowy. Vordemor zmagał sie teraz z kolejnymi dwoma, szarpali go wściekle, gryźli wierzchowca. Szybkim zwrotem wyrwał osłupionemu z przerażenia trębaczowi instrument i zagrał...na odwrót. Zrozumiał teraz że tego w ten sposób nie wygrają, a on nie może sobie pozwolić na utratę armii, była mu potrzebna.
Jednak ożywieni ludzie byli wszędzie, zbyt mało żywym udawało się wydostać poza mury. Obaj jeźdźcy także zaczęli się wycofywać.
- Kusznicy! Kusznicy! Ostrzał,już!!!
Zastępy kuszników posłało w momencie pierwszą salwę, wiele bełtów trafiało w żywych.Ale Aleric nie miał wyboru, musiał poświęcić część ludzi dla dobra całej armii. Minęli mur pikinierów, ci powoli zaczęli się wycofywać, przodem do miasta. Odwrót dopiero teraz wyglądał na taktyczny i zdyscyplinowany. Lata jakie lord spędził na bitwach i potyczkach wyuczyły w nim instynkt przywódcy. Wszak niejednokrotnie pokonywał liczniejszych vaegirów, watażki morskich najeźdźców...
Vordemor obok niego stękał, prawą nogę miał strasznie poszarpaną, na dodatek wypluwał wielkie ilości krwi. Gdy większa część armii była już na wzgórzu, medycy przystępowali do szybkiego leczenia. Lord spoglądał teraz z bezpiecznej odległości w stronę miasta. Truposze o dziwo nie ruszyły za nimi, wykańczali pewnie każdego żyjącego w mieście. Zastanawiał się co doprowadziło do takiego stanu rzeczy, w którym momencie popełnili błąd gdy pierwszy raz odnaleźli kryptę...Czyżby stary Bellen miał racje? Ostrzegał że porywają się na coś co ich przerasta i zagraża całej krainie. Dlatego tez odszedł nie chcąc w tym uczestniczyć. Jedynym wyjściem było jak najszybsze otwarcie ostatniej krypty, i oby Turegor sobie z tym poradził. Ktokolwiek tam jest zamknięty ma władzę aby przywrucić zmarłych. I czy nie będzie czuł się zobowiązany wynagrodzić tego który go uwolni? Tylko ta wersję przyjmował, bał się nawet myśleć że może się mylić. Ale o nie Alericu, pomyślał, sam od poczatku tego chciałeś. Nie pora na wahanie, cel jest już na wyciągniecie ręki, trzeba tylko nieco się wyciągnąć by go dosięgnąć.
Wpatrywał się w pusty kufel od dłuższego czasu, za oknem w dole słychać było słabnące odgłosy walk. Mężczyzna prychnął, otworzył plecak i wysypał całą zawartość na stolik. Oprócz suchego prowiantu i kilku drobiazgów było coś jeszcze. Pięć złotych naszyjników z kamieniem zapewne dość drogim by kupić sobie pałac. W ciągu miesiąca udało mu się zebrać tylko tyle. Niby dobry wynik, jednak miał niedosyt i uczucie rozczarowania. Jakim był głupcem że myślał ze w tak krótkim czasie odnajdzie wszystkie. Drzwi się otwarły i do zaciemnionego pomieszczenia weszła kobieta. Szybko zamknęła za sobą drzwi i stała nieruchomo w przejściu. Oboje wpatrywali sie na siebie bez słowa.
- Kris...mam to co chciałeś - Arisa mówiła tak cicho że ledwie można było ją usłyszeć - Ale proponowała bym ci na razie nie opuszczać tego miejsca. Dalej walczą...
- Nie prosiłem cie o rady tylko o ten jeden papier.
Kris wstał i podszedł do okna ,uchylił nieco kotarę i zerknął w dół. Faktycznie, na dole już mało się działo, nieliczni ludzie biegali w popłochu gonieni przez watahy potworów. Arisa była informatorką zabójców od wielu lat. Tylko przez wzgląd na dawne uczucia do Krisa zgodziła się mu pomóc mimo że ten już nie należał do sekty. Nadal piastowała stanowisko głównej matrony w burdelu "Siedem Róż". Doskonała przykrywka czy utarty schemat?
- To ja już pójdę...zostawiłam ci informacje na stole. Nie proś mnie już o nic więcej i...
Kris szybko sie odwrócił do niej i przeszył ją wzrokiem, była nadal niezgorszej urody. Jednak lata spędzone na takiej a nie innej robocie nieco ja odmieniło. I pomyśleć że dawniej mogli być już małżeństwem. Czy po tym jak się to nie udało ona chciała na złość mu wstąpić do bractwa? I obracać się w tak żenującym towarzystwie kurtyzan?
- I co? - powiedział - Mam po prostu pozwolić im na to wszystko? Jestem jedyną osobą obecnie spoza bractwa która zna tajne wejście. Nie martw się, w końcu zaczniesz pracować na swój rachunek gdy tych...ludzi zabraknie. A teraz zostaw mnie już w spokoju, muszę pomyśleć.
Arisa po chwili - jakby nie chętnie - wyszła z pomieszczenia. Kris zdjął z wieszaka płaszcz z kapturem. Szybko go nałożył. Spod ściany porwał małą kuszę i szybko ją schował. Krótki miecz przymocował przy pasie do którego także przymocował kilka sztyletów. Był gotowy na ostateczne wyrównanie starych porachunków z Cesem i całą resztą. Plecak nałożył na plecy, najpierw musi wysłać całą zawartość do ruin gdzie stacjonowali Tervil i reszta. Gdyby zginął...zafundowałby darmowy prezent bractwu.
Zastanawiał sie teraz czy nie powiadomić dyskretnie któregoś lorda swadiańskiego o tym że on przeżył i wraca upomnieć się o swoje. To by nieźle namieszało w i tak umierającej swadii...
Może jeszcze nie, musi wykonać to co najważniejsze wpierw, na wszystko i wszystkim przyjdzie pora...
Siwiejący mężczyzna siedział w zrujnowanej baszcie, na zewnątrz strażnicy ćwiczyli. Opatulił sie szczelniej płaszczem, pomacał ślad na szyi. Brakowało mu już tam tego przedmiotu. Wiedział że mądrze zrobił przekazując ten przedmiot owemu człowiekowi. Wiedział też że jemu podobni powinni jak najszybciej ruszyć do "Krwawych Głazów".
Skoro on po tylu latach piastowania tak ważnego stanowiska to wyczuł, to tym bardziej i reszta. Zasmuciło go tylko jedno...że nikt go nie szukał, że postawiono na nim krzyżyk. To się zmieni, wszystko sie zmieni, pytanie czy reszta z posiadaczy kamieni zrozumie że należy na nowo zrobić to co ich przodkowie sprzed setek lat.
W kącie zamajaczyła na na moment posępnie wyglądająca korona...pogięta i ubrudzona, nie używana długi czas...nie była już potrzebna?Nad nią tchniona nagłym podmuchem wiatru załopotała zniszczona chorągiew królewska...lew na niej był już ledwo widoczny. Zupełnie jak istnienie niegdyś wielkiej Swadii...
*Mam nadzieję że po takim czasie nadal trzymam stary poziom czy już nie bardzo;/