(...)twierdzę jednak że gdyby nasz naród miał wystarczające środki by zwiflmować naszą wojnę w latach 1939-1940 to amerykanie strzelili by buraka(...)
Ja uważam że jednak nie. ^^ Na wstępie zaznaczam, że nie cierpię, i nigdy nie cierpiałem, polskiego kina. Jednak filmy wojenne w wykonaniu naszej krajowej kinematografii (sic!) są po prostu żałosne... Nie wiem dlaczego tak je odbieram, ale jak widzę polski film wojenny to mam odruchy wymiotne. Już w Beverly Hills 90210 była lepsza gra aktorska... Tutaj tylko jak zobaczę któregoś mordę, marszczącą się by wyglądać na tfffardziela, z obowiązkową fajką w gębie, "ku***" w ustach i ochrypłym, żałośnie udawanym głosem, to odczuwam automatycznie odruchy wymiotne. :/ Oczywiście nie wychwalam kina amerykańskiego, ponieważ u nich znów wszystko zazwyczaj oblane jest zbyt pompatycznym patosem, ale jednak z dwojga złego wybieram film... zza oceanu. Chociaż tak naprawdę już nie ma prawdziwych filmów wojennych. Nawet Szeregowiec Ryan w moim rankingu stoi niżej niż takie "O jeden most za daleko", "Most na rzece Kwai", "Działa Nawarony", etc. Ojciec katował mnie takimi filmami od najmłodszego i nie wyobrażam sobie, żeby powstało kiedyś lepsze kino wojenne*. :)
* Chociaż zaznaczam, że koneserem nie jestem, gdyż dla mnie film jest jedynie formą rozrywki - czasami lżejszą, czasami cięższą, ale tylko i wyłącznie rozrywką.
edit: Ja myślę, że musielibyśmy mieć lepszych aktorów. ^^ Może nie doceniam obecnych "talentów" ekranu, ale takie jest moje zdanie.