8 dywizjon piechoty ludowej-Przygotować się do apelu!
Był 4 wrzesień 2015 roku, kiedy właśnie ten komunikat rozpoczął mój pierwszy dzień w koszarach. Szybko rzuciłem się ku metalowej zardzewiałej szafce, która wyglądała, jak gdyby stała tam od początku świata. Po otworzeniu jej i włożeniu na siebie munduru kazano nam szybko wychodzić na dziedziniec koszar. Gdy zbliżałem się do celu mijałem stare mury otaczające naszą jednostkę. Na całej jej długości wisiały czerwone plakaty z wielkim napisem „CHINY LUDOWE-PAŃSTWO SZCZĘŚCIA I DOBROBYTU”. Słusznie zauważył inny żołnierz że nie pasują one do tych zrujnowanych koszar, jednak nikt nie śmiał powiedzieć tego głośno; nikt nie chciał sprzeciwiać się komisarzom ludowym którzy obecni byli wszędzie.
Gdy dotarłem na dziedziniec stał już tam dowódca. W świeżym i nie zniszczonym mundurze stał na drewnianej skrzynce z mikrofonem w ręku podłączonym do starych obitych blachą głośników.
Drodzy Towarzysze! Nadeszła chwila aby wyzwolić naszych północnych sąsiadów spod kapitalistycznego brzemienia. Z powodu rozkładu kapitalistycznej Mongolii, ciemiężenia obywateli i szerzącego się bezprawia musimy interweniować aby dać naszym przyjaciołom szansę na szczęśliwe życie u naszego boku. Dzisiaj sekretarz generalny Komunistycznej Partii Chin i prezydent Chińskiej Republiki Ludowej wydał rozkaz ratowania naszego sąsiada który stoi nad przepaścią. Jutro o godzinie 4:00 zacznie się misja, która przejdzie do socjalistycznej ale i światowej historii świata. Odmaszerować!
Przemówienie to wywarło na wszystkich duże wrażenie, wiele osób wierzyło jeszcze że naprawdę musimy kogoś wyzwolić, że my tylko chcemy pomóc. Reszta dnia skończyła się na ćwiczeniach i słuchaniu przemówień w telewizji.
Gdy obudziłem się następnego dnia była 1:30, nie mogłem spać z powodu koszmarów które prześladowały mnie od przyjazdu do jednostki. Po chwili zobaczyłem że cały nasz barak się trzęsie, prawdopodobnie z powodu myśliwców które odbywały próbne lotu. O 2:00 do baraku wbiegł zdyszany dowódca, krzycząc żebyśmy wstawali. Gdy chcieliśmy się ubrać okazało się że nie ma elektryczności. Kiedy poradziliśmy już sobie z założeniem na siebie mundurów, szybko udaliśmy się na plac. Tam wydawano broń i przydzielano do ciężarówek które jechały w stronę granicy.
Po godzinie jazdy dotarliśmy do granicy Mongolii. Niebo się błyskało, wsie płonęły i nic nie mówiło nam że to będzie misja pokojowa. Nasza ciężarówka w pewnym momencie odmówiła posłuszeństwa i musieliśmy wysiadać. Gdy staliśmy tak nie wiedząc co mamy robić, przez nadajniki przysłano nam wiadomość o oporze wojsk Mongolskich 1 km od nas, za lasem przy którym staliśmy. Zaczęliśmy więc przedzierać się przez krzaki gdy nagle eksplozja rozerwała mojego towarzysza a mnie odrzuciła metr dalej. Nic nie słyszałem ani nie widziałem, czułem tylko że ktoś mnie gdzieś wlecze, po czym straciłem przytomność.
Obudziły mnie wytłumione eksplozje i jakieś jęki. Był to Mongolski bunkier, a mnie przywiązano do krzesła. Obok leżeli ranni żołnierze, bez nóg, rąk lub cali poparzeni. Obok nich płaczące kobiety uratowane z okolicznych miasteczek. Jedna z nich ściskała zakrwawiony kocyk z dzieckiem, niestety nie dawało ono znaków życia. Był to widok piekielny, czas wtedy zatrzymał się dla mnie a obraz ten wyrył w mojej świadomości. Bałem się odezwać i zwrócić na siebie uwagi, jednak dojrzał mnie jakiś oficer który wezwał resztę swoich kompanów. Przyglądali mi się, po czym jeden powiedział do mnie po chińsku, czy znamy swoje rozkazy i kiedy planowany jest atak na Ułan Bator. Niestety nic nie wiedziałem co tylko ich rozdrażniło. Jeden z nich rozkazał mnie rozstrzelać jednak reszta uznała że nie dopuszczą się takiej zbrodni i powinno się mnie zamknąć w celi. Mongołowie szybko mnie podnieśli i wywlekli do pokoju, o betonowych grubych ścianach. Gdy rzucono mnie na ziemię jeden z żołnierzy dał mi butelkę wody i zamknął drzwi. Nagle wielki huk i jęzory ognia odrzuciły mnie na ziemię; zemdlałem.
Obudziłem się w wielkiej hali, czułem że moja głowa pęka. Nie wiedziałem która jest godzina i dzień, nie wiedziałem nawet czy ja jeszcze żyję. Leżałem tak, nie wiedząc co się dzieje nawet kilka godzin. Wtem podszedł do mnie jakiś lekarz, zaświecił latarką w oczy i narysował na mojej białej podkoszulce czerwony znaczek. Dopiero później dowiedziałem się że znaczek ten dał mi szansę na przeżycie. Gdy lekarz odszedł dwóch żołnierzy w fartuchach podniosło mnie na noszach i załadowało na samochód. W aucie zacząłem ruszać ręką, a pod koniec podróży odzyskałem władzę nad całym ciałem. Poczułem również straszliwy ból nogi który towarzyszył mi do końca podróży. Wyładowano nas w Erenhot i tam spędziłem kilka tygodni lecząc swoją nogę. W komunikatach radiowych mówiono o ciężkich walkach pod Ułan Bator gdzie kapitalistyczny i nielegalny rząd wykorzystuje swych obywateli do obrony stolicy. Ja wiedziałem jak było naprawdę, że to my jesteśmy najeźdźcami i chcemy podporządkować sobie inny naród. Dlatego też będąc w szpitalu, obmyśliłem plan ucieczki z armii.
15 listopada dostałem przepustkę na tydzień. Wciąż nie mogłem sprawnie się poruszać jednak po „chwili wolności” wyznaczono mi pracę za biurkiem. Gdy opierając się na kuli przeszedłem przez bramę szpitala poczułem się wolny, wiedziałem że już długo nie zabawię w tym miejscu. Tego dnia miasto wyglądało jakoś ponuro, wszyscy uwijali się jak w ukropie z opuszczonymi rękoma, na ścianach wisiały plakaty, a przy ratuszu odsłaniano wielki obraz na cześć partii. Miałem jednak plan który musiałem szybko zrealizować nie wzbudzając podejrzeń. Udałem się do znajomego który jeździł Tirami po Azji; poznałem go w szpitalu. On wiedział o co chodzi, kazał mi zaczekać przed zajazdem. Spędziłem tam godzinę powątpiewając czy nie wystawił mnie jednak wreszcie pojawił się za rogiem i machnął ręką.
-Choć tutaj, właź do kabiny, na razie będziesz udawał drugiego kierowcę-powiedział. Zdenerwowałem się bo ten plan był ryzykowny, jednak nie miałem wyjścia. Ruszyliśmy w drogę. Okazało się jednak że nasz plan szedł świetnie, kontrole zupełnie nas nie sprawdzały lub przepuszczały za butelkę alkoholu który w czasie wojny był rarytasem. W ten sposób dostaliśmy się do granicy z Kazachstanem. Tam musiałem schować się pod podłogą kabiny kierowcy która jak się okazało, wg. Planu pojazdu nie istniała i nie kontrolowano jej. Przejechaliśmy przez granicę a ja odetchnąłem z ulgą.
W Kazachstanie uzyskałem status uchodźca i wstąpiłem do „Partii Demokratycznych Chin”. W 2016 roku ustały walki w Mongolii i zwycięski pochód Chin zakończył się. W partii działałem aż do 2023 roku, wtedy zdałem sobie sprawę że taką działalnością nic nie wskóram. Przez dwa lata pozostawałem poza sceną polityczną, dopiero agresja Rosji na Polskę w 2025 roku przypomniał mi o moich celach. Tak więc postanowiłem działać zbrojnie na terenie Chin, była to decyzja szaleńcza jednak możliwa do realizacji.
W Lutym tegoż 2025 zacząłem zbierać chętnych do mojej partyzantki, wśród nich było kilku moich znajomych z Partii Demokratycznych Chin. W sumie wciągu tego miesiąca zgłosiło się do mnie 16 osób sprawnych fizycznie których nic nie trzymało przy życiu. Broń jaką posiadaliśmy kupiłem za pieniądze ze sprzedaży mieszkania. Nie było tego wiele jednak wystarczająco aby komuniści odczuli naszą obecność. 1 kwietnia przedostaliśmy się przez granicę schowani pod słomą ułożoną na przyczepie ciężarówki choć nie bez utrudnień. Kiedy celnik rozrzucił na bok trochę słomy zobaczył karabin. W momencie kiedy chciał zacząć krzyczeć jeden z naszych przyłożył mu broń do głowy i kazał się zamknąć. Przepuścili nas przez granicę jednak wiedzieliśmy że patrole już nas szukają. Kierowca podczas jazdy zjechał do lasu i powiedział że idzie z nami, zdziwiliśmy się gdyż był to Kazach nie mający nic wspólnego z Chinami. Okazało się że był żołnierzem i zawsze marzył o walce, powiedział że to jego jedyna szansa na skopanie komuś dupy.
Pierwszą bazę założyliśmy gdzieś w lesie niedaleko Turfanu. Spędziliśmy tam następne dwa dni organizując się i planując pierwsze cele. Wybór padł na nocny atak na bazę wojskową oddaloną od nas 60km.
4 kwietnia o 23:30 byliśmy jakieś 2 km od bazy. Postanowiliśmy zabić wartowników, ukraść trochę broni i podłożyć bombę pod resztę amunicji i materiałów wybuchowych. Będąc w wojsku wiedziałem że wartowników wysyła się trzech na każdy bok bazy. Musieliśmy więc podkraść się do budki i zabić jednego po czym szybko zająć się resztą. O północy wszystko się zaczęło, jeden z naszych zarżnął nożem strażnika w budce a dwóch innych rozstrzelało resztę karabinami szturmowymi z tłumikiem. Jeden bok bazy był czysty, zabraliśmy się więc za przecinanie drutu kolczastego. W bazie panowała cisza, słychać było tylko wartowników przechadzających się między barakami. Po chwili skradania się dotarliśmy do magazynu broni. Wkładaliśmy do plecaków i obwieszaliśmy się wszystkim co było pod ręką. Na koniec podłożyliśmy bombę pod kufry z amunicją i wybiegliśmy z bazy. W czasie biegu do lasu zauważono nas więc musieliśmy detonować bombę w biegu. Gdy mój towarzysz nacisnął guzik w radiowym nadajniku, za nami pojawiły się słupy ognia i wybuchy amunicji. Nikt nas nie gonił gdyż latające po bazie kule i eksplozje odwróciły od nas uwagę. W bazie postanowiliśmy załadować się na ciężarówkę i odjechać. To była nasza pierwsza udana akcja.
Takie akcje odbywały się przez siedem lat, przez ten czas zginęło pięciu naszych druhów, a dołączyło dwóch. W całych Chinach jak i Mongolii powstało wiele takich partyzantek. Nasze grupy uzyskały poparcie wielu Europejskich państw. W czerwcu 2032 roku Chińskie władze bardzo skutecznie zaczęły z nami walczyć. Nie mieliśmy innego wyboru jak uciekać za granicę. Przedostaliśmy się do Kazachstanu skąd uciekliśmy dalej do Rzeczpospolitej Narodów Zjednoczonych. Tam spędziłem dziesięć lat jako właściciel Chińskiej restauracji. Śmiałem się że jest to jedyna rzecz które została dobra w ChrLD. W 2042 roku skontaktowałem się z resztą partyzantek Chińskich i Mongolskich rozsianych po świecie. Postanowiłem że powinniśmy ubiegać się o zgodę o sprowadzenie ich do RPNZ i zapewnienie im statusu uchodźców. Po długiej walce o tę sprawę, w 2043 roku zgoda taka została wydana i wszyscy zaczęli gromadzić się w Rzeczpospolitej. Większości z nich trudno było poradzić sobie w nowych realiach, jednak próbowałem im pomagać. Żyłem cały czas nadzieją, że nadejdzie czas kiedy wrócimy do wolnej ojczyzny. W 2049 roku kiedy IV Rzesza rozpoczęła konflikt w Europie, w Chinach zaczęły się masowe mobilizacje. W 2050 roku Chiny wypowiedziały Rzeczpospolitej wojnę. To był czas na który czekałem całe życie.
Już w maju dostałem zgodę na utworzenie Chińskiej Armii Wolności. Choć nie byłem już najmłodszy, poczułem że to jest mój czas. W Lipcu na przedpolach miasta Peczora stałem wraz ze swoimi ludźmi u boku żołnierzy prawie całej Europy. Walka trwała kilka godzin po których wystrzelono na tyły komunistów bomby atomowe. Totalnie zdezorganizowało to ich wojska przez co mogliśmy uderzyć i zniszczyć ich oddziały. 30 Lipca walka była skończona a ChrLD w stanie rozkładu. Mongolia zrzuciła z siebie „czerwone jarzmo” już w 2051 roku a Chińska Partia Ludowa pogrążyła się w korupcji. W 2058 ochotnicy z Azji i Europy pod sztandarem Wolności dla Chin zdobyła Pekin. Tak właśnie zaczęła się prawdziwa demokracja w Chinach. Przez kolejne lata aktywnie uczestniczyłem w życiu politycznym, aż do teraz czyli 2062 roku.
Zdjęcia z naszych akcji partyzanckich w Chinach; tutaj przy zdobycznym aucie.
Jedno z niewielu zachowanych zdjęc z ataku na Ułan Bator; tutaj przedstawia zniszczone miasto.