Witam Wszystkich po raz kolejny. Dziękuję za komentarze. Przy okazji, Wesch, przepraszam, że nie napisałem swojego zdania na temat twojej opowieści, ale dopiero dziś pierwszy raz w ogóle spojrzałem na informacje na temat wiadomości do mnie wysłanych:). Zrobię to jednak jutro, gdyż za chwilę muszę kończyć. Mam nadzieję, że twe miłosierdzie wytrzyma kolejny dzień zwłoki z mojej strony:).
Opowieść o Delaronie
Cz. III
Rozdz.I
cz.III "Pole Zagłady"
Delaron wciąż zastanawiał się nad tym, w jaki sposób Waegarzy wiedzieli o tym, że przygotował pułapkę. Musiał myśleć szybko, gdyż wielka bitwa zbliżała się wielkimi krokami. Cały czas myślał o tym, czy jego przypuszczenia na temat zdrady są prawdziwe. Ostatecznie stwierdził, że nie ma na to jakichkolwiek dowodów i, że znacznie bardziej prawdopodobny był błąd jego zwiadowców i szpiegów w Khudan. Wtem jednak coś wyrwało go gwałtownie z zamyślenia. Był to potężny, niezwykle głośny odgłos waegarskiego rogu wojennego. Słychać go było na całym polu bitwy. Jego dźwiękowi towarzyszył silny podmuch wiatru, przez który zdawać się mogło, że to właśnie ten potężny huk "przygniótł" to ziemi nieliczne łany zbóż, zioła i trawy. Dźwięk ten natychmiast przypomniał Delaronowi co właściwie tu robi. Natychmiast ruszył w stronę swych dowódców. Był już pewny tego co ma zrobić. Gdy tylko się do nich zbliżył ogłosił stanowczo, że zamiast zabawy w bieganie po lasach wypowie wrogowi walną bitwę. Przez chwilę wszyscy patrzyli na niego ze zdziwieniem, sądząc, że postradał zmysły. Ciszę przerwał jego donośny głos niosący na lekkim wietrze kolejne rozkazy. Delaron miał prosty plan. Mówiąc o wycofaniu wojsk z lasu chodziło mu wyłącznie o Nordów. Rhodokowie mieli za wszelką cenę bronić boru przed przeciwnikiem i odciągać jego uwagę, gdyż Delaron miał zamiar przeprowadzić przez niego swą dzielną kawalerię. Miała ona oflankować przeciwnika przechodząc przez las za pomocą wcześniej przygotowanych dróg i przejść. Nordów Delaron ustawił tak jak wcześniej kawalerię, na flankach. Gdy wszystko było gotowe, w stronę obozu ruszył Khergicki zdrajca służący Waegarom. Jechał on na białym rumaku, w ręku trzymając niewielki skrawek papieru, a na plecach duży, oburęczny miecz. Wyglądem nie różnił się od innych Khergitów.
Gdy dotarł do Delarona i jego dowódców rzucił na ziemię miecz, a list dał słudze rycerza. Delaron nie słuchał tego, co czytał jego służący, po części dlatego, że doskonale wiedział co to było. W liście była mowa o wyzwaniu na harce najznamienitszych wojowników Delarona przez najwspanialszych Waegarskich wojowników. Nie było tam jednak wyzwania od ich władcy. Delaron zajęty był jednak czym innym. Patrzył na pięknie zdobiony miecz, który wydawał się mu dziwnie znajomy. Był to bogato zdobiony oburęczny brzeszczot o niemalże błękitnym ostrzu. Wtem Delaron rozpoznał go i wielka żałość połączona z żądzom zemsty ogarnęła jego umysł i ciało. Był to Kardulas, miecz Moltara zabitego przez dowódcę strażników pod Wąwozem Śmierci. Ruszył natychmiast na środek przyszłego pola bitwy u boku mając swych przyjaciół. Wśród nich znajdował się także żądny zemsty Aldarian, wraz ze swym łukiem, Nailmirem. Gdy dotarli na miejsce ujrzeli trzech rosłych wojowników stojących naprzeciwko. Delaron natychmiast ruszył w kierunku rozpoznanego błyskawicznie dowódcy strażników.
Z Kardulasem w dłoni ruszył w kierunku przeciwnika równym krokiem.Wróg nie zamierzał jednak czekać na walkę w zwarciu. Zamiast tego począł strzelać do idącego w jego kierunku wojownika. W oczach Delarona dojrzeć można było żądze krwi, krwi tego właśnie przeciwnika. Wszystkich zadziwił refleks Delarona. Unikał on każdego pocisku wystrzelonego z łuku przeciwnika z niezwykłą wprost łatwością. Gdy był już kilka metrów od wroga chwycił Kardulasa w obie ręce i począł biec. Widząc, że łukiem nic nie zdziała Weagar chwycił oburęczną szablę, którą nosił na plecach. Już po chwili rozgorzała straszliwa walka. Delaron zadawał błyskawiczne cięcia i pchnięcia, z których o dziwo żadne nie trafiło w ciało doskonale broniącego się wroga. Delaron od razu pojął, że nie będzie to łatwa walka. Wiatr się wzmagał, słońce zbliżało ku zachodowi, a po walczących wciąż nie można było dostrzec zmęczenia, czy zwątpienia w zwycięstwo. Teraz to Darwyt rozpoczął natarcie. Było ono jednak krótkie, gdyż Delaron niemal natychmiast rozpoczął kontratak. Walka wydawała się nie mieć końca. W pewnym momencie doszło do czegoś, co o mało nie spowodowało załamania się wojsk Unii. Kiedy Arianda i Alderian dobijali swych przeciwników, Darwyt zadał potężny cios swą szablą, który dosięgnął piersi Delarona rozpruwając kolczugę i poważnie raniąc rycerza. Wydawało się, że przeciwnik postąpi honorowo i ustąpi, dopóki Delaron nie wstanie, ten jednak zamiast tak uczynić zadał kolejny cios tym razem w plecy rycerza. Wydawało się, że to już koniec. Waegar odwrócił się i myśląc, że już zwyciężył uniósł w górę obie ręce dziękując Waldirowi za zwycięstwo. Mylił się jednak. Gdy tylko to uczynił, wciąż przytomny ale poważnie ranny Delaron podniósł się z ziemi i uderzył przeciwnika rękawicą, by się odwrócił. Zdziwiony wojownik zrobił to i aż krzyknął ze zdumienia. W jego oczach pojawił się strach. Nie zdążył nawet unieść miecza, gdy ostrze tym razem Daliara uderzyło w jego szyję, skracając go tym samym o głowę. Armia Unii wydała z siebie radosny okrzyk, podczas gdy Waegarzy łamiąc jakiekolwiek zasady Kodeksu Wojownika ruszyli do szaleńczego ataku. Był to ich największy błąd.
Delaron upadł i stracił przytomność. Natychmiast podbiegli do niego Aldarian wraz z Ariandą, a także Ulfarn i Kaldmor wraz z Galdhornem. Niemal natychmiast otoczyła ich cała masa wrogów. Wojska Unii nie stały jednak biernie, i gdy tylko zauważyły co się dzieje ruszyły na ratunek dowódcy. Z lasu wybiegli niczym stado wilków głodni Waegarskiej krwi Rhodokowie, wrogów błyskawicznie otoczyła swadiańska kawaleria, a Nordowie dopadli już do pierwszych szeregów przeciwnika siekąc wrogów bez litości. W czasie kiedy Konnica Delarona miażdżyła łuczników Waegarów nie okazując litości, jego towarzysze nie pozwolili wrogom choćby spojrzeć na przyjaciela. Kto tylko spróbował się zbliżyć natychmiast upadał ze strzałą Aldariana albo Kaldmora w głowie. Wróg tracił już cierpliwość i po prostu zaatakował. Rozpoczęła się rzeź, jednak nie Rycerzy Unii, tylko Waegarów. Galdhorn swym potężnym, oburęcznym toporem siekł bezlitośnie wszystkich najbliższych wrogów odcinając im głowy i niemalże przecinając wpół. Arianda swymi sztyletami sprawnie kładła wrogów za pomocą setek celnych cięć. Aldarian wraz z Kaldmorem kładli wszystkich znajdujących się naokoło wrogów tworząc w ten sposób wielki okrąg waegarskich trupów. Ulfarn także nie ustępował towarzyszom ze wszystkich sił atakując przeciwników swym jednoręcznym ostrzem. Wrogów jednak nie ubywało. Wprost przeciwnie, było ich coraz więcej,a okrąg wokół Delarona i jego przyjaciół coraz bardziej się zawężał.
Mimo złej sytuacji Delarona i innych dowódców, bitwa wydawała się zbliżać ku końcowi. Kawaleria już ponad godzinę temu wysiekła do nogi waegarskich łuczników, Nordowie na prawej flance napierali na wroga ze wszystkich sił zażynając kolejnych przeciwników, a Sandarianie i Swadianie jak jeden mąż spychali wroga do lasu, gdzie kończyli z nim pozostali w odwodzie rhodoccy łowcy. Coraz więcej wrogów się poddawało, a gdy zginęła już ponad połowa Waegarów przy stratach Unii wynoszących zaledwie swa i pół tysiąca rannych i tysiąc martwych dowódcy kawalerii Swadian zadęli potężnie w rogi zwycięstwa. Jedynie Ranthertion nie cieszyli się, wciąż wzrokiem szukając swego pana. Gdy wydawało się, że Delaron poległ na całym polu bitwy słyszeć się dało potężny odgłos rogu. To Delaron resztkami sił zadął w swój pozłacany róg wojenny. Ranthertion natychmiast dojrzeli dowódcę wraz z przyjaciółmi otoczonego pozostałymi przy życiu, nieustępliwymi Waegaarami. Doszło wtedy do prawdziwej masakry. Sześciuset zaledwie Ranthertion zaszarżowało z pełnym impetem wbijając się w dwa tysiące wrogów i zmiażdżyło ich nie szczędząc nikogo.
Delaron wraz z towarzyszami przetrwał tylko dzięki temu, że znajdowali się w sporym dole w ziemi o stromych ścianach, a Waegarowie bali się zeskoczyć i schodzili powoli małymi grupkami. Ci którzy postanowili skakać łamali sobie nogi i ginęli z rąk mężnych przeciwników. Bitwa zakończyła się pełnym zwycięstwem Unii. Po obu walczących stronach były straty, jednak armia unii miała na sam koniec łącznie pięć tysięcy rannych i tysiąc trzysta zabitych, podczas gdy straty Waegarów wynosiły pięć tysięcy rannych, prawie czterdzieści tysięcy martwych i piętnaście tysięcy w niewoli. Zwycięstwo Unia zawdzięczała nie tylko lepszemu wyszkoleniu i uzbrojeniu,ale przede wszystkim głupocie Waegarów, którzy nie tylko nie słuchali dowódcy, ale w dodatku byli przez niego przekonywani do samobójczego ataku.
CDN