a mi tego właśnie brakuje w całej serii praktycznie, masowości. Bo jak wygląda podbój? Robię jedną olbrzymią armię (lub nawet nie tak dużą, zależy co podbijam) i idę przez kolejne terytoria, uzupełniając tylko ewentualne straty. A gdzie te wojny na wyniszczenie, front? Dyplomacja też jest praktycznie nieodczuwalna, nawet gdy podbijemy komputerowi trzy z czterech prowincji to i tak nie zechce się poddać lub nawet nie prosi o pokój. Mało które państwo chce też przyjąć naszą wyższość (protektoriat), dotychczas tylko z jednym państwem w całej mojej historii Total War mi się to udało.
Dlatego tak bardzo cenię Rome. W późniejszej fazie gry, kiedy już dochodzi do tej "ostatecznej rozgrywki", gdzie pozostałe rody i senat rzucają się na siebie. Każda z tych dwóch frakcji ma bardzo dużo prowincji, może więc wystawić gigantyczne armie. Takich sznurów batalionów, kohort i legionów, sunących na moje ziemie nie widziałem nigdzie poza Rome. I tam już naprawdę trzeba było zmobilizować ogromne siły do odparcia takiej masy oddziałów. Posuwanie się do przodu też przychodziło ciężko z uwagi na bezustanne przybywanie kolejnych uzupełnień. Pamiętam, jak gromadziłem siły inwazyjne, do przemieszczenia których musiałem użyć aż trzech oddzielnych flot ( pięć samodzielnych armii w pełni operacyjnych, z machinami oblężniczymi i kawalerią). Zdobywałem przyczółek i starałem się oddzielić część zajmowanych ziem od reszty, by je wchłonąć podczas gdy desant tworzył zaporę dla kolejnych armii próbujących się przedrzeć.
Tylko w Rome, nigdzie indziej. W Empire zagrałem sobie raz Anglią i zdobyłem połowę świata. Dosłownie połowe, miałem praktycznie całą Amerykę poza jednym plemieniem, z którym utrzymuje dobre stosunki, do tego dwa szlaki handlowe opanowane i patrolowane. W Europie również połówka była moja, sojuszników i Polski nie ruszałem (ot taki kaprys). I co? Żadnego godnego przeciwnika. Żadne mocarstwo nie było dostatecznie potężne, bym chociaż trochę zastanowił się nad wypowiedzeniem wojny, lub też tworzył jakieś armie rezerwowe, gotowe wesprzeć te operujące bezpośrednio na granicy.
Powyższe rozmyślania stworzone są w oparciu o grę na Najtrudniejszym poziomie trudności (mapa świata) i normalnym poziomie trudności (bitwa). Nie zwiększałem tego drugiego, bo wtedy szlag trafia cały system morale i można dostać białej gorączki, kiedy zdziesiątkowany oddział milicji po stracie generała zdołał zmusić do ucieczki moje trzy standardowe oddziały liniowe (z generałem za plecami). Po tej akcji więcej poziomu trudności bitwy nie zwiększałem.