A teraz przyspieszę troszkę wydarzenia opisując co działo się między 31 lipca a 4 sierpnia 1269 roku.
Noc z 30 na 31 lipca
Po zabiciu zjawy i zagaszeniu ognia udało Wam się uratować jeden wóz i trochę zapasów przeznaczonych na podróż. Jeden z Was postanowił rozejrzeć się po okolicy, być może konie są gdzieś w okolicy i nie będziecie musieli zasuwać na piechotę. Reszta drużyny, która została na powierzchni rozpoczęła przeliczenia ilu was było. Brakowało wam trzech ludzi i jednego elfa. Tego ostatnie szybko odnaleźliście, a raczej to co z niego pozostało. Pomimo tego, że Truśka osłoniła elfa swoim ciałem to i tak nic nie dało. Elf stracił przytomność i nie obudził się już. Gdy leżał nieprzytomny pod ścianą zawalił się na niego palący się dach i tak skończył przygodę z Wami. Jego ciało zostało częściowo spopielone, ale nie przejmowaliście się nim. Mieliście ważniejsze problemy. Raz - straciliście dowódcę, czy to dobrze czy nie. Dwa - nie wiedzieliście wtedy co zrobić. Każdy z Was prawdopodobnie myślał o ucieczce i rzuceniu tego wszystkiego w cholerę. Lecz również wiedzieliście, że wtedy podpiszecie na siebie wyrok śmierci. Postanowiliście przygotować się do podróży i przepakować wszystko do toreb, które postanowiliście stworzyć z poszycia wozu. Tymczasem w piwnicy nie było ciekawie. Arnulfr jako jedyny na nogach stawił czoło ghulowi, który bardzo chciał zakończyć żywoty wszystkich śmiertelników. Ghul nie spodziewał się takiego ataku ze strony Arnulfra i po prostu nabił się na miecz, lecz impet z jakim wyprowadził uderzenie spowodowało, że umierający ghul przewrócił się na Arnulfra i obydwoje upadli. Po chwili, gdy Garvaleth i Marcus podnieśli się z podłogi i pomogli wykaraskać się Arnulfrowi z tej sytuacji. Gdy już wszyscy byli na nogach i jakoś uzbrojeni (miecz A. za nic nie chciał wydostać się z ciała ghula, lecz profilaktycznie jeszcze obcięliście potworowi głowę) wyruszyliście korytarzem przed siebie. Po chwili natknęliście się na schody, a na samym szczycie były drzwiczki prowadzące do piwnicy od podwórza domu. Wydostaliście się na zewnątrz i dziękowaliście wszystkim bóstwom, które znaliście że przeżyliście. Po chwili wróciliście na znane Wam tereny i zobaczyliście, że pozostała grupa szykuje się do drogi. Gdy znowu połączyliście się było Was mniej, lecz mieliście silne postanowienie przeżycia i stawienia czołu wszystkiemu, co Wam się przydarzy. Bez postawienia wart postanowiliście przygotować się do drogi dopiero nad ranem i wszyscy zapadliście w sen.
31 lipca 1269 roku
Gdy zbudziliście się przez większą część przedpołudnia przygotowywaliście się do drogi. Część z was pod pilnym okiem Truśki przygotowywali worki przeznaczone do podróży, ponieważ konie poszły w siną dal i tyle je widzieliście. Narzekaliście na brak pieniędzy, ponieważ Ważny nie zostawił wam miedziaków lub srebrników na drogę, lecz postanowiliście sprzedać nadwyżkę broni w pierwszej lepszej kuźni. Po szybkiej zupie przygotowanej przez Truśkę wyruszyliście na południe Traktem Królewskim w kierunku granicznego miasta Rinde. Przez pozostałą część dnia nic się nie działo ciekawego i postanowiliście odpocząć niedaleko traktu.
1 sierpnia 1269 roku
Poranek okazał się niezwykle nieciekawy. Z zachodu nadeszły ciemne chmury i rozpoczął padać deszcz. Przeklinając wszystkie wam znane bóstwa rozpoczęliście marsz na południe. Po południu deszcz przestał padać, lecz cały czas niebo było mocno zachmurzone. Wieczorem rozłożyliście obóz niedaleko traktu i tak Wam minął dzień.
2 sierpnia 1269 roku
Poranek okazał się podobnie niezwykle nieciekawie jak poranek poprzedni, tyle tylko że wyszło słońce, które przegoniły ciemne chmury gdzieś na zachód. Tak samo jak w dzień poprzedni kontynuowaliście swoją podróż na południe, lecz trochę ciężej wam się szło po rozmoczonym trakcie. Wieczorem tak jak zawsze rozbiliście obóz i tak wam minął dzień.
3 sierpnia 1269 roku
Poranek tym razem okazał się ciekawszy. Przy śniadaniu do waszego obozowiska przybył kurier, który przyniósł wam list od Ważnego (wtedy tego jeszcze nie wiedzieliście). Było tam jedno zdanie - "Zapraszam Was rano na śniadanie w karczmie pod Wybuchającym Dżinem w Rinde". Po przekazanym Wam liście kurier wyruszył dalej na północ. Od miasta dzielił was jeden dzień drogi i po szybkim skończeniu śniadania ruszyliście dalej. Przez większość dnia nic się nie działo i wieczorem rozbiliście obóz niedaleko miasta. Do Rinde postanowiliście wejść następnego dnia z samego rana.
4 sierpnia 1269 roku
Po szybkim wstaniu na nogi i zebraniu obozowiska ruszyliście do Rinde, które było już za pagórkiem. Gdy stanęliście na szczycie ukazał się wam widok Rinde, lub tego co pozostało z niego gdy pewien wiedźmin zawitał do niego. Lokalny burmistrz Neville postanowił nieodbudowywać miasta w całości, tylko rozpoczął budowanie nowego miasta obok ruin starego. Miasto było ciągle w budowie, lecz większość ważniejszych budynków było już wybudowanych. Miasto w końcu stało przy granicy z Temerią i ważne było, by handel nie został przerwany. W ruinach zamieszkał głównie plebs i lokalny światek przestępczy. Ruiny każdej nocy zamieniały się w wojnę o dominację między czterema ważnymi grupami przestępczymi i każda chciała zdominować światek. Lecz Was to nie obchodziło. Wyruszyliście z pagórka w stronę "bram miasta". Bramą okazała się lokalna strażnica zbudowana z drewna. Przy drzwiach stało dwóch strażników z halabardami oraz ich dowódca, który bezczelnie siedział sobie na krzesełku w cieniu strażnicy. Gdy zauważył was zmusił się do wstania i rzekł(a raczej wykrzyknął):
-A czego tutaj szukacie? Nie widzita, że my som zajęci?!