Aksamitne, delikatne, mieniące się trudnymi do nazwania kolorami światło oświetla salę w której stoicie. Wydaje się, że Argjolf trzyma w dłoni płomyczek, który pozwala wam kroczyć dalej.
Kilka kroków i robicie się bardzo pewnie siebie, oj panikarze ci w Ostrogarze, panikarze! Co oni tam opowiadają po tych karczmach? Straszą ludzi bzdurami, hipochondrycznie boją się pułapek w porzuconych świątyniach i wyolbrzymiają proste sprawy.
Wystarczyło, że Indianin Jan zrobił fikołka, gdy ze ściany wyskoczyło koliste ostrze, które przeleciało nad głową Randalfiana, strzygąc mu przy tym resztki włosów i po krzyku.
HA! Wkraczacie spokojni, wręcz odprężeni do czegoś co definitywnie było kiedyś świątynią zła. Ponieważ jakiś uprzejmy jegomość najwyraźniej dba o renowację zabytków, tlą się tutaj światełka w kagankach z czaszek.

Ktoś postarał się o właściwą dla takich miejsc aranżację wnętrz, zadbał aby odpowiednie rekwizyty - czaszki, stopione czarne świece, pentagramy, kraty i złowieszcze kolce tworzyły demoniczną całość, budującą atmosferę w spójny i pełen pożądanej harmonii sposób, wykazując się dużą wyobraźnią do tworzenia turpistycznych bukietów z resztek jakiś nieszczęśników.
Dla wielu pewnie to jednak lepiej po śmierci stać się częścią poruszającego emocje abażuru pod sufitem w pracowni alchemika, niż pozostać pamiętanym jako "ten facet, który puszczał głośno bąki i... no wiecie co... z swoją kuzynką."
W centralny punkcie pracowni rzemieślników ludzkich ciał, bo pewnie tak o sobie mówił cech zajmujący się rutynowo wyrywaniem serc, znajduje się olbrzymia czaszka, w którą wstawiono trzy lśniące kamienie.
Indianin Jan podchodzi do niej jako pierwszy...
