To może następne pytanie: Jak myślicie dlaczego nie udało się wygrać w czasie oblężenia Malborka?
A może nie przerzucajmy tak po kilkudziesięciu minutach z tematu na temat, bo ten temat zrobi się wielkim śmietnikiem, ponieważ niektórzy będą chcieli coś napisać w wątku wcześniejszym, a tu gruch, już dyskusja nad innym pytaniem. Według mnie jeśli ten temat ma istnieć, to powinien dawać realną szansę na dyskusje, a nie takie co godzinne przerzucanie z pytania na pytanie... Bezsens. ;/
Ja jeszcze od siebie chcę coś dodać na pierwsze pytanie. ^^
Pytanie jest "jakie znaczenie miały oddziały łuczników pod Azincourt". Wystarczy wspomnieć, że Henryk V ruszając na grabież do Francji zabrał ze sobą niemal 10 tys. armię z czego łucznicy stanowili 7 tys., a oddziały ciężkozbrojnego rycerstwa oraz piechota stanowiły tylko 2 tys. - reszta czyli coś około 350-400 ludzi to byli lekarze, saperzy, ogniomistrze, płatnerze, etc. Już samo to że jego armia składała się niemal z samych łuczników świadczy, że ich znaczenie w bitwie było niebagatelne, ponieważ na inny luksus Henryk nie mógł sobie pozwolić, gdyż jego 2 tys. ciężkozbrojnych zostałoby rozbitych w pył przez rycerstwo francuskie.
Jednak co najważniejsze. Francuzi po porażce pod Crecy widać, że nie nauczyli się niczego... Tam niezdyscyplinowane i krnąbrne rycerstwo ruszyło do walki niemal na własną rękę - widząc że kusznicy zostali wystrzelani przez anglików - i mimo kilkukrotnych szturmów dostało ostre baty - głównie od łuczników. Tutaj sytuacja wyglądała podobnie, gdyż Francuzi gdyby to umiejętnie rozegrali to ich niemal 25 tys. armia zostawiłaby anglików wbitych w ziemię. Jedynym początkowym minusem armii francuskiej było niekorzystne pole bitwy, którego szerokość wynosiła około 3km, co niestety ograniczało możliwości oskrzydlenia anglików - z obu stron rozciągał się las*. Niestety nieliczni francuscy dowódcy optowali za wariantem defensywnym walki, a "rycerscy" książęta i hrabiowie postawili na swoim, czyli wariancie ofensywnym.
Jak już ktoś tutaj pisał, w nocy przewaliła się niemiłosierna ulewa, która zamieniła ziemię w grzęzawisko - prawdopodobnie gorsze niż pod Crecy. I według mnie to, wespół z głupim wariantem walki - choć dość sensownym strategicznie - zdecydowało o klęsce francuzów. Następna rzecz była nader ciekawa, ponieważ Henryk V zdecydował wygłosić płomienną mową, by podnieść morale swych wojsk oraz co było bodajże kluczem do zwycięstwa, zwęził pole bitwy do około 300 metrów. Jak się okazało było to genialne posunięcie, ponieważ francuskie rycerstwo znów nie wytrzymało ciśnienia i mimo rad konetabla by walkę rozpocząć po południ, żeby pole dostatecznie przeschło, ruszyli do walki... Podobnie jak pod Crecy pierwsi posłani zostali miotacze, którzy jednak po kilku salwach pod naporem angielskich łuczników zawrócili za własne szeregi. Później po bokach ruszyło francuskie rycerstwo, które zanim dopadło do wroga, zdołało albo polec, albo paść pod zabitymi bądź rannymi końmi - niektórzy historycy donosili, że bagno było tak dokuczliwe, że część rycerzy nawet się utopiła (!) leżąc pod powalonymi końmi. Później co oczywiste, Francuzi ruszyli na środku, ale impet tego uderzenia szybko stracił moc, a gdy dotarli do zasieków anglików - łucznicy postawili przed sobą pale - zaczęli się wycofywać. Warto wspomnieć, że do tego momentu w tej szarży źródła podają, że padło tylko trzech rycerzy co świetnie pokazuje niesamowitą ochronę jaką stanowiły ich pancerze. Dalej wiadomo, Anglicy mieli niebywale łatwe zadanie strzelając w zbite szeregi częściowo wycofujących się, a częściowo nacierających oddziałów. Jednak tutaj znów głównie za cel brano konie, które w przeciwieństwie do rycerzy niemal nie były chronione niczym więcej niż kropierzem - a i to zdarzało się rzadko. Tak więc ta rzeź koni spowodowała niesamowity efekt domina - przewracające się konie - i w kilka chwil w błocie leżały setki ludzi. Co prawda Francuzi dalej próbowali nacierać, ale te ataki były tak nieskoordynowane, że część wojsk dokonywała odwrotu, a w innym miejscu pojedynczy rycerze pakowali się pomiędzy setki przeciwników. Później Henryk widząc to co się tam dzieje, rozkazał łucznikom uderzyć bezpośrednio, a dzięki swej lekkości - w przeciwieństwie do Francuzów, oni bez problemów ich "bili".
Dalej już nie ma co pisać, ale jak widać, według mnie łucznicy okazali się niesamowitą siłą, z którą liczyć musi się nawet ciężkozbrojne rycerstwo - które na dodatek nie umie uczyć się na własnych błędach.
*
Źródła informacji:
Brian T. Carey, „Wojny średniowiecznego świata. Techniki walki”
Benedykt Zientara „Hitoria powszechna średniowiecza”
Henryk V pod Azincourt, Rzeczpospolita, dodatek Batalie i wodzowie wszech czasów, nr 20