Roland i Arnulfr
Rozpoczęliście poszukiwania kuźni. Po chwili gdy sami nie mogliście jej zlokalizować spytaliście ludzi gdzie znajduje się kuźnia. Dobrzy ludzie pokazali Wam drogę, a raczej kierunek gdzie mieliście się udać. Po chwili marszu zauważyliście szyld sklepu - ozdobione mieczem i toporem skrzyżowanymi na tle rycerskiego hełmu. Mistrz zwany Madrenem, który tutaj pracował był uważany pośród rycerstwa za wyśmienitego - lepszej rekomendacji tutaj nie mógł mieć. Spojrzeliście po sobie i weszliście do środka. Weszliście w łagodny półmrok sklepiku i mimo woli zatrzymaliście się, zachwyceni porozwieszanymi na ścianach wspaniałymi dziełami mistrza. Czego tu nie było! Kolczugi z długimi i krótkimi rękawami, do kolan i krótsze, srebrzące się w słabym świetle i szmelcowane... Hełmy i tarcze wszelkiego rodzaju rozmiarów i wzorów... Topory i siekiery... W kącie leżała ogromna, wysadzana kolcami kula na łańcuchu - młot bojowy, czule i nieco żartobliwie nazywany "poranną gwiazdką". Gdy tak przypatrywaliście się całemu dobru do pomieszczenia wszedł Madren. Kowal Madren był potężnym mężczyzną. Ręce kowala, porośnięte gęstym rudym włosem, przypominały korzenie olbrzymiego dębu, a włochata pierś szerokością dorównywała stołowi w karczmie. Twarz Madrena do oczu zarośnięta była rudą brodą, płynnie przechodzą w gęstą rozczochraną czuprynę. Z zarostu wystawał tylko koniuszek zadartego nosa i lśniące wesołe oczy. Kowal ubrany był w długi skórzany fartuch noszący ślady licznych przypaleń.
- No - zahuczał basowym wesołym głosem Madren, krzyżując ręce na piersi - Po coście przyszli?
Popatrzeliście na jego ogromne dłonie i z pewną obawą pomyśleliście, że kowal zapewne spokojnie mógłby objąć wasze szyje jedną swoją łapą. Tak... Takimi pięściami można by kamienie kruszyć, nie mówiąc już o tak delikatnych rzeczach jak ludzkie głowy...
-Języka Wam zabrakło? Mnie tam się w sumie nie śpieszy...
Marcus, Garvaleth i Xander oraz Karl po chwili.
Po kilku pytaniach pewien mężczyzna ulitował się nad Wami i pokazał Wam gdzie macie iść. Po chwili marszu dotarliście budynku karczmy. Nad drzwiami wisiał szyld przypominający dżina. Gdy pchnęliście ciężkie dębowe drzwi i weszliście w półmrok głównej sali. Po lewej stronie był bar - gruba deska położona na kilku beczkach, pozostałą część sali zajmowały długie stoły. Za barem popijał piwo karczmarz - mężczyzna niezbyt gruby i odziany w zadziwiająco czysty biały fartuch. Gości o tak wczesnej porze było niewielu i gospodarz mógł sobie pozwolić na krótki relaks. Tak porządnie i czysto wyglądającej karczmy dawno nie widzieliście dawno i dlatego z pewnym zdumieniem rozejrzeliście się po sali. W odległym prawym kącie pod ścianą w milczeniu pili piwo strażnicy karawany zakuci w elfickie pancerze półpłytowe - widocznie dlatego straż miejska była tak "podminowana" - oraz pewni ludzie znani Marcusowi - Erhard oraz Matthias. Gdy Erhard zauważył Was pomachał Wam na przywitanie i wskazał miejsce obok siebie, które mieliście zająć. Karczmarz widząc co się święci dopił kufel piwa i wyszedł na zewnątrz z zamiarem podgrzania jakiegoś jedzenia. Uzmysławiając sobie, że stoicie w przejściu postanowiliście skorzystać z "zaproszenia" i poszliście dalej. Po chwili w karczmie pojawił się jeszcze jeden mężczyzna - Karl. Karl wybrał osamotnione miejsce niedaleko drzwi - podszedł i usiadł przy barze oczekując karczmarza.
Sheldon oraz Truśka
Nie wiedząc jak długo będziecie poza miastem przygotowaliście porządne obozowisko - Sheldon nazbierał chrustu oraz rozpalił ognisko, po czym poszedł poszukać jakiejś wody, by móc zaczerpnąć jej do garnka. W tym samym czasie Truśka rozpoczęła obieranie warzyw, z których miała powstać cienka zupa - niestety, warzyw było mało, a samymi ziołami człowiek i krasnolud się nie na je. Miałaś trochę nadziei w tym, że być może ktoś z miasta wróci do Was i przyniesie coś do jedzenia. Tymczasem do "dowódcy" straży przybył patrol wezwany przez niego. "Dowódca" najpierw opieprzył gońca, że tak długo czekał na niego, a potem jeszcze go zrugał za to, że przyprowadził nie patrol, tylko dwóch strażników. Po dłuższym ochrzanianiu "dowódca" wydał rozkaz, by poszli za nim, bo mają z takim jednym "obcym" do pogadania. Oddział w sile pięciu ludzi podszedł do Waszego obozowiska.
- A gdzież to jest ten nieludź? - zapytał strażnik Ciebie Truśko - Czyżby chciał jakoś wejść do miasta? Czy uciekł gdzie pieprz rośnie?
Tymczasem z miasta wyłoniło się trzech ludzi, którzy stanowczym krokiem szli za patrolem. Gdy zauważyli, gdzie tamci poleźli postanowili trzymać się w pewnej odległości od obozu, lecz tak, by móc szybko zareagować.