Stolfi
Iohannes Patroikonos
Cirella wbiegła do jeszcze większej komory. Ściany były tu przeszyte różowawymi żyłkami, które pulsowały wypełnione niezidentyfikowaną mazią. Po środku sali, w szklanej kopule znajdowała się jakaś delikatna aparatura. W sali roi się od pająków. Cirella zacisnęła mocniej palce na rękojeści miecza, poprawiła tarczę i pędem przed siebie, trzymając pawęż szarżowała siły Władców. Pająki pomimo przewagi liczebnej, jak i (jak się zdawało) siłowej ustępowały wojowniczce, w każdej chwili ustępując pola, dzięki czemu po chwili znajdowała się przy kopule. Zdecydowanym ciosem rozbiła szklaną osłonę i zdewastowała aparat. Pająki jak dotychczas ustępujące, wpadły w furię. Rzuciły się na Cirellę.
Nagle czas zwolnił. Słyszycie cichy szept kobiety.
-Moja praca skończona - Po czym uniosła wzrok na sufit, tam, gdzie powinno być słońce. W chwili gdy pająki skoczyły by zadać decydujący o tym starciu cios, odleciały oszołomione blaskiem, jakim biła zbroja Cirelli. Słońce, które cały czas było czarne, paliło się teraz żywym ogniem. Cirella nie mogąc w to uwierzyć, zastygła w bezruchu. Chwilę potem, jej klinga zajęła się podobnie, jak ów wyżej wymienione słońce. Wydając przeraźliwy okrzyk rzuciła się na pająki, które dochodziły do siebie, tnąc i wycinając sobie drogę do wyjścia.
Wtem z oddali wydobył się krzyk. Cirella dobrze znała ten głos. Henricus właśnie padł, a ona była za daleko by pójść mu z pomocą. Jej zapał ostygł, a ona cofnęła się w tył, do zniszczonej aparatury. Ręce zaczęły jej drżeć, upuściła tarczę, a z jej słonecznych oczu zaczęły spływać perłowe łzy. Zgięła się z bólu, jaki wywołała śmierć jej ukochanego.
Góra zadrżała w posadach. Słychać z sąsiedniej sali jak Fintus rzuca najpotężniejsze zaklęcia, jakimi kiedykolwiek operował.
-Czemu nie chcesz zdechnąć parszywy pomiocie!? - Zaczął powoli tracić równowagę czarodziej. Słychać trzask pękających skał, jedno z dwóch wejść, to w którym został Fintus, zawaliło się. W chwili, gdy wszystko ucichł huk zwalającego się stropu słychać było głuche.
-NIE!!!
-Oby Parszywkowi się udało - Uśmiechnęła się Cirella, po czym opierając się o piedestał odrzuciła pawęż, ścisnęła miecz oburącz i zamachując się raz po raz, desperacko odpierała fale napierających pająków. Obrót, unik, przewrót, pchnięcie, cięcie, kopniak. Próbowała wybić wszystkich co do nogi, choć wiedziała, że jest na straconej pozycji.
W końcu po godzinie beznadziejnej walki, ostała się tylko ona. Ledwo wspierając się na swoim ostrzu, z podziurawioną zbroją, ranami na szyi, głowie i nogach. Spróbowała zrobić krok do przodu, lecz w tej chwili nogi odmówiły jej posłuszeństwa. Upadając, oparła się plecami o aparaturę, obraz zaczął zanikać, ostatnie mrugnięcie i coraz to bardziej rozmywający się obraz... W oddali ktoś krzyczał, ale Cirelli już to nie obchodziło, było jej dobrze, tam gdzie jest. W jej zbroi, z jej mieczem i z uczuciem spełnienia swojej powinności...
Projekcja się urwała.