Będzie troszeczkę nie na temat, ale skoro już jedziemy sobie po Straży Miejskiej... ;)
Ciekawa sytuacja była niedawno w moim rodzinnym mieście, gdzie komuś się trochę poprzewracało w głowie i postanowił ze Straży Miejskiej zrobić maszynkę do zarabiania pieniędzy. Nie wystarczało już wlepianie mandatów za złe, czy nie opłacone parkowanie (praktycznie całe miasto stroją parkomaty i legalne zaparkowanie za darmo graniczy z cudem), mimo iż była z tego spora kasa. Ktoś wpadł na genialny pomysł i zaczęło się masowe polowanie na kierowców i ich portfele. Straż Miejska miała bowiem wzbogacić się o fotoradar, jednak uznano, że koszt zakupu jest zbyt wielki i podpisano bardzo, ale to bardzo podejrzany przetarg z firmą z drugiego końca Polski, by ta urządziła obławę na kierowców.
Ogólnie pomysł był taki - mają stać w niebezpiecznych miejscach i z ukrycia robić zdjęcia nieoznakowanym fotoradarem pojazdom przekraczającym dozwoloną prędkość. Firma od każdego mandatu miała dostać 80zł, co już samo w sobie jest chore i nie do przyjęcia. Ale to dopiero początek... Gdy się okazało, że w owych niebezpiecznych miejscach (np. przy szkołach) praktycznie nikt prędkości nie przekracza i zyski będą dla Firmy znikome, pracownicy przenieśli się tam, gdzie mogli naprawdę rozwinąć skrzydła - na obrzeża, odludzia, na proste drogi wylotowe z miasta, na miejsca, gdzie można byłoby jechać i ponad 100km/h nie zagrażając przy tym absolutnie nikomu. Ba, były sytuacje, gdzie ci mili panowie ustawili się zaraz za znakiem oznaczającym teren zabudowany i pstrykali zdjęcia tym wszystkim, którzy nie zdążyli gwałtownie wytracić prędkości, by za znakiem mieć już te 50km/h... czyli wszystkim.
Oczywiście cała akcja przebiegała w tajemnicy i poinformowano o niej dopiero podczas wystawiania pierwszych mandatów - ponad 3 miesiące później (sic!!!). Rzekomo było to wszystko robione aby poprawić bezpieczeństwo, aczkolwiek ja żadnego innego sensu poza trzepaniem kasiory nie widzę, bowiem mandaty, aby mieć jakąkolwiek moc i odpowiednio wpłynąć na kierowcę, powinny być wystawione niezwłocznie po wykroczeniu - wtedy kierowca jeździ uważniej i wolniej, przynajmniej jeszcze przez jakiś czas po otrzymaniu mandatu. Jak na poprawę bezpieczeństwa wpływa mandat wystawiony po czterech miesiącach od zdarzenia? Jaki efekt psychologiczny ma na kierowcy fotoradar, którego kierowca nie widzi i o którym nie wie? Pytania, oczywiście, retoryczne...
Efekt akcji był do przewidzenia - w ciągu kilku pierwszych dni upolowano ponad kilkanaście tysięcy (sic!) "jeleni". Akcja niby wymierzona była w przejeżdżających przez Pszczynę, jednak nagle sporo mieszkańców dowiedziało się, że nie ma już prawa jazdy. :) Nie dano im jakiejkolwiek szansy, czy najmniejszego ostrzeżenia. Sporo innych kierowców musiało się przygotować na ogromne wydatki.
Sam co prawda uniknąłem jakiegokolwiek mandatu, mimo iż tymi drogami często jeżdżę i wiem, że jechanie nimi z prędkością 50km/h to zwykła zbrodnia. No ale to już szczegół. Akcja od początku była podejrzana i obecnie jest wstrzymana, gdyż zajął się nią NIK. Firma robiąca zdjęcia zarobiła miliony minimalnym wkładem, zaś reszta pieniędzy z mandatów gdzieś wyparowała - a rzekomo wszystko miało iść na remont dróg w mieście (jakby kierowcy już mało do tego dokładali).
Śmieszą mnie jednak komentarze, bowiem nadal wielu mieszkańców, głównie tych, którzy nigdy nie siedzieli "za kółkiem", uważa, że to była dobra akcja wymierzona w piratów drogowych. Tak, oczywiście. Szkoda, że przy okazji złapania kilku piratów (i to tam, gdzie mogli sobie szaleć) ucierpiało kilkadziesiąt (czy nawet kilkaset, bo akcja trwała w sumie dobre pół roku) tysięcy zwykłych kierowców, jeżdżących "z głową".
Cała akcja, nawet jeśli NIK uzna jej legalność, w co szczerze wątpię, przechodzi do historii wraz z wejściem w życie nowego prawa regulującego kwestie fotoradarów. Dzięki Bogu nie będzie więc nigdy i nigdzie więcej takiego bajzlu, jaki był niedawno w Pszczynie.