Rozdział.7.
"Jeśli nie mogę zmiękczyć bogów,piekło poruszę"(Wergiliusz)
Wiatr ciągle i uparcie uderzał w szybę, która teraz była niemal całkowicie zakryta białym puchem. Mężczyzna siedzący przy stoliku obok okna po raz wtóry próbował coś ujrzeć za okna. Bezskutecznie, było coraz zimniej i nie zapowiadało sie na to by w nocy było lepiej. Kolejny silny podmuch i spod drzwi posypał sie śnieg, szmata która miała uszczelniać szparę pod drzwiami nie dawała dobrych efektów. Mimo niegasnącego ognia w kominku było coraz zimniej, para towarzyszyła każdemu oddechowi. Kufel grzańca który niedawno został przyrządzony całkowicie ostygł.
Człowiek opatulając sie grubym płaszczem podszedł do kominka i dorzucił niedbale kilka szczap drewna. W górę poszybowały iskry, przez moment w środku zrobiło sie jaśniej. Na moment, na chwile dając poczucie bezpieczeństwa. Nad ogniem wisiał niewielkich rozmiarów garnek który wisiał przymocowany do tyczki powyżej. Mężczyzna wziąwszy drewnianą łyżkę zamieszał lichą zawartość w środku. Oczy błądziły beznamiętnie od ognia do pożywienia. Po chwili, gdy stwierdził że jeszcze nie gotowe ,zakrył garnek i zasiadł znowu przy stoliku. Szybko wypił, zimne już piwo i oparł się ciężko na krześle.
Na zewnątrz wiatr zawodził jak dzikie zwierze w ostępach. Może i nawet to były zwierzęta? Co za różnica, nie miał zamiaru wychylić choćby nosa na taką pogodę. W środku ledwie było do wytrzymania, nie mógł sobie wyobrazić jak było na zewnątrz. Tymczasem chwycił za leżący mały notatnik z oprawką ze skóry sarny. Przewertował kilka stron, przysuwając jednocześnie bliżej świeczkę. Ta migotała sprawiając że litery w notesie niemal tańczyły. Przetarł oczy, był zmęczony, potrzebował dobrych parę godzin snu. To by mu pomogło, przeklinał w myślach i dalej brnął przez gąszcz zdań i liter. Który to już raz czytał ten notes? Piaty, siódmy? Wiedział jednak że musi lepiej zrozumieć sens tego wszystkiego. Gdy niemal przysypiał nad lekturą rozległo się głośne walenie w drzwi. Mężczyzna podniósł wzrok znad książki, nasłuchiwał, nawet nie drgnął. Sprawdził czy sztylet dobrze się wysuwa za pasa. Odłożył notes, prawą dłoń delikatnie trzymał na rękojeści broni. Cicho stąpając podszedł do drzwi. Z zewnątrz nie słyszał nic prócz wyjącego wiatru. Kolejne dudnienie, uparte i szybkie.
- Kurwa, Areis! Ja tu zamarznę zaraz! Otwórz!
Człowiek odzyskał teraz pewność siebie, to jego nowo poznany kompan, Halka Fartes. Szybko otworzył mu drzwi, przybysz wskoczył do środka jak spłoszone zwierzę. Gdyby mógł zapewne staranował by teraz każdego na drodze byle szybko znaleźć się w środku. Gdy zamknął drzwi podszedł do trzęsącego się z zimna towarzysza który już zajął miejsce przy palenisku. Nim zdołał zadać mu pytanie ,tamten wyjadał łapczywie niedogotowaną potrawkę z zająca. Gdy nieco sie zagrzał i wyjadł połowę zupy, zrzucił gruby płaszcz na podłogę.Ciężki łuk oparł obok kominka, kołczan rzucił pod ścianę.
- Gdzieś ty się tyle czasu podziewał? Vaegirowie i ich "daję słowo"...
Halka wydmuchał nos, poprawił pas który ciągle mu się odpinał.
- To nie takie łatwe, nie zapłaciłeś mi dość dużo bym sie miał uwijać. Poza tym na zewnątrz trwa śnieżyca. Nie jest łatwo znaleźć drogę. Gdybyś nie poskąpił denarów to najął byś kilku dodatkowych zwiadowców. Ja znam te tereny, co nie oznacza że widzę przez taką zadymę.
- Obiecałeś że ta podroż nie potrwa długo, skąd mam mieć teraz pewność że mój brat dalej tam jest? Muszę go jak najszybciej odnaleźć.
- Co jest tak ważnego że szukasz go przez całą krainę, w dodatku teraz...Zresztą, mało mnie to obchodzi, ty płacisz ja wykonuję swoją robotę.
- Właśnie, ja płacę...i zaczynam powoli tego żałować. Co ty myślisz że jestem jakimś szlachcicem z kuframi denarów? Kosztujesz mnie więcej niż mała armia.
- Na dobrego zwiadowce nie wolno skąpic. Bo ten czasem może pomylić drogę lub zgubić zleceniodawcę...
Arogancki jak zawsze, Halka dobrze wiedział że bez niego Areis nie poradzi sobie w tych przeklętych górach. Co też z premedytacją świetnie to wykorzystywał. Może dobrze było jednak nająć grupę łowców głów? Ci przynajmniej gdy mieli kontrakt to choćby po trupach ale wykonywali dobrze powierzone im zadania. Niestety, vaegirski łowca był teraz jego jedyną nadzieją.
- To kiedy możemy ruszać?
Zwiadowca zdjął grube buty i grzał teraz stopy przy kominku.
- Gdy minie zamieć, dwa, może trzy dni. W taką pogodę tylko desperat wyruszyłby przez te góry. Ah, i bym zapomniał. Widziałem dość świrze tropy sporych rozmiarów oddziału który zmierzał dokładnie w tym kierunku który i my musimy obrać. Zastanawia mnie jakim głupcem musi być ich przywódca że ryzykuje życie swoich ludzi w tak zdradliwym terenie.
- Wiesz kto to może być? Wiedzą o nas?
- Nie martw się, nawet jeśli wiedzą to najzwyczajniej mają to gdzieś. Głębokie ślady, nie mają koni, to albo vaegirski odział strzelców,najemnicy lub bandyci. Wybierz sobie sam.
Świetnie ,najpierw zamieć , teraz to. Ciekawe kto to mógł być, i czy to przypadek że zmierzają w tym samym kierunku co oni. Może to karawana? Dobrze by było w tedy do nich sie przyłączyć, w większej grupie było by bezpieczniej. Nawet by podziękował za współprace łowcy. Spojrzał na niego, ten tylko się uśmiechnął i dalej grzał stopy. Trzy dni z takim kompanem...Wątpliwe by wytrzymał z nim aż trzy dni, pod jednym dachem...
Gdy Ymira skończyła czytać w sali zapadła cisza. Nie dla Plaisa, energicznie wstał i podszedł do ogromnej mapy, wzrok kilku baronów gdyby mógł zabijać, zrobiłby to na miejscu.
- Król Graveth - Plais ceremonialnie wskazał po kolei na zajęte miasta i zamki - Zajął połowę naszego królestwa, mordując mieszkańców, załogi garnizonów. Spustoszył wioski, jego ludzie gwałcili i grabili. A teraz chce nam oddać te zgliszcza? Niby kim mamy obsadzić te sterty gruzu? Najemnikami? Chłopami? A mamy na to dość denarów? Nawet miasta w naszym posiadaniu cierpią na braki ludzi. Najemnicy pójdą za tym kto więcej zapłaci. W tym przypadku za rhodokami, bo oni świetnie sie na nas przez cały rok wzbogacili. Rhodokowie mają na tyle wypchane skarbce że zrekompensują nam to wszystko? O ile wiem, dalej ich ludzie obsadzają zdobyte włości. I gdzie ta pomocna dłoń? Nikt na tej sali nie powie mi że nie mam racji.
Lordowie patrzyli w osłupieniu na Plaisa, nerwowe spojrzenia wodziły to na niego to na poselstwo. Isolda także zaniemówiła, ręce nieznacznie jej drgały, była najwidoczniej wściekła lub co bardziej prawdopodobne wystraszona że właśnie traci możliwość objęcia tronu.
- Plais - rzekł Grainwad siląc się na uprzejmy ton - Siadaj w tej chwili i przestań robić z siebie idiotę.
- Racja, myślał by kto że kiedykolwiek strategia była twoim atutem.
Zawtórował Stamar, posłowie dalej milczeli, młody Vordemor natomiast wycedził coś po cichu przez zęby. Ymira uspokoiła go kilkoma słowami. Isolda w końcu przerwała milczenie, wstała i podeszła do Plaisa. Jej oczy pałały gniewem, teraz pewnie to ona wygłosi przemowę, obalając jego słowa. Nic bardziej mylnego, Plais momentalnie przestał sie uśmiechać gdy został parokrotnie spoliczkowany przez ta sukę. Świerzbiła go ręka by jej odpłacić, powstrzymał się jednak.
- Jak śmiesz w takiej chwili w tak prostacki sposób wyciągać to co było przedtem? To wina polityki Charlausa, winne są obie strony. Tak bardzo ci zależy na tym by nie doszło do sojuszu? Kim ty w ogóle jesteś? Co zrobiłeś dla królestwa? Myślisz że ja nic nie wiem o twoich "wyczynach"?? Albo usiądziesz albo każę cie wyprowadzić, a narada odbędzie sie bez twej osoby.!
- Przypominam o pani - najspokojniej jak mógł Plais mówił- Że jeszcze nie jesteś władczynią, i przypominam że to ja mam lordowski tytuł. Takim zachowaniem nie powiększasz swoich szans na tron.
- W sumie Plais ma trochę racji...nieco jednak źle dobrał słowa.
Odezwał się nagle Rafard, zignorował wzrok innych i wstał. Podszedł do mapy, po dłuższej chwili odwrócił sie do reszty.
- Ja też nie bardzo mogę pojąć w jaki sposób rhodokowie będą w stanie nam pomóc. Wyniszczyli wszak nam połowę królestwa. Swadia potrzebuje parę lat aby zacząć się podnosić. - Skierował wzrok na posłów - Potrzebujemy namacalnych dowodów waszego oddania, wybaczcie ale zbyt wiele lat ze sobą wojowaliśmy by zawierzać na słowo.
Plais ucieszył sie w myślach, czyli jego słowa przynosiły, powolny,ale jednak efekt. Miał już pierwszego sprzymierzeńca, po minach niektórych widać było wątpliwości. Grainwad wraz ze Stamarem przeszywali na wylot obu baronów przy mapie. Isolda już nic nie mówiła, nie była tak silna jakby sie mogło wydawać. Kilka argumentów i była w kropce. Głupia mała i zagubiona dziewczynka. Co ona sobie myślała? Że samą gadką obejmie tron? Że nikt nie zaneguje jej praw. Plais dziwił sie dlaczego staruszek Charlaus wiedząc o niej, nigdy nie kazał jej pojmać. Czyżby dobrowolnie zgadzał się ujść w cień? Czy jego ostatnia bitwa miała być dla niego zwieńczeniem władczej posady. Czy wiedział parę godzin wcześniej że zginie na terenach rhodoków? Tyle pytań...ale do licha, co go to interesowało. Nie żyje, proste, nieprawdaż? Problem tylko pozostał w postaci tej uzurpatorki Isoldy. Już sam nie wiedział kogo bardziej nienawidził, rhodoków, Haringotha, Grainwada, Isoldy...Cholera, po prawdzie wszystko go irytowało. Sprawę nieco skomplikowali zabójcy, i te stwory. Ciekawiło go co będą siepacze chcieli w zamian za pomoc. Nic małego, to pewne, nie za taką cenę. Gdyby chcieli pieniędzy, sami już dawno by sobie je wzięli. Na tej sali nie miał prawdziwych sprzymierzeńców. Banda głupców, jak niby miał cokolwiek dla siebie wywalczyć będąc całkowicie zdany na siebie?
- Dość tego!- Plais skierował wzrok na Raichsa który wraz z posłami wstali - Nie przybyliśmy my tu aby wytykano nam błędy, wina leży po naszej jak i po waszej stronie. Nasz król zdaje sobie z tego sprawę, mimo to pierwszy wyciąga rękę aby zawrzeć sojusz. Wracamy, nasze zadanie właściwie sie skończyło. Gdy Swadia poukłada swoje sprawy, i będzie gotowa, ufam iż uda nam sie dokończyć rozmowę.
Baronowie podnieśli ogólne larum, kilku powstało i namawiało Raichsa aby został, przepraszali. Kilku wykrzyczało obraźliwe słowa w stronę Plaisa, słychać było też jawne groźby pod jego adresem. Isolda usiadła na krześle obok mapy i schowała twarz w dłoniach. Spod palców pociekło parę łez. Rafard zwiesił głowę jakby czuł sie winny że częściowo podzielał zdanie Plaisa. Sekretarze nie widząc dalej dla siebie zajęcia pospiesznie opuszczali sale.
Grainwad szybko doskoczył do Plaisa i chwycił go za kołnierz, był wściekły, było to aż nad to widać.
- Ty pieprzony idioto! Właśnie zaprzepaściłeś możliwość pokoju dla królestwa, nie wiadomo czy zdołamy posadzić na tronie Lady Isolde. Haringoth miał racje, zawsze mi powtarzał że jesteś jak wąż, zdradziecki. Cokolwiek robisz, robisz to nie dla swadii ale dla siebie. Postaram się aby nowy władca pozbawił cie wszystkich przywilejów, tytułu, wszystkiego. Skończysz w rynsztoku, klnę się na mój honor.
Plais był już raz w podobnej sytuacji z dawnym wrogiem, w tedy denary załatwiły sprawę. Teraz raczej nie można było na to liczyć. Rafard położył dłoń na ramieniu agresywnego barona.
- Grainwad, opanuj się, on miał trochę racji. Ale nie musiał tego mówić takim tonem. Sojusz dalej nie jest stracony, tylko odwleczony w czasie.
Ten zwolnił chwyt, odetchnął głęboko parę razy by sie uspokoić. Spojrzał na łkającą Isoldę.
- Dokończymy rozmowę innym razem Rafard. A ty - rzekł,znowu, a jak, do Plaisa - Za dwie godziny widzę cie na arenie, stoczymy przyjacielski pojedynek. Takie mam prawo, a ty masz prawo je odrzucić, co jednak oznaczać będzie że ucierpi na tym twój skarbiec. Honoru dawno nie masz, więc o to sie nie martw.
Plais dalej zachowywał spokój, udawał że jest niewzruszony, że to on tu rozdaje karty.
Gdy posłowie, Isolda i baronowie udali się do swych kwater do sali wszedł Hektor. Speszył się w pierwszej chwili że sala tak szybko była pusta. Podszedł do siedzącego na wysokim fotelu barona.
- Mam informacje.
Baron westchnął i wypił chyba szósty kieliszek czystego spirytusu. Gestem dłoni kazał kontynuować.
- Za godzinę, na ulicy "Dworzan Dna", przy tablicy ogłoszeń mamy się spotkać z człowiekiem, wiesz od kogo on jest.
Plais uśmiechnął się, jakże alkohol całkowicie ukoił jego nerwy i obawy. Nie czuł strachu, miał nawet gdzieś czy zdoła sie pojawić na arenie.
- Oh mój Hektorze, za godzinę urocze spotkanko które pewnie zwali mi na głowę więcej durnych spraw. Za dwie godziny walka na arenie z Grainwadem...Myślisz że powinienem dalej pić?
Pomagier był zbity z tropu całkowicie, zapewne pierwszy raz widział Plaisa w takim stanie. Podrapał sie po głowie i nim sie odwrócił by wyjść ,powiedział.
- Każę przygotować nowe odzienie i gorącą kąpiel. Nie pij...panie...jeśli łaska.
Nie pij ,nic nie mów, nie rób tego....dlaczego ciągle słyszy tylko takie słowa? Nie wytrzymał, nalał sobie kolejny kieliszek i wychylił. Za szybko, zwymiotował szybciej niż płyn zdążył dotrzeć do gardła. Księgi i papirusy były całe w cuchnącej cieczy, baron uśmiechnął się do siebie i krzyknął.
- Służba! Stół mi ktoś zapaskudził. Żwawo bo wychłostać każe!!!
Tervil przemówił do zgromadzonych dość głośno by można go było usłyszeć nawet podczas takiej ulewy.
- Wspomniałem o trzech punktach i o czwartym który znajduje się pośrodku nich. Wyznaczę grupę ludzi która się tam uda aby zabezpieczyć główne wrota, cała reszta rozproszy się aby znaleźć wszystkie kamienie. Posłańcy będą kursować miedzy każdym odziałem informując o postępach. To by było na tyle, nie lubię sie rozdrabniać.
- Dlaczego wysyłasz małą grupę do czwartego punktu - rzekł Livmer.
- To proste, im mniejsza grupa tym trudniej zauważy ją przeciwnik. Pozostałe odziały które przybyły na tą ziemie wraz z nami otzrymały rozkaz jak najszybszego odnalezienia kamieni. Przejdźmy od razu do wybrania takiej grupy.
Tervil spojrzał na otaczających go ludzi. Mruczał coś pod nosem, po paru minutach gdy wielu zaczeło już głośno narzekać rycerz odezwał się.
- Potrzeba nam ludzi którzy znają te tereny, którzy posiadają pewne umiejętności. W skład tej grupy wejdą, ja, Kerteba, jako że potrzeba dobrych wojowników którzy znają wroga. Dalej wasz tutejszy uczony Livmer, Vord, Kerwin, oraz...Hreth. Mimo wielu spraw jakie nas dzielą będzie nam potrzebny. Za godzinę zbiórka przy bramie i wyruszamy.
Vord był zaskoczony że wybrano właśnie jego to tej wyprawy. Jakie on miał umiejętności? Sam dobrze wiedział że kiepski z niego szermierz, nie zna sie na tropieniu, po prawdzie na mało czym się zna.
Podszedł do niego Livmer wraz z Kerwinem który utykał na nogę.
- Powiem Hrethowi, ciężko będzie mu sie zgodzić na to - rzekł Livmer - Znowu przyjdzie nam wyruszyć na trakt...Czuję że to moja ostatnia wyprawa...
- Co ty gadasz - zripostował Kerwin - Przeżyjesz nas wszystkich, tacy ludzie jak ty nie umierają od byle błahostki. Chodź Vord, trzeba zebrać jakiś ekwipunek.
Młodzieniec nie podzielał optymizmu kusznika, miał złe przeczucia że wpakują się w kłopoty większe niż wszystkie dotychczas. I że na własne życzenie, właściwie życzenie Tervila, już nigdy nie spotka swej ukochanej. Ona gdzieś tam jest, niepomna że jego dawna miłość podejmuje sie samobójczej misji. Że przemoczony, poobijany bedzie sie włuczył w dziczy. Tylko po to aby prawdopodobnie odnalezć swoją śmierć. Westchnął, znowu próbował przywołać sobie twarz Seleny. Coraz trudniej mu to przychodziło, jej twarz z dnia na dzień rzopływała mu się jak we mgle. Czy za miesiąc, dwa , całkowicie ją zapomni. Zapomni o wszystkich przyjemnych chwilach, gdy żył jeszcze jako człowiek szczęśliwy, niepomny że wkrótce jego życie całkowicie zmieni swój bieg. Z sielanki w koszmar na jawie...
Ruszył za dwoma towarzyszami, czuł że zginie, bał się tego momentu gdy w końcu wyruszą, gdy miną bramę. Że któregoś dnia zginie przebity żelastwem lub rozszarpany przez bestie. Że wycierpi wiele nim umrze. Że będzie musiał oglądać śmierć jego kompanów. Elissa, zmarła na jego rękach, czy i z nimi będzie tak samo?Cóż, nikt tego nie wie, pozostało jedynie czekać na to co niebawem nastąpi...