Marcus Trethvey
Przygotowuję pochodnię, maczając oderwany strzęp swego ubrania w jakimś oleju lub alkoholu, czymś co na pewno jest w wozie, po czym podpalam o ognisko. Schodzę do podziemi, przewodnicząc grupie. Na słowa Rolanda unoszę brwi, po czym mówię:
-Herbowych, psia ich mać, zawsze nie ma gdy są potrzebni - i schodzę w ciemności wraz z tymi co się na to decydują. Boję się jak cholera, ale jako dowódca, nie mogę tego okazywać. Wmawiam sobie usilnie, że ghul zapewne o***ł się ze strachu i nie spróbuje zaatakować. Mówię przez ramię do towarzyszy:
-Bądźcie cały czas przygotowani na atak. Coś mię się zdaje, iż potworowi nie przeszkadzają te ciemności.