@ Bojar
Huth poruszyłeś ważny problem z którego zdaję sobie sprawę. A mianowicie jak większość ludzi poradziłaby sobie bez pewności dalszego istnienia i bez sensu życia. Sam miałem przemyślenia porównywalne z Zakładem Pascala. W skrócie chodzi o to, że wierząc w Boga w przypadku jego nieistnienia nic nie tracisz (oprócz ewentualnego stracenia czasu na bezsensowne wówczas praktyki religijne), a możesz wiele zyskać. Tak tu się ujawnia mój chory racjonalizm. Jednakże doszedłem do wniosku, że nie ma sensu udawać przed innymi i przed samym sobą swojej wiary czy też w tym przypadku jej praktycznie całkowitym braku. I tu pokazałeś ładnie alternatywy, albo popadnięcie w nihilizm, albo tak jak trochę ja całkowite skupienie się na życiu doczesnym oraz opieranie swoich przekonań na racjonalizmie. Koniec końców muszę przyznać, że gdyby wśród większości ludzi zabrakło przekonania o życiu wiecznym mógłby nastąpić chaos... Co i tak nie zmienia moich poglądów na kościół ani na sens wiary ( tu może w nieznaczny sposób) :P
A co do Einsteina to wokół niego narosło bardzo dużo legend i niedomówień, nie wiem czy to co jest w tym "demotywatorze" jest prawdą, ale na pewno Einstein napisał do Erika Gutkinda:
"Slowo jest dla mnie niczym więcej niż wyrazem i wytworem ludzkiej słabości, a Biblia zbiorem dostojnych, ale jednak prymitywnych legend, ponadto dość dziecinnych. Żadna interpretacja, niezależnie od tego, jak subtelna, nie może tego zmienic"
Zakład Pascala jest imho obrzydliwy. Zdziwiłoby mnie, gdyby współczesnemu katolikowi wierzącemu w miłosiernego Boga się tak bardzo podobał, żeby oparł na tym swoję wiarę. W ogóle co to za wiara byłaby, jeśli opierałaby się na takim zakładzie. Dość licha. Wprawdzie nie dużo mniej dla mnie płytkie jest wiara m.in. ze względu na lęk przed potępieniem i pocieszanie się docześnie nadzieją na Niebo. Choć to raczej kwestia ludzka, gatunkowa, taka wrodzoną słabość, niestety. W każdym razie sam zakład pokazuje jak bardzo racjonalizm nie pasuje i psuje rozwiązywanie problemów okołoteologicznych. Zresztą dziwi mnie rozkminianie tego po średniowieczu skoro św. Tomasz, a następnie z innej perspektywy Mikołaj z Kuzy podsumowali temat. Ogólnie zawsze wychodzi na to, że Bóg jest konieczny, ale tylko przy takim uporządkowaniu sobie świata i pojęć, żeby właśnie tak wyszło, czyli - po prostu trzeba mieć już w sobie to coś w mózgu, że się tak czuje i wierzy.
W sumie dopiero od niedawna można tak badać mózg, procesy myślowe, świadomość, itd. (nauki kognitywne), że może to coś konkretnego wnieść i jeszcze bardziej odciąć Boga od spekulowania na gruncie rozumowym i bardziej skupić się na samej wierze, w dodatku jakby 'przeanalizowanej' empirycznie. Bo przecież np. eksperyment polegający na wywołaniu ekstazy religijnej, nie przekona wierzącego, że wiara to tylko wypadkowa jakichś procesów w jego mózgu, tylko będzie to dowód na to, że tak Bóg stworzył człowieka i to zupełnie naturalne, że tak w mózgu mamy, natomiast naukowcy chcą zająć miejsce Boga...
@ Hubtus
Oj Hubtusie, nie wiem czy byś chciał żyć wśród ludzi wierzących dokładnie przestrzegających nakazów i zakazów swoich religijnych doktryn... Owszem, tak na sucho to jest hipokryzja, że są wierzący i ich religia ma jakieś doktryny, których oni nie wypełniają, ale dajże spokój, trzeba jakoś się dopasować do świata i sytuacji na co dzień. To jest wręcz zdroworozsądkowe. Tym bardziej, że spora część tych dokryn wychodzi od rozkmin gości co to mieli wygodne życie teologów czy w ogóle zamknięte za murami klasztorów.
Myślę, że tu raczej chodzi o kwestię tradycji, to jak społeczeństwo patrzy na osobę wierzącą, na Zachodzie od dłuższego czasu to się zmienia i tak skonstatowanie, że w sumie się wierzącym nie jest i że wcale nie muszę chodzić do kościoła jest łatwiejsze niż w Polsce, gdzie ludzie krzywo na to patrzą. Nie spotkałeś się nigdy z jakimś prześmiewczymi opiniami o Czechach, że za komuny mieli gwiazdy na wieżach kościołów, a my tu prawdzwi katolicy się w Polsce nie daliśmy?
@ Saddam (bardzo dobry nick w tym wątku!)
Wiara i rozum, Kościół i nauka wcale NIE MUSZĄ BYĆ SPRZECZNE ze sobą.No nie wiem, zależy od indywidualnego podejścia i od nurtów, ja odnoszę wrażenie, że jest tendencja, żeby nie wchodzić sobie w drogę, zajmować się swoją działką, a w wypadku spotkania, starać się być jak najbardziej wyrozumiałym i kurtuazyjnym jak to możliwe. Ponieważ są różnice i lepiej nie drążyć konfliktu, a jakoś go ominąć czy wybrnąć nieco luźniej pewne pojęcia stosując. Dobre to to nie jest imho dla ogólnego rozwoju myśli i nauki.