Teoretycznie jest możliwe pozamiatac przeciwnika spieszonego bez strat lub z minimalnymi i to wcale nie na łatwym poziomie trudności (oczywiście można też przy odrobinie pecha stracic dobrą jednostkę w walce ze szmaciarzami - bywa). Sekret to połączenie dużej siły ognia z kawalerią. Od razu dodam, że to wcale nie zasługa vaegirskich strzelców, bo ich nie używam i inne "renomowane" jednostki strzeleckie, jak rhodoccy strzelcy albo chociażby sarranidzcy mistrzowie łuku też wystarczą. Sekret tkwi w ilości, nie narodowości, a poza tym przyda się trochę umiejętności taktycznych: tych RPG-owych, by naszych było zawsze więcej na polu walki, a także tych naszych w mózgu gracza.
A jak to zrobic? Linia strzelców, linia piechoty do osłony i kawaleria. Strzelcy nawalają do nacierającej piechoty i wrogich strzelców, a kawaleria otacza wroga. Nie atakujemy, tylko ściągamy na siebie ogień ich strzelców, którzy nie trafiają za dużo, bo lecimy na pełnej prędkości. Ich piechota, dzięki wybitnej sztucznej inteligencji, rzuci się nie na nasze umocnione jednostki strzeleckie i piesze, tylko zacznie ganiac za kawalerią, mimo że to bezcelowe. I tak my sobie uciekamy, a oni biegają w nieskończonośc pod naszym ostrzałem.
Czasami - by to przyspieszyc - uderzamy kawalerią, ale w strzelców, a nie piechotę, bo jeszcze akurat któremuś się uda strącic naszego jeźdźca i poniesiemy straty :) Wybieramy moment, w którym piechota wroga oddali się nieco od strzelców (piechota naciera, strzelcy się czasami zatrzymują dla oddania strzału i zostaną nieco z tyłu - to nasza szansa). Po przejechaniu po strzelcach odskok i znowu kotek i myszka.
Od czasu do czasu podjeżdżamy też pod naszą linię piechoty, bo niektórzy wrodzy strzelcy inaczej podejdą sobie na 20kroków do naszej stojącej piechoty i będą sobie strzelac. Albo sami rozjeżdżamy klientów, albo dajemy rozkaz piechocie do ataku, po czym zaraz każemy im wracac na pozycję.
Dobrze wykonana operacja MOŻE (chociaż nie zawsze musi) skutkowac stratami w okolicach zera. Oczywiście myli się ten, kto pomyśli, że niskie straty będą zawsze albo częste. Niestety (albo na szczęście) czasami przeciwnik zaskoczy czymś pozytywnym albo nie trafimy na dobry teren i trochę nam to utrudni sprawę.
No i tak na marginesie: w jednej dużej bitwie (3 starcia) udało mi się w pierwszym starciu miec zero strat, w drugim rannego, w trzecim dwóch rannych. To akurat inna bajka, bo przeciwnikami byli Khergici, a teren górzysty. Ćwoki jadą lekką jazdą frontalnie na szarżę mameluków lub Swadian i tym razem próbowali to robic jeszcze pod górę przy nachyleniu jeszcze na tyle małym, że oni zwalniali, a my mogliśmy się rozpędzac z nachylonymi lancami. Z wroga nie było co zbierac. Tych paru pojedynczych, co się rozjechało i co ciężko ich dogonic, to koszą strzelcy. Jak jest ich dużo, to khergici sobie nie pojeżdżą, bo z ich pancerzem to szybko spadną.
Podsumowując:
1. Utrzymanie minimalnych strat jest w tej grze możliwe nawet na dobrym poziomie trudności. Wystarczy trochę poznac grę (zachowanie przeciwnika) i pomyślec.
2. To wcale nie zasługa vaegirskich strzelców. Nie wątpię, że umieją strzelac, ale nie oni jedni.