Obóz
Ignorując początkowo pytanie Arnulfra Szef podszedł do strażników trzymających Truśkę i tylko spojrzał na nich. Perspektywa taka, że za Szefem stało dwoje ludzi z wycelowanymi w nich kuszami nie napawał optymizmem, do tego sam jegomość nie był "ułomkiem" i prawdopodobnie pociągnąłby ze sobą tylu, ilu mógł. Strażnicy puścili Truśkę i od razu wycofali się do swoich. Szef podszedł do niej i powiedział, by pozbierała swoje rzeczy. Truśka ruszyła wykonać polecenie. W międzyczasie z drzewek wyszedł Sheldon cały umorusany błotem. Szef spojrzał na niego, uśmiechnął się i rzekł:
- Jest i nasza zguba. Nawet nie chcę wiedzieć, co robiłeś w strumyku, ale nie wyszło Ci to na dobre. Nic, później się umyjesz, pomóż teraz Truśce.
Szef odwrócił się od krasnoluda i rzekł do dowódcy straży.
- Ta kobieta i ten krasnolud są ze mną. Nie interesuje mnie twoje rasistowskie podejście do wszystkich obcych, masz się zachowywać tak jak nakazuje to przysięga.
- Ty chyba nie wiesz do kogo mówisz, przybłędo! - wykrzyczał dowódca lecz cały czas miał na uwadze "kuszników".
- Wiem do kogo mówię. Wystarczy, że powiem setnikowi co robisz co czwartek z jego córką w opuszczonym magazynie przy strażnicy.
- Ty.. Chyba... Ja.. - zaczął jąkać się dowódca, który "spalił buraka" na twarzy.
- Dlatego jeżeli nie chcesz, by setnik dowiedział się co z nią wyrabiasz zabierzesz tych swoich drabów i ruszysz na drugą stronę miasta. Będziesz tam teraz pilnował bramy, twój zmiennik pojawi się niedługo...
- Jaa... Dobrze,p-panie. KOMPANIA W TYŁ ZWROT! NAPRZÓD BIEGIEM MARSZ! - wykrzyczał rozkaz dowódca, po czym szybko zniknął za bramą miasta.
Po chwili, gdy strażnicy sobie poszli Dherko oraz Diana opuścili kusze, po czym podeszli do Szefa.
- Możemy mieć przez to kłopoty - powiedziała Diana.
- Nie większe niż już mieliśmy. Zresztą, kto by się przejmował jakimś rasistą? - odpowiedział Szef.
- Chociażby jego setnik - powiedział Dherko - a jeżeli to on będzie pilnował przejścia przez groblę?
- To wtedy wykorzystamy naszego elfa - odpowiedział Szef i zamachał ręką do Arnulfra by ten podszedł. Gdy to zrobił Szef odrzekł:
- Owszem, mam wieści, lecz nie lubię się powtarzać. Przekażę je jak tylko dołączymy do reszty oddziału - po czym odwrócił się w stronę obozowiska i zapytał:
- Truśko, Sheldonie, gotowi? Zostawcie wóz, już nam się nie przyda. Weźcie tylko to, co jest potrzebne.
Tawerna
- Takiś mocny w gębie przybłędo?! - odpowiedział czerwony na zaczepkę Rolanda - To chodź się zmierzyć! - Wtedy to osiłek zerwał się na nogi, wziął młot w ręce i krzyknął:
- NIECH STAL PRZEMÓWI! - po czym rzucił się na oddział Marcusa i Matthiasa. Osiłek chcąc skrócić sobie drogę odsunął (a raczej odrzucił) blokujący stół na bok i rzucił się na Rolanda. Ten nie patrząc na resztę wyciągnął miecz przed siebie i spróbował zablokować uderzenie. Niestety, licha temerska stal nijak ma się do potężnego kaedweńskiego młota. Miecz pękł od próby bloku i uderzenie dosięgło Rolanda w ramię. Uderzenie odrzuciło go w bok jednocześnie łamiąc mu ramię. Roland uderzył o ścianę budynku, po czym osunął się na podłogę tracąc jednocześnie przytomność. W tym samym czasie z kuchni wyszła żona karczmarza, i gdy tylko zauważyła to co się przed chwilą stało zaczęła drzeć się:
- AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA AAAAAAA!
Jej krzyk został zakończony po tym, jak czerwony rzucił w nią nożem, który uderzył w grdykę. Karczmarka złapała się za gardło jednocześnie przewracając się na podłogę próbując zatamować krwawienie. Wtedy to Matthias z Erhardem wstali gwałtowanie odsuwając stół od siebie. Gdy to zrobili Matthias wyciągnął swój miecz i rzucił się na czerwonego, Erhard wziął swój topór i ruszył na osiłka a Xander rzucił się na czarodziejkę. Wszystko, co zdarzy się w tej karczmie ludzie miasteczka zapamiętają na długo.
Walka Xandera z czarodziejką
Co tu dużo pisać. Xander rzucił się w szale na jedyną osobę, którą uznał za najsłabsze ogniwo. Przeliczył się. Czarodziejka gdy tylko zauważyła nacierającego przeciwnika szeptem złożyła zaklęcie i uderzyła nim Xandera. Bez możliwości uniku Xanderowi stanęło całe jego życie przed oczami. Co tam było? Tego już nikt się nie dowie. Zaklęcie bowiem spowodowało, że Xander uderzył bardzo mocno w ścianę, po czym ją przebił i uderzył w sąsiedni budynek. Podczas tego uderzenia pękła wątroba i śledziona, płuca się zapadły a większość kości zostało połamanych. W wyniku tych obrażeń Xander zginął na miejscu.
Pojedynek Matthiasa z czerwonym.
Przeciwnicy, których dzieliło około piętnastu kroków, zaczęli podchodzić do siebie. Czerwony, by rozruszać dłoń, wywijał klingą na wszystkie strony. Matthias z lekką zawiścią zauważył, z jaką wirtuozerią koniec miecza kreśli fale w powietrzu. Skellidżcy złodziejaszkowie zzielenieliby z zazdrości. Umieją radzić sobie w ten sposób z długimi kindżałami, ale żeby ciężka klinga tak trzepotała...
Matthias nic takiego nie robił. Jego krzepkie, pokryte odciskami ręce mocno obejmowały rękojeść miecza. Skierowane nieco w górę ostrze chwiało się lekko w rytm ruchów wojownika.
Wrogowie szli miękkim sprężystym krokiem urodzonych wojowników. Poczucie pustki opuściło duszę Matthiasa, zastąpił je bojowy zapał i słodki przedsmak wspaniałego starcia z prawdziwym przeciwnikiem. Obrzydło mu rąbanie plugastwa i zwyrodniałych kmieci!
Zastygli na odległość ciosu i przez chwilę przyglądali się sobie uważnie. Zimne zielone oczy barbarzyńcy badały jasnobrązowe tęczówki czerwonego. Właśnie coś w nich drgnęło i czerwony zadał pierwszy cios - prosty, z góry. Matthias sparował go, ostro odbijając klingę i zaatakował na średnim i niskim poziomie. Błyskawiczna seria ciosów i na biodrze czerwonego pojawiło się pierwsze zadrapanie - nie zdążył w porę odskoczyć. Matthias zgrzytnął zębami. Był niezadowolony z siebie - jedyny cios, który dosięgnął celu, miał odrąbać wrogowi nogę, a klinga tylko zarysowała jasną skórę...
Czerwony pojął już styl swojego przeciwnika i znowu zaatakował. Ostrza ze szczękiem spotykały się i odskakiwały od siebie. Wrogowie krążyli po środku karczmy. Upojenie walką sprawiło, że przestali widzieć cokolwiek wokół siebie. Obaj zdążyli już ponieść kilka nieznacznych ran, ale nie zwracali na nie uwagi.
Matthias odbijał i zadawał ciosy, krążył, robił uniki. Coraz wyraźniej rozumiał, że przeciwnik jest od niego i silniejszy, i zręczniejszy, i lepiej włada mieczem. Co prawda przewaga była nieznaczna, ale jednak... Kiepska sprawa...
Koniuszek wrogiego miecza przejechał Matthiasowi po brzuchu, zostawiając rysę, która zaczęła napływać krwią. Gdyby Matthias stał trochę bliżej, zbierałby własne kiszki z podłogi, a tak tylko zerknął w dół i lekko się uśmiechnął. Czerwony odpowiedział uśmieszkiem i klingi znowu się skrzyżowały.
Walka całkowicie pochłonęła Redańczyka. Myślał wyłącznie o swoim przeciwniku, miecz stał się jakby przedłużeniem jego ręki. Matthias zachwycał się każdym ciosem, każdym mistrzowsko przeprowadzonym atakiem i obroną. Nie martwiło go już, co się stanie, gdy jeden z nich popełni błąd i kawał mięsa bez czucia zwali się na dębową podłogę. Po raz pierwszy od wielu lat spotkał godnego przeciwnika, który niczym mu nie ustępował.
Obecni (poza osiłkiem i Erhardem, o których za chwilę) nie odrywali wzroku od walczących. Napięcie rosło i, co było oczywiste, każdy życzył zwycięstwa swojemu wojownikowi.
Walka trwała długo i przeciwnicy zaczęli się męczyć. Miecze nie śmigały już tak lekko w rękach. Większość ciosów, wprawdzie osłabionych, ale jednak sięgała celu. W niezłomnej obronie Matthiasa zaczęły pojawiać się rysy. Wojownicy ciężko oddychali, z licznych ran kapała krew.
Matthias ze smutkiem kiwnął głową. Nie przyszło mu nawet do głowy, żeby zakończyć pojedynek zgodą. To miała być walka na śmierć i życie. A szkoda.
Posypały się twarde, gwałtowne ciosy, nawet teraz nie pozbawione elegancji, właściwej tylko prawdziwym mistrzom.
Matthias w zasie kolejnego wypadu zbytnio odsłonił rękę i czerwony momentalnie wykorzystał moment. Wojownik chciał szybko naprawić swój błąd, ale dało znać o sobie zmęczenie - miecz czerwonego dosięgnął celu. Klinga głęboko rozcięła nadgarstek i przecięła ścięgna. Matthias w ostatniej chwili zdążył pochwycić rękojeść lewą ręką. Na szczęście dla niego, władał nią nie gorzej niż prawą. Rozczarowany czerwony znów musiał się zacząć bronić.
Jednak Matthiasowi nie na długo starczyło sił. Czuł, że z każdą kroplą krwi, płynącej po nieruchomej dłoni, wycieka jego siła. Słabł w oczach.
- Przegrywam - pomyślał ze znużeniem Matthias i z wielkim wysiłkiem zebrał resztkę sił. Na czerwonego spadło kilkanaście ciosów. Może czerwony wyczuł niepewność przeciwnika, a może po prostu postanowił zachować opanowanie - nie wiadomo. Ale spokojnie odbijał nawet chytre wypady.
Matthias wzniósł miecz do kolejnego ciosu... i nagle zatrzymał się ciężko dysząc. Z jego przeciętej dłoni kapała krew, z kącika ust ciekła ślina. Kilka razy splunął na podłogę, podniósł głowę i popatrzył na przeciwnika. Czerwony wyglądał nie lepiej. Oddech rwał mu się w piersiach, jak u zgonionego byka, po twarzy spływały czerwone strużki, skierowany do przodu miecz wyraźnie drgał. Jednak spojrzenie czerwonego pozostało twarde i skupione.
Matthias ciężko westchnął. Nadeszła pora, by umierać. Wystawił do przodu klingę i z ochrypłym bojowym okrzykiem rzucił się do przodu. Czerwony spokojnie czekał na niego. -Albo on, albo ja - pomyślał. Innego wyjścia nie ma.
Matthias zadał cios z nadzieją, że uda mu się przebić czerwonego na wylot. Czerwony zrobił krok w prawo, lewą ręką chwycił nadgarstek wojownika. Czerwony popatrzał w zamglone zielone oczy przeciwnika, a jego ręka z mieczem sama uniosła się i opuściła, głęboko wbijając się w pierś Matthiasa.
Z gardła wojownika wyrwał się ochrypły jęk. Dłoń rozchyliła się, miecz, niepotrzebny już kawałek metalu, upadł na drewnianą podłogę. Czerwony puścił Matthiasa. Matthias zrobił kilka kroków na chwiejnych nogach i upadł. Zgrzytając zębami zdołał chwycić rękojeść i powoli wyciągnął z siebie zakrwawioną stal, po czym przewrócił się na plecy. Zielone oczy znieruchomiały, wpatrzone w wieczność. Matthias umarł.
Czerwony spojrzał na trupa, po czym przeniósł swój wzrok na Garvaletha i Marcusa. Wycelował w nich mieczem i wykrzyczał:
- Który następny chce dołączyć do jego bogów?!
Pojedynek Erharda z osiłkiem
Gdy tylko Matthias i czerwony przystąpili do pojedynku, Erhard zaatakował swojego przeciwnika. Osiłek będąc przygotowanym na atak Erharda sparował go, po czym potężnym uderzeniem swojego młota wyrzucił mężczyznę przez ścianę na zewnątrz budynku (aż dziwne, że karczma jeszcze stała). Na szczęście uderzenie nie było na tyle silne, by spowodować utratę przytomności u Erharda. Po chwili wojownik otrząsnął się i ponownie stanął do walki. (Odbywa się ona na zewnątrz). Erhard zamachnął się ogromną siekierą. Oczy Cintryjczyka wściekle łyskały, upodobniając go do jakiegoś potwora w ludzkiej postaci, albo boga wojny, który zstąpił na ziemię. Zamach okazał się zbyt szeroki, Cintryjczyk nieostrożnie odsłonił bok, czego przeciwnik nie omieszkał wykorzystać. Kolczasty młot uderzył z prawej strony, rozrywając ogniwa kolczugi. W gorączce walki Erhard nawet nie poczuł, że jest ranny. Zadał ponownie cios, ale osiłek zręcznie się uchylił. Znowu zamach i znowu ciężki młot uderza w bezbronny bok. Erhard zaryczał ze wściekłości i bólu, i rąbnął toporem właściciela młota. Krótki krzyk... stalowe ostrze rozłupało wrogi czaszkę aż do karku. Ale młot zdążył zrobić swoje - po nogach Cintryjczyka ciekła gorąca lepka krew... Erhard zaczął tracić siły. Nie mogąc ustać, wojownik przewrócił się na ziemię i zaczął wykrwawiać się...
Karl - co robisz? Uciekasz z pola walki, pomagasz silniejszym czy jednak słabszym?