Czytałem, że ludzi którzy przeżyli pierwszą wojnę i drugą jako gorszą wspominali pierwszą - bo była większym szokiem.
Ale za najgorsze uznawali napięcie w okresie pomiędzy wojnami i gdy druga wybuchła odczuwali coś w rodzaju ulgi. Bo w końcu było wiadomo skąd to napięcie i w co się zmaterializowało. To oczywiście bardzo ekstremalny przykład, ale chodzi mi o to, że poczułem coś takiego jak ulga, że teraz też strzelają do Polaków, bo za długo to wisiało w powietrzu. Strzelają, a nie odcinają żywcem głowy, czy może coś jeszcze gorszego, w tym sensie, że skończyło się czekanie na tragedię, bo już się wydarzyła.
Od dawna Polacy stoją po drugiej stronie barykady niż skrajni muzułmanie, ale nic z tego nie wynika. I to było dziwne, torturujemy jeńców, posyłamy żołnierzy, wspieramy na inne sposoby walkę z terrorystami, a po za przypadkowymi osobami, które zginęły w zasie zamachu 11 września nic się nie dzieje. Walczymy z Alkaidą i nic. To rodziło napięcie, bo coś się przecież musi dziać, oni muszą coś szykować! Tylko nie wiadomo co, a tu proszę okazało się, że będą do nas strzelać. Co oczywiście jednak niczego nie zmieniło, po za tym, że nie trzeba się już denerwować, że wydarzy się coś zupełnie nieoczekiwanego. Coś tak strasznego, że człowiek nie mógł sobie tego jeszcze wyobrazić.
Czyli strzelają do nas, co nie jest niczym zaskakującym. Wszystko wróciło do normy.