2 listopada na ekrany polskich kin wejdzie Bohemian Rhapsody, biografia Freddiego Mercury. Jako, że miałem okazję być w piątek na pokazie przedpremierowym tego filmu, to pozwolę sobie nakreślić wam, czego możecie się spodziewać w kilku zdaniach, co by za dużo nie zdradzić.
A więc tak: jestem rozczarowany. Fabuła nie skupia się prawie w ogóle na głębszym poznaniu FM, czy na dokładniejszym procesie powstawania utworów, więc spodziewajcie się koncertów doprawionych prostymi anegdotkami z historii zespołu i nieśmiesznymi gagami. W ogólnym charakterze film jest do bólu typowym i bezpiecznym peanem na cześć głównego bohatera, więc jeśli widzieliście choć jedną hollywoodzką biografię, to cóż - znowu - film niczym was nie zaskoczy. Nawiasem mówiąc, sztuczne zęby jakie nosi Rami Malek są widoczne i przynajmniej mi przeszkadzały (i to sporo).
Jeśli miałbym wskazać jakąś zaletę, to bez wątpienia byłaby to muzyka i koncerty. Z tym, że tu powinna znaleźć się mała gwiazdka. Głos Maleka zmiksowano z prawdziwym głosem Mercurego, tak że różnica między piosenkami w filmie, a prawdziwymi jest praktycznie zerowa. I to z jednej strony może być zaleta, ale z drugiej - po co płacić 20+ złotych za oglądanie odegrania koncertu Queenów z lipsynciem, skoro równie dobrze za darmo można znaleźć koncert prawdziwych Queenów na YouTube?
W ogólnym rozrachunku, jeśli lubicie typowe, bezpieczne biografie prosto z Fabryki Snów, choćby Teorię Wszystkiego czy tegoroczny Czas mroku, które z Bohemian Rhapsody dzielą tego samego scenarzystę, to śmiało możecie iść, większość ludzi z tego co widziałem na pokazach było zadowolonych. Jeśli natomiast liczyliście na odważną i bezkompromisową historię, i kibicowaliście projektowi Sachy Barona Cohena, to spodziewajcie się, że film was rozczaruje. Jeśli do tego lubicie horrory, to zamiast tego pójdźcie na nowe Halloween, które kilka dni temu weszło do polskich kin. Nie jest tak dobre jak pierwowzór z 1978, ale w porównaniu do pozostałych części trzyma naprawdę dobry poziom.