Dzisiaj mialem najwiekszego epic faila od kiedy gram w Mount and Blade. Otoz zdobylem zamek i jakims cudem go dostalem, wiec postanowilem posiedziec w nim 2-3 dni. Pod koniec pierwszego dnia pod moja warownie nadciagnela armia zlozona z krola Nordow i pieciu jego wasali, razem gdzies 700 luda siedzialo w obozie przed zamkiem. Ja mialem przy sobie jakis 60 ludzi, wiekszosc Rycerze i troche pieszych. Przegralem, lecz moi ludzie zabrali na tamten swiat ze soba jakis 400 wrogow. Wzieli mnie do niewoli, z ktorej jeszcze tego samego dnia ucieklem i pech chcial, ze natrafilem na hulajpartie Sea Raider'ow skladajaca sie z ponad 50 zahartowanych wilkow morskich...ja bylem sam, nie liczac Ymiry i Artimmera. Liczylem na to, ze zasiecze ich jak psy na moim koniu, co najwyzej troche mnie porysuja...zabilem ich okolo 1/3 kiedy padl moj ukochany kon. Durne zwierze, tratowalo pod swoimi kopytami bataliony najlepszych oddzialow w krolestwie a dalo sie zabic paru bandytow. W kazdym razie, kawalek przejechalem na tylku i wyladowalem (dzieki bogu) nie w srodku wrogow. Liczylem, ze sam, majac przeciw sobie gdzies 20 przeciwnikow i pozbawiony konia szybko padne...lecz cofajac sie, blokujac ciosy tarcza i odpowiadajac strasznymi ripostami udalo mi sie cala bande pozabijac..zostal mi ulamek hp kiedy padl ostatni z nich...juz sie usmiecham, udalo sie, uff. Kiedy slysze swist...wiedzialem, ze trafi (dziwnym trafem w takich sytuacjach zawsze trafiaja :D ). Trafil i nakrylem sie nogami...life is brutal :D