Roland i ArnulfrKowal wypłacił wam monety, które przesypał do dwóch mieszków i wręczył je Arnulfrowi. Gdy dostaliście pieniądze wyszliście z kuźni na zewnątrz. Postanowiliście, że się rozdzielicie. Roland z jednym mieszkiem uda się do karczmy, a Arnulfr z drugim wyruszy do obozu.
KarczmaKarczmarz zebrał zamówienie od Karla i poszedł do kuchni. Również usłyszał "prośbę" Marcusa, lecz nic nie odpowiedział tylko rozpoczął przygotowywanie posiłku. Po chwili z zaplecza wyszła pulchna kobieta, najwyraźniej żona karczmarza, która niosła mały antałek pod pachą, a w drugiej ręce trzymała tacę z czterema kubkami. Po chwili podeszła do stołu, gdzie przesiadywali podróżnicy i postawiła najpierw antałek a potem kubki. Odchodząc od was dała jeszcze tacą po łapach Erhardowi, który chciał ją objąć i poszła na zaplecze. Erhard z niezbyt zadowoloną miną rzekł, że żadna go nie potrafi zrozumieć, a wy zaczęliście się tak śmiać, że omal karczma dachu nie straciła. Erhard pocierając ręce powiedział:
- Szkoda go, myślałem że dotrwa chociaż do granicy. Cóż, chyba szef się nie obrazi za to, że wtajemniczymy Was w plany - mówiąc to spojrzał na Matthiasa. Ten tylko pokiwał głową wyrażając poparcie, po czym rzekł:
- Jak wiecie, siedzimy na tej cholernej granicy. Przejścia do Temerii nie ma, bo u nich szaleje zaraza. Przynajmniej taka jest wersja oficjalna. Nieoficjalna jest taka, że Foltestowi znowu odbiło i rozpoczął polowanie na nieludzi. I to nie chodzi tylko o elfy, ale również i o krasnoludy. Podobno podciąga wojska pod Mahakam w celu pokazania Hoogowi, gdzie jego miejsce. Być może uciekło Wam to, że Hoog przestał dostarczać broń i wyroby ze swoich kopalń, ponieważ Foltest zalegał z płatnościami za dostawy i karawany. Więc ten ostatni zamknął granice i zabronił każdemu nie człowiekowi wjazdu na teren swojego państwa - po czym Matthias nalał sobie piwa do kubka i napił się. Po chwili kontynuował - słabe, lecz czego można się spodziewać na granicy? Nieważne. Wracając do sprawy, przekroczyć granicę będzie cholernie ciężko. I w tym miejscu pojawia się nasz przyjaciel - wskazał na elfa, który siedział cały czas cicho.
- Na imię ma Darndeiv i pomoże Wam przejść granicę. Powiedzmy, że zajmuje się tym "zawodowo", a przy okazji pomaga nam od czasu do czasu. Przynajmniej wie, że jak nam nie pomoże, to straci to, co mu dynda między nogami, prawda elfku?
- Bloode dhoine
- No, mów po ludzku. Bo inaczej będziemy gadać.
- Tak, pomogę Wam. Ale to będzie ostatni raz, człowieku.
- Dobrze dobrze, zawsze tak gadasz...Resztę konwersacji przerwało wam wtargnięcie dziwnej grupy wojowników. Jeden z nich miał pancerz czerwono-złoty, a pod pachą trzymał w takich samych barwach hełm. Za nim szedł potężny człowiek, który miał na sobie płaszcz farbowany na zielono. Za "zielonym" pojawiłą się kobieta w czarnym, skórzanym stroju z czerwonymi włosami. Na końcu wszedł kolejny potężny człowiek, który na głowie posiadał "skrzydlaty" hełm, a w rękach dzierżył duży młot dwuręczny. Rozsiedli się głośno przy jednym z wolnych stołów i od razu zaczęli wykrzykiwać rozkazy do karczmarza. Gdy wzywany wyszedł z kuchni cały był blady i tak szybko jak mógł obsłużył nowych gości. Tymczasem z kuchni wyszła żona karczmarza, która niosła posiłek dla Karla. Po chwili postawiła Ci go i wróciła do kuchni.
Po dłuższej chwili wyszła z kuchni niosąc kociołek ze strawą dla was. Postawiła go wam na stole, po czym pobiegła po drewniane miski, z których mieliście jeść i po sztućce. Po kilkudziesięciu sekundach wróciła, postawiła i poleciała do kuchni niczym poparzona. Zaczęliście napełniać sobie miski gulaszem.
Obóz- Nie da się tego nie zauważyć - rzekł dowódca i zaśmiał się przez chwilę, po czym rzekł i kopnął w garnek tak, że ten przewrócił się na bok i część zupy rozlała się -
powiedz nam grubasko, gdzie on się znajduje, to nie połamię Ci od razu kości!