Jeśli jacyś bogowie istnieją właśnie wysłuchali Krasnoluda. Trzej kusznicy padli od strzał. Strzały trafiły dokładnie w gardła. Żołnierze zerwali się z pozycji i w popłochu zaczęli kryć się za wozami lub wewnątrz nich. Z lasu wyskoczyło kilkunastu odzianych w zielono brązowe kaftany ze skóry leśnych zwierząt elfów, krasnoludów i niziołków. Na ramionach mieli wiewiórcze futerko. Na szyjach amulety z kłów jakiegoś gada. Zaskoczeni ludzie już opanowali się i zaczęli formować oddział. Z drugiej strony wyskoczyło kilkanaście następnych elfów. Wszyscy zwarli się w morderczym uścisku kling. Wtedy z lasu wyszedł wasz zleceniodawca. Jeden z Vivalidich, których ród liczył nieskończone zastępy braci, sióstr, matek, ojców, synów i innych członków tej rodziny. Torand Vivaldi. To on was wkopał w to gówno. Spostrzegł cię i rzucił w twoją stronę jednoręczny toporek. Gdy spadł ci pod nogi spostrzegłeś go, że to twój topór, ten który zgubiłeś podczas ataku bandytów. Walka trwała.