Ja może opowiem coś o studiach:
W semestrze zimowym między wykładem z prawa, a ćwiczeniami z mniejszości miałem 2-godzinną przerwę. Taka ilość wolnego czasu aż prosi się o zagospodarowanie - no więc wybrałem się do baru, niestety wybrałem się z informatykiem. A im czas biegnie inaczej - 2 minuty to wg. nich wystarczający czas na wypicie jeszcze jednego piwa. Po wypiciu wielu piw w dość krótkim czasie pobiegłem - nie to złe słowo.... Udałem się pośpiesznym krokiem na zajęcia. Usiadłem w środkowym rzędzie, niestety reszta grupy usiadła na końcu - więc siedziałem najbliżej doktorka. Jako że czułem ucisk w pęcherzu to miałem skrzyżowane nogi niczym żul pod sklepem. Na dodatek wyjątkowo bawiły mnie słowa doktora - nawet "dobry wieczór" w jego wykonaniu bawiło mnie do łez. A jako że siedziałem najbliżej go to spadł na mnie zaszczyt zaniesienia mu listy z obecnością. A miałem do niego jakieś 3, 4 metry - cholernie długa droga. Szło mi nawet dobrze, co prawda opierałem się o krzesła, ale zbliżałem się do celu - rzuciłem mu kartkę na biurko i o dziwo! Kartka nie spadła na podłogę tylko opadła na blat! Uff... No ale teraz powrót - już pod koniec drogi do mojego krzesła doznałem zaburzenia błędnika i poczułem że podłoga zbliża się do mojej twarzy. Na szczęście w ostatniej chwili złapałem za podstawkę do pisania, która jest przymocowana do krzesła - niestety podstawka została poważnie uszkodzona, ale uratowała mnie. Po paru minutach doktorek z uśmiechem na ustach powiedział że na dziś koniec, do zobaczenia za tydzień. Uradowany wybiegłem jak najszybciej z sali, schody pokonałem jednym susem i efektownym przeturlaniem się po podłodze. A gdy opuściłem instytut (gdyż zajęcia te nie odbywały się na wydziale lecz w oddzielnym budynku) poczułem że mój pęcherz nie wytrzyma - nie chcąc zabrudzić spodni, obsikałem ścianę - o dziwo wszyscy opuścili budynek drugimi drzwiami, więc mogłem niepokojony przez nikogo wypróżnić się w spokoju.