Mój pomysł na grę był taki:
Przy tworzeniu postaci postawiłem sporo na handel. Chciałem bowiem podróżować między miastami i sprzedawać co lepsze okazje cenowe. Niestety dosyć szybko mi się to znudziło, głównie dlatego, że jadąc porządnie obładowany nie miałem szansy na dogonienie większości band zbójeckich:)
Zaczęło się więc jeżdżenie po miastach i branie udziału w turniejach, tudzież potyczkach a poprzez to gromadzenie doświadczenia. Jednocześnie umilanie sobie podróży przez atakowanie bandytów, rabusiów i przede wszystkim korsarzy, na których najwięcej można zyskać (doświadczenia i ekwipunku).
Gdy już uzbierałem małą armię (50 osób) składającą się z 6 bohaterów, 13 rycerzy swadiańskich, 12 nordyckich huskarli, 14 vaegirskich łuczników i kilku uzupełnień w stylu siostra miecza, czy pogromca niewolników, doszedłem do wniosku, że trzeba zacząć rozglądać się za jakimś zamkiem do zdobycia:)
Zdecydowałem się ponękać nieco Rhodoków (jakoś nie pałam sympatią do tego królestwa). Zaatakowałem karawanę i już miałem stosunki -5 i opcję oblegaj "zamek" dostępną w menu:)
Gdy już miałem zamiar rzucić siły na Zamek Maras (jest tak fajnie położony na uboczu) spostrzegłem, że jeden z zamków Nordów (tych lubię) jest oblegany przez niebieskich. Spojrzałem na sytuację: obrona zamku 45 + lord z 90 wojska przeciwko niewielkiej party (5 lordów - około 460 wojaków). Dodałem szybko swoją 50 i oceniłem, że damy radę. Siedząc później w lochu miałem czas na przemyślenie gdzie popełniłem błąd, ale po kolei.
Pojawiliśmy się na murach. Byłem pewien, że nasi łucznicy trochę nasieką z wysokości a tu pierwsza niemiła niespodzianka. Strącili może z 10 a maszyna oblężnicza już dojechała:( Cóż, czas wziąć sprawy w swoje ręce. Wyciągnąłem zza pazuchy młot lucerneański i zacząłem się przeciskać bliżej kładki. Masakra, zanim się dopchałem mieliśmy już tylko połowę woja. Nic to, ustawiłem się w końcu tak, żeby najeźdźcy mnie nie sięgali a ja prawie za każdym machnięciem strącałem po jednym:) Udało mi się tak nasiec kilkudziesięciu - awansowałem 2 lvl, ale zacząłem się orientować, że nie wystarczy mi sojuszników. Padali jak kawki. Gdy zostało nas około 10 zaczęliśmy się wycofywać. Ja cały czas ciąłem. Zostało nas 5 ich 25 - już na murach. I tu popełniłem największy (tak mi się wydaje) błąd - otóż śmierć zajrzała mi w oczy, strach obleciał - odwróciłem się i zacząłem sp... po barbakanie:) Moi walczyli dzielnie, gdy padli wszyscy - wrogów było 8. Wyskoczyłem z ukrycia z pieśnią na ustach. Położyłem jednego, drugiego, trzeciego. Później była mała przerwa, ale spostrzegłem, że następni to między innymi kusznicy:( Rzuciłem się z dzikim okrzykiem, każda sekunda była cenna. Czy ja będę szybszy, czy bełt. Pierwszy chybił i za chwilę padł pod miażdżącym uderzeniem młota, drugi podniósł kuszę, chwilę mierzył... Byłem tak blisko, już nabrałem rozmachu, już miałem wyprowadzić zabójczy cios, gdy nagle poczułem jak broń wypada mi z ręki, kolana zrobiły się miękkie a zamglony wzrok zdołał uchwcić lotkę bełta sterczącego z mojej piersi - padłem gdy było tak blisko zwycięskiego końca:(
Po wypuszczeniu z ciemnych lochów podsumowałem straty: całe wojsko w pipu, około 5000 denarów w pipu, tarcza i hełm w pipu. Dobrze, że zostali wierni bohaterowie: Nizar, Lezalit, Artimenner, Marnid, Deshavi i Katrin.
Poprzysiągłem zemstę Rhodockim plugawcom i rozpocząłem zbieranie wojska. W tej chwili mam 3 rycerzy, 1 huskarla i 1 mistrza łuku. Reszta w trakcie szkolenia:) Jeszcze tylko kilka nocek i znów uderzę na zamek (tym razem z trochę większą ekipą, bo widzę że to nie przelewki).
Dodam jeszcze, że gram w wersję 1.011 z ustawieniami: do 300 żołnierzy na ekranie i poziomem trudności 147%
Pozdrawiam,
Bazyli10