Tiaaa moją największą porażkę pamiętam tak dobrze jakby zdarzyła się z godzinę temu co jest raczej dziwne, bo poniosłem ją dość dawno no, ale do rzeczy.Był to mój pierwszy dzień gry w M&B któremu towarzyszyła podnieta i radość jak u 5 latka, który właśnie dostał wymarzonego Transformens'a.Stworzyłem sobie ubogiego szlachcica z sumiastymi wąsiskami jak to na szlachcica przystało,wybrałem odpowiednio atrybuty(głównie waliłem w Siłę i Zwinność czego już dziś prawie nigdy nie robię) i ruszyłem na podbój Calradi.Po obeznaniu się z niezbyt skomplikowaną klawiszologią (jak to w każdym Hack & Slash'u) postanowiłem poszukać swojej pierwszej ofiary którą była grupka 10 looters'ów szwędająca się w okolicach posępnego i wspaniałego Zamku Hrus(jeden z moich ulubionych tuż po zamku Knudar i Grunwalden).Dotrzeć do "wesołej kompani" nie było trudno, więc od razu zaczęła się walka, w której spostrzegłem, że jedyną bronią jaką dysponuje jest drewniany kij i jakaś czarna chabeta,no, ale wycofać się nie mogłem, więc rzekłem "mówi się trudno" i zacząłem jechać.Jadąc już od dłuższego czasu postanowiłem wspiąć się na małe wzgórze po lewej, z którego bendę mógł dojrzeć nadchodzącego przeciwnika, lecz naglę zza pagórka wyskoczył jakiś wydzierający się jaskiniowiec z maczugłą w ręku!"Fred Flinston i ekipa" pomyślałem (tłumiąc śmiech) widząc jak zza wzgórza wyłania się jeszcze 9 komicznie wyglądających gości z kamieniami i nożami w łapach, lecz radość nie trwała zbyt długo, gdy pierwszy kamień trafił mnie w głowę zmieniając twarz mojej postaci w "kebab z dodatkami".Bez większego namysłu ruszyłem moim nieszczęsnym koniem w przeciwną stronę z myślą, że "jakoś, im ucieknę", lecz było już za pózno, bo dostałem w głowę po raz drugi i walka skończyła się gorzką porażką z mojej strony.Po ucieczce z rąk moich oprawców poprzysiągłem, że gdy stanę się wpływową i silną postacią nie odpuszczę żadnemu lootersowi i bendę go ścigał, choćby i po skraj wszechświata(i robię to do dziś)!