Spiąłem się już przy pierwszym wyrazie tego... czegoś. Ku*wa, zdrada, posłał mnie na jakiś pomiot Chaosu! Skoro Inkwizytor mi nie powiedział, co tutaj i co to jest, pewnie jest to potężniejsze od niego, a na pewno ode mnie, więc lepiej wstrzymać się z atakiem... Wszystko to przeleciało mi przez myśli w ciągu sekundy, a w tym momencie istota wymieniła me imię. Głos przyprawiał mnie o dreszcze, miałem ochotę uciec od niego jak najszybciej; powstrzymałem się jednak. Gorączkowo szukałem w myślach jakiejś starej legendy, podania czy baśni nawet, w której pojawiało się wspomnienie o czymkolwiek podobnym. Jako, że nic nie wpadło mi do głowy, w myślach poprosiłem Grimnira oraz Grungniego o pomoc, chwyciłem mocniej młot i krzyknąłem:
-Hej, trzeszczymorda, spójrz no tutaj! Stoi przed tobą Balwrather, którego prowadzi wola wielkiego Grungniego i wspaniałego Króla Gór, chroni piękna Valaya, a siłę daje Grimnir Nieustraszony! Mów, czego chcesz ode mnie i nie próbuj mnie omamić jakimiś chaockimi sztuczkami, choćbyś był samym Zgniłkiem, którego jesteś najpewniej sługą, gdyż inny by mnie albo zaatakował, albo od razu próbował prze, ku*wa, kabacić na swoją stronę!
Czułem nagły przypływ odwagi, czy to z woli Grimnira, czy też własnej. W tym momencie jednak mało się nie przestraszyłem - przypomniałem sobie mój napad furii podczas walki z Witoldem, skojarzyłem to z siłą Chaosu, który może podzielić wszystkie osoby, i dodałem do tego to, że to coś nazywało mnie i jakieś dwie inne osoby swoimi figurkami - to dalo wynik, że uznałem za bardzo wysoce prawdopodobne, że przede mną rzeczywiście jest skurczony Zgniłek. Postanawiając w duchu więcej nie dopuścić do siebie szczypty wpływu Chaosu, chwyciłem młot tak silnie, że zbielały mi knykcie, i czekałem w gotowości bojowej na reakcję Nurgla czy też kimkolwiek on był.