Widzę, że moje słowa wywołały straszne wzburzenie. Mówiłem że to mój stosunek do religii. Mówiłem że jak sobie chcesz, to wierz, nie moja sprawa.
Mój stosunek do wierzących jest taki: chcecie żyć w kłamstwie? Proszę bardzo, nic mi do tego.
To oczywiste że wiele osób się ze mną nie zgodzi bo to są tylko moje poglądy.
Tylko dlaczego Twoje poglądy mieszają z błotem ludzi, którzy nie uznają Twojego światopoglądu? Dlaczego na nich naskakujesz, na ich wierzenia, skoro jak sam twierdzisz "Możemy się wspaniale dogadywać bo tak naprawdę niczym się nie różnimy."? Skąd możesz mieć pewność, że ich wyznanie opiera się na prawdzie / kłamstwie? Nie chodzi mi o to w co wierzysz, kto ma rację (bo dobrą sprawę każdy, bądź nikt może mieć), tylko o Twój arogancki stosunek do innych wyznań:
Mój stosunek do wierzących jest taki: chcecie żyć w kłamstwie? Proszę bardzo, nic mi do tego. Możemy się wspaniale dogadywać bo tak naprawdę niczym się nie różnimy.
Z jednego materiału? Człowieku, skąd wiesz kto bazuje swoje wypowiedzi na jednym filmie/serwisie/wypowiedzi księdza czy koleżanki? To co powiedziałem opiera się na całym moim życiu. Zeitgeist obejrzałem dopiero dzisiaj przed napisaniem mojej wypowiedzi. Jedyne co tam było dla mnie nowe to właśnie ta geneza tych wierzeń. I tak, wierzę w to, co usłyszałem w tym filmie na temat powstania religii bo to jak dotąd jeden z lepszych argumentów/dowodów/nazwijtojakchcesz jakie do tej pory słyszałem. Oglądałem wiele materiałów na ten temat. Zarówno ze strony ateistów jak i katolików. Wg mnie taki Dawkins i jego "Bóg Urojony" to już przesada. On popadł w fanatyzm a jak już mówiłem, fanatyzm jest zły,niezależnie od tego za co się walczy. Widziałem też tego kolesia który podważał teorię wielkiego wybuchu. No własnie, teorię. Niektórzy zapominają, żeteoria jest tylko teorią póki nie znajdzie się niezbitego dowodu. Możliwe że nigdy nie poznamy sposobu w jaki świat powstał. Najłatwiej jest powiedzieć "ktoś jest wszechmocny i go zrobił, w ten czy inny sposób". Sorry ale nauka bardziej mi odpowiada bo przynajmniej tłumaczy jak?, dlaczego?, po co? itd. W religii jest tak "bo tak". Nie spotkałem jeszcze kogoś kto by porządnie uargumentował swój wybór.
Uważasz, ze tylko Ty szukasz odpowiedzi na tego typu pytania? Myślisz, że My wszyscy -- nie ważne, czy wierzący, czy nie -- wiemy wszystko? Myślisz, że jeśli Jan Kowalski idzie do Kościoła, to nie szuka on prawdy będąc w nim? Nie sądzisz, że właśnie Kościół dla niektórych może być idealnym miejscem na szukanie "tego"? Jest wiele pytań, na które nikt jeszcze nie wynalazł odpowiedzi i nie wynajdzie, bo jesteśmy TYLKO ludźmi -- pionkami na planszy. Wiara jest właśnie jedną z "możliwości" w poszukiwaniu prawdy, innymi możliwościami mogą być książki, filmy, internet, posążek, urna z prochami, krzyż na ścianie, obrazek ze Stalinem, etc. To, jaką ktoś wybrał drogę, niekoniecznie dla nas odpowiednią, nie upoważnia nas do tego, by ją podważać, obrażać, tym bardziej, jeśli tą ideą nikomu nie szkodzi.
Jeśli uraziło cię to co mówiłem o tej całej instytucji to sam popatrz. Naprawdę otwórz oczy, popatrz i oprócz pozytywnych stron jak zbiórki dla potrzebujących, zauważ też te negatywne aspekty jak wpływ kościoła na politykę. Moim zdaniem problem nie leży w samej religii (bo to że ktoś wierzy że pod jego łóżkiem mieszka potwór jakoś nie wydaje mi się zagrożeniem), a w tym, że wpierdziela się ona tam gdzie nie powinna tzn do szkół i polityki (+fanatyzm).
Niby "w dupie masz, kto, w co wierzy", ale jednak nakłaniasz mnie do otworzenia oczu... Przed kim? kościołem? -- nie uczęszczam, nie interesują mnie ich "wpadki" i nie nazywam osób, które tam uczęszczają "gorszymi" - czy to z potrzeby, czy przymusu -- nie mnie to oceniać, ani Tobie, ani nikomu. Wiem, że są i zakonnicy z powołania i nie -- jak w każdym zawodzie. Jesteśmy krajem katolickim, obchodzimy święta katolickie (czwartek wolny miałeś -- zapomniało się?), więc w czym problem? Tak trudno Ci ścierpieć, jak zobaczysz zakonnika w szkole, na otwarciu wystawy, na procesji? Ideą Kościoła jest służba ludziom i wg mnie idealnie się w tym sprawują, a to, że niektórzy wykorzystują swoje pozycje dla własnych zachcianek, to świadczy tylko o nich i oni też będą sądzeni... Nie słyszałem jeszcze, by jakiś ksiądz z ambony zmuszał do czynienia czegoś złego.
Co do zapier***ania do kościoła na stare lata. Możliwe, jednak mam nadzieję, że tak nie będzie. Chociaż w moim przypadku. Człowiek się zmienia, kształtuje swoje poglądy przez całe życie. Nie zaprzeczam że jest jakaś tam możliwość że się nawrócę. Możliwe że strach przed tym "a co jeśli on naprawdę istnieje i skaże mnie na wieczne męki?" przezwycięży, ale to tak jak już powiedziałem będzie spowodowane strachem. Czystym strachem słabego człowieka który nie potrafił naprawdę uwierzyć w to co głosił. Możliwe że ktoś znajdzie kiedyś niezbity dowód na istnienie (w co szczerze mówiąc wątpię, nie, inaczej: jestem pewien że nie znajdzie). Wtedy nie ma takiej opcji. Człowiek będzie musiał zaakceptować to, że coś takiego istnieje. Trudno powiedzieć żeby boga kochał, wielbił czy inaczej oddawał mu cześć, ale będzie go musiał zaakceptować. Najwyżej pójdzie do piekła "bo mimo że całe życie pomagał innym, był dobry to nie wierzył i nie chodził do kościoła".
Poza tym, czasy się zmieniają. Popatrz na społeczeństwo te 50 lat temu. To były zupełnie inne czasy. Można powiedzieć że ten cały bóg był wtedy takim placebo dla walczących o wolność kraju. Jest więc możliwe, że dzisiejsi ateiści nie padną na kolana przed bogiem.
Aha.. czyli możliwe, że się nawrócisz... Typowa gadka człowieka nieprzekonanego: "bo Bóg jest miłosierny" -- tak jest, ale jest też Sędzia Sprawiedliwym, przed którym wykładasz wszystko... Przynajmniej w moich wierzeniach. Wiesz dlaczego Chrystus nawracał? Bo był Synem Bożym -- kto w niego uwierzył, nie umarł na próżno. Odrzucając świadomie -- bo tym jest grzech (świadomym i dobrowolnym przekroczeniem dekalogu) -- Boga, w nadziei, ze Ci wybaczy jest niczym innym, jak nadużywaniem jego miłosierdzia, jego łaski, która do zbawienia jest KONIECZNIE potrzebna. Nie mnie oceniać Sąd Boży, ale mam nadzieję, że każdy będzie sądzony sprawiedliwie. Wszak Dekalog, to nie jest jakiś zbiór "rzeczy zakazanych", bez których żyć się nie da. Pierwsze Przykazanie, jak i wszystkie zresztą, nie mogą być odbierane dosłownie, bo wychodzi Ci krótki, niepełny schemat (Skoro dla kogoś "Bogiem" jest nauka i pozostaje jej wierny i nikomu nią nie szkodzi, a nawet wykorzystuje ją dla poprawienia życia, komfortu innym, to dlaczego miałby nie otrzymać zbawienia?). Również Biblię trzeba zrozumieć, a nie przeczytać -- podobnie jak Matematykę...
I jeszcze raz o dowodach. Nie da się udowodnić istnienia bądź nie istnienia boga. Dlaczego? Przez ten jeden jedyny haczyk: jest wszechwiedzący, wszechmocny, wszechwszystko. Jest to idealna furtka którą może wyjść zapędzony pod płot wierzący. Jest wszechmocny więc chciał żeby tak się stało, zrobił to przez ewolucję, cokolwiek. Właśnie dlatego ta walka jest nie do wygrania. Niestety takim haczykiem można uargumentować każdą głupotę.
Tu wskakujesz na Drugie Przykazanie: Nie powołuj wszystkiego na Boga, bo "bierzesz jego imię nadaremno". Owszem niewiedzę ludzie tym zasłaniają -- i grzeszą tym. Bóg to nie jest stary facet, który pociąga za sznurki -- takie bajki dzieciakom się wciska. Bóg to wszystko ruszył, dał wskazówki, dał wolę i obserwuje. Czemu się nie udziela? Nie wiem.. Może nie chcę zakłócić "harmonii" panującej na tym świecie? A może nie dostrzegamy go żyjąc własnym rytmem? Tego nikt nie wie...
Co prawda brzmi to deistyczne, ale widocznie tak ma to wyglądać -- są to oczywiście moje przemyślenia i nie opieram się moim rozumowaniem Dekalogu na jakiś książkach, artykułach, wypowiedzeniach, tylko na głębszych przemyśleniach -- bo na tym polega moje szukanie "racji".
Następnym razem ochłoń przed napisaniem czegokolwiek bo mam wrażenie że post jest pełen wzburzenia, nienawiści i ogólnie w niektórych miejscach musiałem czytać 2 razy żeby zrozumieć. Nie wiem czy to przez twoje nerwy czy moje zmęczenie.
Chyba zmęczenie... Jedyne oburzenie napisałem w pierwszym akapicie, dziękując za tak "czułe" słowa odnośnie wiary. Potem pisałem, że i naukowcy nie mają racji, a z kolei w tym napisałem, że i my możemy nie mieć racji, dlatego wierzymy. Wszak Ateista to też osoba wierząca, ale w naukę, ludzkość -- Ateista wierzy, że Boga nie ma.
Na przyszłość jak już piszesz o swoich "poglądach" upewnij się, czy nikomu nie szkodzisz nimi. Można spokojnie pisać o czymkolwiek nie uniżając nikomu -- po prostu nie porównywać i nie powoływać, tym bardziej na temat wyznań o których nie masz do końca pewności.
Na koniec stare, jare przysłowie: "Ten się śmieje, kto się śmieje ostatni". Nie życząc nikomu jak najgorzej...
Pozdrawiam!