Wydawało Ci się, że wykrzyczałeś swoje słowa z całej siły, lecz tak naprawdę był to szept umierającego człowieka, który kurczowo trzymał się resztek swojego życia. Pan przejechał sobie palcem po kle rozcinając go, po czym umieścił na twoich wargach kroplę własnej krwi, po czym odsunął się od Ciebie i przyszykował do walki. Twoim umierającym ciałem wstrząsnął potężny spazm. Czułeś, jak coś nowego wypełnia twoje ciało, coś obcego, złego, nie potrafiłeś zapanować nad tą nową siłą po czym przejęła kontrolę nad twoim ciałem. Otworzyłeś oczy i zobaczyłeś swojego Pana. Pana, który przez siedem lat katował Cię, sprawdzał twoje granice wytrzymałości, który czasem Cię poniżał i staczał! Ten, który odebrał Ci możliwość bycia ze swoją prawdziwą rodziną! Postanowiłeś rzucić się na niego, wykończyć go i patrzeć, jak jego ciało zamienia się w proch... Z miejsca gdzie byłeś rzuciłeś się na Niego, lecz ten był przygotowany na twój atak, wykorzystując twój pęd przerzucił Cię dalej, aż trafiłeś plecami w ścianę. Lekko Cię to zamroczyło, ale nie zdążyłeś się otrząsnąć, ponieważ twój Stwórca już był przy Tobie i zaczął uderzać Cię po głowie oraz w okolicach żeber potężnymi ciosami. Stwierdziłeś, że dość takiego traktowania Cię jak worek treningowy i potężnym uderzeniem odrzuciłeś go od siebie. Wyobraziłeś sobie w ułamku sekundy, że chcesz pojawić się przy Nim i tak się stało. Nie zauważyłeś kiedy, ale byłeś już przy Nim i sam zacząłeś go traktować jako wycieraczkę do butów, wbijając jego ciało w podłogę. W pewnym momencie zbytnio odchyliłeś się do tyłu i Pan to wykorzystał, przechwytując twoje uderzenie i składając się pod odpowiednim kątem tak, że kopnął Cię w szczękę, odrzucając Cię na małą odległość. Tyle mu wystarczyło, by zrobił "sprężynkę" i widziałeś, byłeś święcie przekonany że był jeszcze przed Tobą. Zacząłeś się panicznie rozglądać i po krótkiej chwili usłyszałeś w swoim uchu cichutkie "Tutaj", po czym oberwałeś potężnym uderzeniem w kark. Przewróciłeś się, lecz nie upadłeś na plecy, tylko zręcznie wykonałeś przewrót i już po wyjściu z niego byłeś gotowy do walki. Pan tymczasem znów był tuż przed Tobą i kolejnym silnym uderzeniem w szczękę zachwiał tobą, po czym wyprowadził kolejne uderzenie w brzuch tak, że się zgiąłeś z bólu i łokciem sprowadził Cię do parteru. Nie dał Ci jednak odpocząć, tylko od razu kopnął Cię tak silnie, że wylądowałeś znów na ścianie, po czym się osunąłeś. Chciałeś zniknąć, zejść mu z oczu, cokolwiek byle szybko zregenerować siły i znów stanąć do walki... Widocznie udało Ci się to, ponieważ zauważyłeś, że twój Stwórca zaczął się rozglądać gdzie jesteś. Stanąłeś i czekałeś na moment do ataku. Twój Pan tymczasem klęknął, zamknął oczy i wyraźnie zaczął medytować... To była twoja szansa! Chciałeś podejść do niego tak, by Cię nie usłyszał. Widocznie udało Ci się to, ponieważ podszedłeś do niego na tyle blisko, by móc zmasakrować jego głowę. Gdy wyprowadziłeś cios oburącz, twój Pan wstał i w moment przechwycił twoje uderzenie. Zwarliście się w potężnym uścisku dłoni, i ty i On próbowaliście zniszczyć swojego oponenta, zmusić do go uległości... Powoli zacząłeś odczuwać jego siłę, lecz postanowiłeś, że nie przegrasz tej walki! Wpadłeś w jeszcze większą wściekłość i powoli zacząłeś sprowadzać Go do parteru. Zaślepiony swoją nową siłą nie zauważyłeś, gdy Pan upadł, przerzucając Ciebie przez siebie i wyprowadził potężne kopnięcie obiema nogami tak, że wylądowałeś na suficie. Po chwili spadłeś z niego na podłogę po czym wstałeś praktycznie od razu. Lekko Tobą zachwiało, lecz widziałeś go ciągle. Lekko krwawił z ran, które mu zadałeś, jego vitae spływała po ramieniu. Wysunąłeś kły i postawiłeś wszystko na jedną kartę. Podbiegłeś do niego i uderzyłeś go z całej swojej siły. Przewrócił się, lecz widziałeś że praktycznie nie bronił się przed Tobą. Postanowiłeś wykorzystać chwilę jego słabości i dobiegłeś do niego. Uklęknołeś i postanowiłeś zmienić jego twarz w miazgę. On tymczasem nie bronił się ciągle i w pewnym momencie opluł Cię swoją śliną. Myślałeś, że to nic takiego lecz odczułeś, jakby Cię oblał kwasem. Przewróciłeś się na plecy i chwyciłeś się dłońmi za swoją twarz. Czułeś, jak kwas pali twoją skórę, chciałeś by ten ogromny ból zakończył się. Nie zdążyłeś otrząsnąć się z tego, gdy poczułeś jak Pan chwycił Cię za szyję i uniósł do góry, po czym kolejnym uderzeniem posłał Cię na ścianę. Chciałeś jeszcze się bronić, chciałeś jeszcze wstać ale poczułeś, jak odzyskujesz pełną świadomość sytuacji. Zasnąłeś... Tymczasem twój Pan zalizał swoje rany, po czym spojrzał się na Ciebie i powiedział na głos:
- Witaj wśród nas, Synu - po czym podszedł do Ciebie, sprawdził czy faktycznie usnąłeś, po czym wziął Cię na ramiona i zaniósł do jednej z sypialń. Ułożył Cię ostrożnie na łóżku, przykrył Cię kocem i gdy miał już wychodzić, obrócił się w twoją stronę i powiedział:
- Wyśpij się, od jutra zaczynasz nowe szkolenie - po czym zamknął drzwi i zszedł na dół...
Opisz proszę swój sen.