Witam wszystkich po raz kolejny i jak zwykle zacznę kolejny rozdział małą dawką wyjaśnień. A więc tak, co do opisów to postanowiłem, że na końcu opowieści umieszczę dokładne opisy kultur, bohaterów, bitew o których nie wspomniałem w kolejnych rozdziałach i tych, które miejsce miały przed wydarzeniami z opowieści tak jak to robił (mniej więcej) pan J.R.R Tolkien w Władcy Pierścieni. Zrobię tak, ponieważ wprowadzenie rozdziałów, które służyły by wyjaśnieniem prawdopodobnie znacznie spowolniłoby (jeśli nawet nie zatrzymało) na pewien czas akcję opowieści. Co do powodów wojny to jak już pisałem, najważniejszym z nich była żądza władzy Sandarian, której przeciwstawiał się ród Swadian. Veagarzy nie byli w żadnym wypadku najeźdźcami. Przybyli oni do Calradii zza gór chcąc wreszcie rozpocząć osiadłe życie. A, że wyszło im to całkiem nieźle to zanim ktokolwiek się o nich dowiedział zbudowali niemałą potęgę. Nic nie może jednak trwać wiecznie, tak też stało się tutaj. Sandarianie dowiedzieli się w końcu o nieproszonych gościach (którzy i tak nie stanowili dla nich zagrożenia i w dodatku mieszkali w pobliżu gór, gdzie ciągle trwała zima, a więc na terenach, które dla Sandarian i tak nie miały żadnej wartości) i postanowili się ich pozbyć, a że byli osłabieni walką z Khergitami i z Nordami, to jak dowiadujemy się z rozdziału drugiego części pierwszej ich plemię zostało unicestwione. Pozostali jedynie Swadianie posiadający dwa miasta (Suno i Praven), kilka fortów i wiosek, i jedną dużą fortecę. Powodem ich buntu przeciwko rodakom była nieudolność władz, która przejawiała się miedzy innymi w tym, że zamiast walczyć o przetrwanie to dowódcy zajmowali się przede wszystkim rozrywką. Vaegarzy, głównie za sprawą zaprzyjaźnionego ze Swadianami rodu Vaegirów postanowili dać im spokój i umocnić swoją pozycję na nowo zdobytych ziemiach. Mam nadzieję, że wyjaśniłem Wam powody wojny i to, dlaczego nikt nie zaatakuje i tak ledwo co trzymających się Swadian.
A oto kolejny rozdział,
Opowieść o Delaronie
Cz.II
Rozdz.II "Pokój, czyli zbawienie dla tych co idą na śmierć"
Delaron zbudził się w swej komnacie, a przynajmniej tak mu się zdawało. Przy jego łożu leżał jego miecz, Daliar, którym to tak wiele żyć odebrał kilka dni temu. Chciał rozejrzeć się po komnacie, ale nie pozwalał mu na to dotkliwy ból. Rana od strzały już się zagoiła pozostawiając po sobie niewielką bliznę. Mimo to ból pozostał nie pozwalając rycerzowi wstać z łoża. Udało mu się jednak usiąść. Kiedy się rozejrzał, stwierdził, że to pomieszczenie nie jest jego komnatom. Był w zupełnie nieznanym przez siebie miejscu. Postanowił, że przestanie zawracać sobie tym głowę i spróbuje przypomnieć sobie wydarzenia minionych dni. Nagle przypomniał sobie bitwę i zaczął myśleć o tym co się stało. Zastanawiał się przede wszystkim co z jego przyjaciółmi. Po chwili jednak odrzwia komnaty otwarły się i do pomieszczenie weszło trzech mężczyzn. Jednego z nich Delaron rozpoznał od razu, był to bowiem Aldarian. Natychmiast jednak zaczął myśleć o Moltarze i jego poświęceniu. Zapytał przyjaciela co z nim, nie zwracając początkowo uwagi na pozostałych mężów. To co usłyszał sprawiło mu większy ból niż jakakolwiek rana. Moltar nie żył. Umarł jak bohater broniąc ze wszystkich sił zemdlonych przyjaciół, Aldariana i Delarona. Zginął od strzał wystrzelonych z Vaegarskich łuków. Rhodokowie nadeszli za późno by go także ocalić. Delaron rozpaczał, jednak o dziwo bardzo szybko przestał łkać i wyżalać się przyjacielowi. Był on bowiem już tak bardzo doświadczony przez życie, że zaczynał coraz mniejszą wagę przywiązywać to tego co było. Natychmiast po tym zwrócił oczy ku dwóm pozostałym mężom. W jednym rozpoznawał typowe Swadiańskie rysy twarzy. Miał on zielonkawe oczy, krótkie, czarne włosy i krótką brodę, która przyozdabiała wysmukła twarz. Wygląd drugiego mężczyzny zadziwił go jednak. Miał on długie, rude włosy i brodę, błękitne oczy, a jego twarz była niemalże cała usłana bliznami. Był on także dość niski, znacznie niższy od towarzysza. Delaron postanowił rozmówić się z przybyszami. Jak się potem okazało, to on był gościem, a nie tajemniczy mężczyźni. Znajdował się on bowiem w Suno, zaś Swadianin z którym rozmawiał był Ulfarnem Szlachetnym we własnej osobie. Delaron dowiedział się także, że ci Rhodokowie, którzy go ocalili byli zwiadowcami-ochotnikami wysłanymi przez lorda z rozkazem zbadania lasów.
Zaś drugim mężczyzną okazał się być sam Firdfold Vaegir Potężny, będący przywódcą rodu Vaegirów. Przybył do Suno by rozmówić się i poznać ulubieńca swego przyjaciela, lorda Garenholda. Do rozmowy miało dojść po tym, jak Delaron się przebudził. Delaron zgodził się na rozmówienie się ze szlachetnym gościem. Rozmawiali długo o tym w jaki sposób zaprowadzić w Calradii pokój. Firdfold miał plan. Polegał on na tym, by połączone siły Swadian i Veagirów, wspieranych przez potężnych Rhodoków i Nordów odbiły większość zagarniętych przez Vaegarów ziem i wzmocniły się. Później zaatakowali by oni osłabionych Vearagów i raz na zawsze zakończyli by tyranię Wielkich Wodzów, którzy nękali swój własny lud. Gdyby plan się powiódł w Calradii zapanował by pokój, który trwałby wiele lat. Delaron zdawał sobie sprawę z potęgi Vaegirów, za którymi poszłaby nawet połowa Vaegarskiej potęgi. Jednak Swadianie wciąż byli za słabi, a wyhodowanie nowych, potężnych koni zajęłoby wiele lat. Przywódca Vaegirów rozważył to i zaproponował zawarcie pokoju z Wielkim Stepowym Księciem Nizarem I, który w tym czasie władał całym Południowym Stepem. Armia jego Khergitów była cierniem w Sandariańskich i Vaegarskich plecach od wielu lat. Delaron był całkowicie za takim planem, nie tylko dlatego, że miał spore szanse powodzenia, ale także dlatego, że z pomocą Nizara bez problemu odszukałby rodziców. Był jednak jeszcze jeden problem, a mianowicie kto będzie sprawował rządy w zjednoczonej Calradii. Odpowiedź na to pytanie nie tylko zadziwiła, ale niemalże zaszokowała Delarona, ponieważ według Firdfolda to właśnie on, a później jego potomkowie mieli rządzić w zjednoczonym imperium. Delaron nie mógł w to uwierzyć. On, syn zwykłego rolnika miał zostać cesarzem i sprawować rządy w zjednoczonej Calradii. Nie chciał się na to zgodzić, ale dyskusję przerwało wkroczenie do komnaty młodej Rhodoczki, Alariany. Mówiła ona o ataku na jedną z pobliskich wiosek i potrzebie natychmiastowej pomocy bezbronnej ludności. Delaron nie zważał jednak na słowa wojowniczki, gdyż jej uroda była tak wielka, że nie był w stanie powiedzieć ani słowa. Gdy został zapytany przez Aldariana, czy może walczyć, nic nie powiedział, tylko od razu powstał z łoża nie zważając na ból i pochwycił swój wierny miecz Daliar. Gdy wstał natychmiast wyruszył do zbrojowni, ciągle myśląc o dziewczynie, która widział przed chwilą. Gdy tylko założył pancerz ruszył po swego konia, Kardasa. Kiedy tylko go dosiadł skierował się na plac przed zamkiem szykując tę część swego oddziału, która nie zgięła do wymarszu. Obok niego stali Aldarian i Ulfarn. Po chwili wszyscy byli gotowi do wyruszenia na pomoc mieszkańcom pobliskiej wioski...
CDN