Skaggs
Podchodzisz do starego urzędnika, który przeliczał pieniądze na ladzie. Na oko było tam gdzieś z dwieście nowiutko wybitych Orenów. Spojrzał na ciebie szarymi, wypranymi z uczuć oczami i głosem wykastrowanego gnoma, lekko przekrzywiając głowę, zapytał w czym może pomóc. Jeden oren spadł z blatu, dźwięk który wydał spadając miał więcej uczucia niż ten starzec. Gdy podałeś skąpcowi czek obejrzał go prawie dotykając kartki nosem. Z biurka wyciągnął jakiś dziwny kamień, przejechał nim po papierze. Kamyk zmienił kolor z czarnego na jasno szary.
-To będzie... 80% całości czyli 210 Orenów dla pana.
Wprawnym ruchem ręki oddzielił leżące oreny na blacie na dwie grupki. Tą mniejszą zagarnął do skórzanego mieszka i wrzucił do szuflady. Gdy wychodziłeś z banku już przez okno widziałeś, że na ulicy coś się dzieje. Kiedy wyszedłeś celowało kuszami do ciebie pięciu strażników temerskich. Przed nimi stał Oficer z jakimś żołdakiem, którego po raz pierwszy w życiu widziałeś. Człowiek ten jednak miał twarz zmasakrowaną od wąskiego zakrzywionego ostrza. Ostrza elfickiego miecza.
-To on ! To on ! Zabił mojego dowódcę, TO ON!
-Zakuć go i do lochu z tym ścierwem.
Etibald
Zawróciłeś konia w stronę rynku, skąd przyjechałeś. Zapadł już zmrok więc ulice opustoszały, by zwolnić miejsce dla rzezimieszków, bandytów, dziwek, dealerów i innych szubrawców z półświatka. Kiedy skierowałeś konia w alejkę, do której wbiegł chłopiec usłyszałeś za sobą kroki, jednocześnie przed tobą z zaułka wyszedł mężczyzna w kapturze. W ręcę trzymał cep na długim łańcuchu. Noc nadchodziła nieubłaganie, a księżyc stawał się coraz jaśniejszy. Zaczęło padać. Mężczyzna szedł w twoją stronę lekko machając cepem. Za sobą słyszałeś jak ktoś idzie po brukowanym chodniku. Gdzieś w oddali zabrzmiał grzmot piorunu.
-Dawaj sakiewkę, albo po łbie ci przywalimy.
Powiedział bandzior i zamachał cepem w powietrzu.
Griffin
Twój plan z koniem wypalił, w połowie. Do póki nie doszedłeś z nim do stromego zejścia udało wam się wciągnąć Echeverego na linie. Jednak Sheldar jakimś cudem wciągnął go podczas wchodzenia po skalnych pułkach do poziomu jaskini, na którym znajdowałeś się ty. Po wstępnych oględzinach nogi stwierdziliście, że bez wątpienia jest złamana. Poznać to można było choćby po nietypowym koncie jej zgięcia. I tu pojawiał się kolejny problem. Co zrobić z tropicielem, który złamał sobie nogę. Jego koń był nadal sprawny, a ze ścian wylewały się małe strumyczki wody, łączące się w jeden większy, płynący w przeciwną stronę niż ta, z której przyszliście. Oznaczało to, że nie daleko zaczyna się tworzyć rzeka. Wyjście musiało być już nie daleko. Tropiciel zemdlał z bólu.
-Griffin co z nim robimy ? On z tą nogą w cholewie nie wytrzyma, spadnie znowu do jakiego rowu i se kark, nie nogę złamie. Może ja z nim zostanę, a ty sprowadzisz pomoc od wiewiórek, niech noszę zrobią czy cuś ? Co tak się patrzysz, a bo zły mój koncept jest ?
Diana
-Pani, przyniosłam ręczniki.
Bez pytania służka weszła do pokoju. Nie pesząc się ani trochę położyła je obok ciebie.
-Pan kazał przekazać, że czeka, goście już są i ma pani się przygotować. Jak będzie pani gotowa prosi o zejście na dół, na ucztę.
Wyszła podobnie jak wcześniej, bezszelestnie jak muszka. Ręczniki były puchate i miękkie. Każdy ruch podczas wycierania sprawiał ci ogromną przyjemność. Twoja czarna wieczorowa suknia leżała na łóżku, obok skąpa, krwiście czerwona bielizna. Twój zestaw elfickich cieni, pomadek i szminek znajdował się na biureczku z lusterkiem. Wszystko było doskonałe. Jedynie głód ci doskwierał. Zadowoliłaś się resztą wina, która została w butelce.