To też są trafne argumenty. Jest mi ich naprawdę żal, moja prababcia pracowała w domu dziecka, brała dzieciaki często na święta do domu, prezenty dawała swoim dzieciom (babci od strony matki i jej braci) wcześniej, a tego dnia wszyscy dostawali to samo. Nawet jeśli pachniało to oszustwem, to dzieciaki podobno były zadowolone. Po wielu latach zrezygnowała i przeszła do szkoły, bo do tej pracy trzeba było mieć jednak dużo sił psychicznych. Dużo czasu gdy byłem młody spędzałem z nią w domu brata babci gdzie mieszkała na starość.
Bidule, to problem wielki. Którego machina urzędnicza nie uzdrowi, bo właśnie praca takich ludzi jak moja prababcia przelewała się przez palce tych, którzy zarządzając i kontrolując to, czerpią korzyści z tego, że sytuacja wymaga popraw. Poprawy wymagają etatów. A przecież kuzyn Marcin, ma już 26 lat, trzeba załatwić mu robotę bo z Maca nie wyżyje. To nie jest złe myślenie tych ludzi, oni chcą dobrze dla siebie, swoich rodzin. Nie krytykuję to, bo rozumiem takie postępowanie. Zwłaszcza, że te trybiki wykonują pracę, która nie ma osiągnąć sukcesu ale nie wiedzą o tym, że tak ten cały system jest zaprogramowany.
Co ja bym zrobił? Przede wszystkim, trzeba zapewnić dobre warunki tym dzieciakom i ich opiekunom. To musi być zawód elitarny i bardzo dobrze opłacany. Pensja na poziomie wysokim, urlopy w dowolnym momencie pełne wsparcie psychologiczne. Nie powinna być to praca, typu "postudiach", moim zdaniem właśnie młodych brakuje, tu nie chodzi o zastąpienie matki ale o przyjaźń. Powinno być, pełne wsparcie jeśli chodzi o dalsze mieszkanie w ośrodku, studia itd. Tu trzeba dużo pieniędzy włożyć. A skąd je wziąć? Zabrać z więzień. Proste. Wiele przepisów na temat humanitarnego traktowania więźniów bym zamroził. Powinna być ostra selekcja na tych reformowalnych i niereformowalnych. A warunki tych drugich powinny być tak złe, żeby jednak każdy dał się zreformować. Ostatecznie, morderców można słać do Iraku jako karne kompanie. Niech giną śmiecie, a nie żołnierze.